poniedziałek, 10 listopada 2014

Co słychać w... fabryce bombek?

Czy istnieje fabryka niezwykła, niemal magiczna, z której nie chce się wychodzić,  a praca daje mnóstwo radości?  Tak. Czy myślę o fabryce czekolady Williego Wonki? Nie, nie, nie. Przedstawiam miejsce, w którym byliśmy już wiele razy, a które, w przeciwieństwie do fabryki stworzonej piórem Roalda Dahla, istnieje naprawdę.  To miejsce nazywa się Silverado i mieści się przy ulicy Henryka Sienkiewicza 15 w Józefowie na Mazowszu.
Takich fabryk jest w Polsce kilka; mniejszych, większych. Silverado jest dużym przedsiębiorstwem. Mimo, że to taka potężna firma, jest w niej bardzo miło,  a kameralne pokoiki do pracy bardziej przypominają dom niż hale produkcyjne fabryki. Tylko zapach przywraca nas rzeczywistości i każe zdać sobie sprawę, że jesteśmy np. w malarni, a nie na kółku plastycznym;) 
Ponieważ,  jak wspomniałam,  byliśmy w tym miejscu nie raz i nadal tam chętnie wracamy przyciągani magnetycznym pięknem wzorcowni, postanowiłam podzielić się wrażeniami z tego cudownego miejsca. To będzie także kronika naszych doświadczeń,  którą za kilka lat także Kropeczek i Mirabelka będą mogli eksplorować:)
W zbliżeniu się do tego błyszczącego królestwa pomogła nam Pani Magda Słodyczka zapraszając nas do swojej firmy. Oto pytania jakie jej zadaliśmy, a w obmyślaniu których ogromny udział miała najstarsza dwójka- Zośka i Szczypior ( ja to właściwie sekretarka jestem ;)) :

Powyżej: część naszych zakupów:)

Matkopolkowo:- Pani Magdo, jak to wszystko się zaczęło? Skąd wziął się pomysł na taki biznes- na produkcję bombek a nie, na przykład, pasty do zębów?

Magda Słodyczka:- Namówił nas przyjaciel, którego dziadek miał kiedyś taką fabrykę. Na początku był w spółce, ale potem się wycofał. Wcześniej mieliśmy doświadczenia ze szkłem, z technologią, bo prowadziliśmy firmę produkującą szklane elementy do okularów. Jednak chińska konkurencja wyeliminowała nas z rynku. No i ja mam zdolności plastyczne, które wykorzystuję w pracy.

M.:- Skąd nazwa Silverado? Czy to nawiązanie do legendarnej krainy złota- Eldorado?
M.S.:- Nie, raczej do tego srebra w środku.

M.:- Ile lat pracuje Pani w fabryce?
M.S.- Pracuję tu dwadzieścia lat.

M.:-Jak to jest pracować w fabryce bombek?
M.S.: -Bardzo przyjemnie:) Szklane bombki są produktem pięknym i magicznym, ekscytującym. Taki produkt zawsze robi wrażenie. Mimo trudności na jakie niewątpliwie napotykamy, staramy się
widzieć przede wszystkim pozytywy tej pracy.


M.:- Czy lubi Pani swoją pracę?
M.S.:- Tak. Kocham!

M.:-Jak duża jest fabryka? Ile jest w niej pomieszczeń?
M.S.:- Ze czterdzieści. Cztery budynki. Budynki fabryki rozbudowywały się wraz z jej rozwojem, stopniowo.

M.: -Ile bombek produkuje się dziennie/ rocznie?
M.S.- Mamy dwadzieścia firm podwykonawczych. Około dwustu ludzi. Każdy z nich wykona, powiedzmy, pięćdziesiąt bombek dziennie. Ale to bardzo zmienne dane, bo to zależy od miesiąca- raz produkujemy mniej, raz więcej...

M.:-Jakie jakościowo według Pani są bombki z Silverado?
M.S.:- Najlepsze w Polsce:)

M.:- Kto wymyśla wzory bombek ?
M.S.- Tym ja się zajmuję.

M.:- A projekty kto wykonuje?
M.S.:- To też ja robię.

M.:- Kto wykonuje aluminiowe formy do bombek?
M.S.:- Firma z Częstochowy. Odlewnia żeliwna.

M.:- A jak się je tworzy?
M.S.:- Najpierw mam pomysł, następnie tworzę projekt. Potem do pracy na podstawie projektu przystępuje rzeźbiarz, a następnie robi się odlew.

M.: - Proszę zdradzić ile kosztuje wykonanie takiej formy?
M.S.:- Dla klienta to koszt około 1500 złotych za wykonanie formy

M.:-Czy można zamówić bombkę według własnego projektu? Jeśli tak to ile to kosztuje?
M.S:- Tak, jak najbardziej. To, jak już wspomniałam, koszt 1500 złotych dla klienta, ale minimalne zamówienie bombek to 72 sztuki.

M.:- 72? A dlaczego tak dziwnie, dlaczego np. nie sto?
M.S.:- To ze względu na pakowanie. Akurat tyle najmniej wchodzi do kartonu.

M.:- Skąd biorą Państwo te szklane rurki do wydmuchiwania bombek?
M.S.- Produkuje je Huta Katowice.

M.:-Skąd bierzecie pudełeczka na bombki?
M.S.:- Różne fabryki nam produkują w zależności od potrzeb- kartony, drewniane pudełka...

M.:-No a co z azotanem srebra? Skąd go Państwo biorą? I czy w azotanie srebra dużo jest srebra?
M.S.-Niestety, niedużo (śmiech). Ale staramy się je odzyskiwać. Po srebrzeniu azotan wylewa się z bombek i potem na dnie zbierają się maleńkie grudki srebra, które gromadzimy i przekazujemy do ponownego użycia firmie, która nam sprzedaje azotan srebra. To na bombce to jest prawdziwe srebro, ale jest go bardzo, bardzo mało.

M.:- Ile kosztuje posrebrzenie jednej bombki?
M.S.:- Nie mam pojęcia. Trzeba by spytać w biurze. 
(Dowiedzieliśmy się później, że w zależności od wielkości bombki jest to od 50 gr do 1 zł)

M.:- Czym zdobione są bombki?
M.S.:- Mamy specjalne lakiery z Niemiec . Są to lakiery na bazie spirytusu. Bombkę zamacza się w lakierze, by uzyskać jeden kolor, a potem maluje się wzory, okleja brokatem, kamieniami, muszelkami, piórkami, guzikami, wstążeczkami...

M.:-Pewnie nie kupują Państwo materiałów do zdobienia tam gdzie my- w papierniczym;)? To gdzie się zaopatrzyć w takie duże ilości?
M.S.:-Kupujemy w hurtowniach, u producentów. Najtaniej. Ale z zachowaniem wysokiej jakości. Część kupujemy za granicą, a część w Polsce.

M.:-Skąd się biorą te panie, które tu tak pięknie malują i zdobią? Czy one skończyły jakieś specjalne szkoły?
M.S.:- Nieee, ja je uczę. Byle miały zdolności manualne.

M.:- Ile czasu trzeba ćwiczyć, żeby tak ładnie dekorować bombki?
 M.S.:- Dwa lata. Co najmniej. Zaczynamy od najprostszych zdobień, i stopniowo, metodą małych kroczków doskonalimy technikę.

M.:- Czy panie malują na bombkach co im w duszy zagra czy muszą się ściśle trzymać wzoru?
M.S.:- Muszą się trzymać wzorów. Nie daj Boże co w duszy zagra;)

M.:-A czy Pani potrafiłaby samodzielnie wykonać bombkę od a do z? 
M.S.:-Wszystko poza wydmuchaniem. To bardzo trudne i tego nie potrafię dobrze zrobić.

M.:- A propos dmuchania, jak długi musi być ten odciąg, ta rurka, w którą się dmucha, żeby nie poparzyć sobie buzi?
M.S.:- Około 15 centymetrów

M.:-Jak się robi bombki z dziurką? Z wgłębieniem?
M.S.:- Gdy bombka jest jeszcze rozgrzana, dmuchacz specjalnym narzędziem dotyka i wpycha powierzchnię bombki do środka. To naprawdę szybko zastyga.

M.:- Jak się wykonuje czuby?
M.S:- Formuje się je ręcznie. Rozgrzewając i kształtując poszczególne elementy.

M.:- Ile czasu trwa cały proces produkcji bombki- od zaprojektowania  do pomalowania?
M.S.:- U  nas przyjmujemy zlecenia z terminem minimum czterotygodniowym.

M.- Co się dzieje z wodą po płukaniu i co się dzieje z odpadami, jak są utulizowane?
M.S.- Woda to zwykła podgrzana woda z płynem do naczyń. A azotan jest utylizowany przez firmę zewnętrzną.

M.:- Czy do projektowania bombek jest specjalna osoba?
M.S. - Ja plus projekty własne klientów.

M.:- Czy produkują Państwo bombki patriotyczne, z bohaterami narodowymi?
M.S.:- Tak, na zlecenie. Czasem jakiś z namiestników państwowych  gdzieś wyjeżdża to zamawiają np. pięknego orła. Staramy się wystrzegać twarzy, bo one wychodzą umowne, trudno odwzorować czyjąś konkretną twarz, bo szkło na to nie pozwala. Wyrzeźbić można wszytko, a szkło nakłada ograniczenia. Chcąc zrobić takiego Piłsudskiego można by mu zrobić krzywdę.

M.:- Jak Pani projektuje nowe wzory? Skąd Pani czerpie inspirację, czy zaskakuje Panią czasem nagła wena- chociażby w sklepie, na ulicy?
M.S.:-Różnie z tym projektowaniem. Czasem po prostu szkicuję na kartce, czasem wykorzystuję komputer, tablet, czasem opisuję. A pomysły zaskakują mnie codziennie. Na przykład  widzę babkę w spódnicy z super wzorem, więc potajemnie wyciągam telefon i dyskretnie ową spódnicę fotografuję.

M.:- Jakie bombki lubi Pani najbardziej?
M.S. - Hm, Royality chyba, z kamieniami, starymi haftami, ale dużo innych też lubię.

M.:-Czy fabryka pracuje przez cały rok?
M.S.:- Cały rok.

M.:-Ilu pracowników zatrudnia fabryka?
M.S.:- Około pięćdziesiąt osób. Plus firmy podwykonawcze. Z dwustu, może więcej. Zależy od sezonu.

M.:-W jakim miesiącu produkuje się najwięcej bombek? Kiedy jest największy ruch?
M.S.:- Ku zaskoczeniu wielu wcale nie zimą tylko w czerwcu i lipcu, kiedy musimy wszystko przygotować wcześnie na tyle by zdążyło w długiej podróży statkami dotrzeć przed świętami do naszych klientów za granicę.

M.:-A kto najchętniej kupuje Wasze bombki?
M.S.:- Amerykanie- 90 % produkcji. Resztę Europa, Polska.

M.:-Gdzie można kupić Państwa bombki?
M.S.:-W naszym sklepie, w butikach, galeriach, w całej Polsce. Bombkarnia ma całą kolekcję , którą zrobiliśmy im na wyłączność. Mam osobny pokój z projektami dla Bombkarni.

M.:-U nas bombki bywają dekoracją przez cały rok. Mamy np. takie przypinane zajączki, które... siedzą w kwiatkach doniczkowych. A u Pani w domu? Bombki są na co dzień czy od święta?
M.S. - Od święta.

M.:-Czy posiada Pani w domu bombki inne niż z Silverado?
M.P.:- Nie.

M.:-Czy obdarowuje Pani bliskich bombkowymi prezentami?
M.S.:- Tak.

M.:-Czy wykonuje Pani własnoręcznie ozdoby swiąteczne?
M.S.:- Nie. W domu od nich odpoczywam, ale... robię biżuterię.

M.:-Czy można w połączyć kilka bombek w jedną?
M.S.:-Tak. Skleja się klejem. Choćby czuby bywają klejone z kilku oddzielnych elementów

M.:- W Polsce jest kilka manufaktur bombek. Czy stanowicie dla siebie konkurencję?
M.S.:-Tak, jak najbardziej. Mamy tych samych klientów. Ja walczę jakością i wzornictwem.

M.:- Czy Wasze wzory powtarzają się wśród innych producentów bombek?
M.S.:- O Boże! Mam nadzieję,  że nie.  Ale oczywiście może się to zdarzyć.

M.:- Czy zdążają się kradzieże pomysłów? 
M.S.:- Taaak, pewnie, nagminnie. Czasem znajduję wręcz identyczną bombkę 1:1!

M.:- Najdziwniejsza bombka jaką wyprodukowano w Silverado to...
M.S.- Tatuaż z ciała klienta.  Rozebrał się a my go obfotografowaliśmy i na tej podstawie zrobiliśmy bombkę.

M.:- Czy da się zrobić nietłukącą się szklaną bombkę? 
M.S.- Nie da się. 
Zresztą...  może by się dało? Ale pewnie koszt odebrałby sens.

M.:-Jaką najmniejszą i jaką największą bombkę Państwo wyprodukowali?
M.S.:-Największa bombka była okrągła. Była na indywidualne zamówienie i miała ze czterdzieści centymetrów średnicy, a najmniejsza to kotek o wysokości około trzech centymetrów.

M.:-Czy można zrobić szklaną bombkę w domu?
M.S.:- Wydmuchać ? Nie wydaje mi się. Ale można udekorować.

M.:-Czy można zrobić bombkę z nadzieniem? Włożyć tam cukiereczki, liściki z cytatami...?
M.S.:- Robimy. Da się. [Taka bombka jest wygraną w jednym z naszych konkursów TU ]

M.:- Czy gdyby Pani mogła wrócić do momentu założenia fabryki bombek to po raz drugi wybrałaby Pani bombki?
M.S.:-Tak. Na 100 procent!

M.:- Co zrobić, żeby założyć taką fabrykę bombek?
M.S.:-Trzeba mieć kapitał założycielski. Poznać technologię. Trzeba mieć kogoś kto będzie wymyślał wzory. Trzeba mieć teren pod fabrykę. No i kupców. Bez nich nic się nie uda. Żeby zobrazować ogrom kosztów podam jeden przykład: targi we Frankfurcie, na których jesteśmy co roku. Taki jednorazowy wyjazd to koszt stu tysięcy złotych!

M.:-To jeszcze na koniec zapytamy o wycieczki, na które terminy są rozchwytywane jak świeże bułeczki. Dlaczego nie ma wycieczek przez cały rok?
M.S.:-My to robimy dla dzieci. Żeby zaspokoić ich naturalną ciekawość. Dziennie odwiedza nas około setka dzieci a zajmuje się nimi pięciu naszych pracowników. Zysk z wycieczek jest znikomy w porównaniu do zysków z produkcji. A to i tak parę miesięcy, bo od października aż do stycznia. I tak ograniczyliśmy  dostęp pośrednikom. Dawniej to właśnie firmy organizujące wycieczki dzwoniły i hurtem zgarniały gros terminów, ale gdy dowiedzieliśmy się jak pazernie zarabiają na dzieciach żądając czasem aż siedemdziesiąt złotych za bilet od razu ukróciliśmy proceder. [ Podczas gdy opłata na miejscu wynosi 25 złotych, a zwiedzanie trwa około dwóch godzin i dzieci częstowane są ciepłą herbatką i pączkami, a także dostają do domu pudełeczko z posrebrzoną bombką do samodzielnej dekoracji- Matkopolkowo] Teraz szkołom i osobom prywatnym dużo łatwiej zorganizować u nas wycieczkę.

M.:- Dziękujemy za miłą rozmowę i czas jaki nam Pani poświęciła.
M.S.:- Ja również dziękuję i pozdrawiam Czytelników.

         
             A teraz zapraszamy do obejrzenia filmów ukazujących jak się dmucha bombki i jak się je srebrzy. Pracownicy na filmach wyrazili zgodę na publikację filmów z ich udziałem. To najbardziej doświadczeni pracownicy w filmie. Pani srebrząca bombki pracuje w silverado już od 15 lat, zaś starszy pan zajmuje się dmuchaniem bombek już 25 lat!


 

Powyżej widzimy jak wydmuchuje się szklaną bombkę w formie. Szczypior i Zośka dostali po takiej bombce z długim, nieobciętym ogonkiem na pamiątkę. Jednak uległy one przed końcem wizyty pewnej metamorfozie;) co można dostrzec w ostatnim filmiku...
A na  poniższym filmiku Szczypior próbuje swych sił.  Nie jest lekko. Ja kiedyś też próbowałam.  To trudna sztuka. Najpierw baaardzo dużo wysiłku trzeba włożyć by szklany balonik zaczął rosnąć, a jak już zacznie to błyskawicznie się powiększa, aż trudno wyhamować;) I przy tym bardzo trudno uzyskać równomierną grubość ścianek:




Na koniec bombki uległy metamorfozie:



A teraz zapraszamy do galerii zdjęć z fabryki bombek Silverado:
  
Pow. Zdobienie bombek 
Pow. Dekorowanie za pomocą kleju automatycznie pompowanego do szprycy. Po skończonej pracy sprzęt trzeba dokładnie wymyć. 
Pow. Wzorniki
Pow. Ręczne ozdabianie
Pow. Nogą reguluje się dopływ kleju- trochę jak z maszyną do szycia;)
 
 
Pow. Oryginalna bombka zrobiona na indywidualne zamówienie klienta ze Szwajcarii

Pow. Kapsle

Pow. Srebrzalnia


Pow. Kocioł z podgrzaną wodą, która sprawia, że przezroczysty azotan srebra zostawia na wewnętrznej powierzchni cieniutka warstwę srebra.
  
Pow. Bombki Zośki i Szczypiora po metamorfozie
  
 
Pow. Formy
  
Pow. Tamponiarka, w której dekoruje się bombki za pomocą szablonów, takich jak poniżej:
  
 
Pow. Kratki, na których ustawia się bombki w tunelu

Pow. Podłoga przy tunelu- widać, że tu nikt się nie obija;)

Pow. Tunel. Jednorazowo przechodzi przez niego od 200 do 1500 bombek w jednej, ośmiogodzinnej zmianie. Kolorów jest przynajmniej 400, ale jednorazowo bombka może być umoczona tylko w jednym

Pow. Zobaczcie jaki fajny sposób na oznaczenie jaka barwa znajduje się w danym pudle- przyczepione małe bombeczki w danym kolorze

Pow. Tak wygląda tunel z boku. W otwór od lewej wjeżdżają bombki

Pow. A tu zaczyna się seria cudeniek znajdujących się w  pięknych pomieszczeniach zwanych wzorcownią
 
 
 
Pow. to chyba największa bombka jaką widzieliśmy we wzorcowni

Pow. Arcydzieła światowej architektury

Pow. Bombka "zdjęta" z roznegliżowanego klienta;)- a dokładniej zrobiona na podstawie fotografii jego tatuażu
 
Pow. Kolekcja tzw. Royality- ulubiona Pani Magdy

 
 
 
Pow. Bombki z nadzieniem- tu puch

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Pow.Zośka i Szczypior z Panią Magdą Słodyczką z Fabryki Bombek Silverado w Józefowie
Pozostaje mi tylko dołączyć się w życzeniach do dmuchaczy i zaprosić Was do konkursu, w którym wygraną są przepiękne bombki szklane z fabryki Silverado - TU


 Dodatkowe informacje:
1. Strona fabryki: Fabryka bombek Silverado



Cała relacja mogła powstać dzięki uprzejmości Pani Magdy Słodyczki i pracowników fabryki bombek Silverado. Dziękuję im wszystkim serdecznie:)












czwartek, 6 listopada 2014

Poligon

Wyjątkowo ciepły, słoneczny i radosny listopadowy dzień dosłownie zmusił nas wczoraj do pójścia na spacer. Dzieci z zielonymi smarkami siedziały w domu od kilku dni; zrobiłam im bańki, wiec siłą rzeczy odpoczywały po " zabiegu";) Choć właściwie słowa " odpoczywać", " spokojnie" raczej nie dotyczą moich dzieci poza chwilami gdy toną w lekturze albo coś oglądają... Nieważne. Ważne,  że już wszyscy mieliśmy dość czterech ścian, a miłe promyki głaszcząc nasze buzie zachęcały do wyjścia.  Szczypiora już nie było, a Zośka zbierała się na rosyjski, więc my szybciutko zostawiliśmy domowy bajzelek i wyruszyliśmy.  Przećwiczyliśmy po drodze kierunki: naprzód, w prawo, w lewo. Utrwaliliśmy odwracanie się w lewo przed przejściem przy skrzyżowaniu,  żeby sprawdzić czy nic nie skręca w ulicę ( lepiej ufać sobie;))  i śmignęliśmy we czwórkę na poligon. 
Jak zawsze Brunisław i Mirabelka ćwiczyli równowagę,  szacowali odległości, podejmowali ryzyko, przełamywali strach ( zwłaszcza Mirabelka)  oraz pokonywali stojące na drodze chaszcze ( zwłaszcza Brunisław).  Tym razem jednak i Kropeczek próbował dotrzymać im kroku, niezdarnie wspinając się na opony. Podobało mu się to duuużo bardziej niż obsypywanie się złotymi,  suchymi, szeleszczącymi liśćmi w czym prym wiodła starsza dwójka ;)



Fajnie szurało się nogami w niesprzątanych, opadających gęstym deszczem i grubą warstwą zalegających złotych liściach.  Fajnie było się nimi obrzucać,  stawać wśród nich na rękach i gonić Kropeczka- indywidualistę, cichaczem i niebezpiecznie szybko oddalającego się. Wspaniale było ćwiczyć stanie na rękach.  Robienie zdjęć i filmów, a także zrywanie dzikich jabłek - wszystko było bardzo fajne, bo po prostu miło nam się razem szalało:) A w dodatku Brunisław został okrzyknięty Sokolim Okiem, bo zauważył pozostawiony przez Kropka żelaźniaczek, a przede wszystkim wypatrzył w tych rudych liściach równie rudą wiewiórę:)))
Bardzo był z siebie dumny, a i ja też - wstyd się przyznać,  ale nawet Mirabelka dostrzegła rudzielca szybciej ode mnie;)


Jakby nie dość było atrakcji, to gdy wracaliśmy do domu, bardzo nisko nad naszymi głowami przeleciał błyszczący w słońcu świdwiński Su-22 :)
To był piękny dzień.  Oby więcej takich.




środa, 29 października 2014

10 grudnia 2011
Grudzień zaskoczył mnie chaosem, zupełną dezorganizacją. Dzieciaki coraz bardziej nieopanowane… Czasem czuję się jak w roju, gdy widzę Szczypiora biegającego po mieszkaniu w jakimś opętańczym pędzie, a Zośkę i Brunisława w pogoni za bratem. Wtedy dosłownie dźwięczy mi w uszach Lot Trzmiela Rimskiego – Korsakowa. A żeby tego było mało… Mirabelka też już daje równo na dwóch kończynach. Czasem dni mi „umykają”, a ze zmęczenia mylę je. A. to nawet ostatnio śnił, że… mieliśmy piąte dziecko, którego poszukiwał po tym, jak ja je gdzieś oddałam („bo ich było za dużo”). Obudził się z tego koszmaru w środku nocy, niewiedząc czy śni, czy to się dzieje naprawdę.
W tym roku nie ma pierników, kartki jeszcze nie wysłane (choć zebrałam się i je powypisywałam), za to… rodzina nam się powiększyła. O jakieś… dwieście pociech;) Otóż wykluły nam się modliszki. Wylęg zaczął się w czwartkowy wieczór. Nieśmiało, powolutku wypuszczając na świat dziesięć kruszynek, by już w piątek osiągnąć apogeum i zalać nas powodzią modliszek! Ratunku! Modliszkowy Armagedon! Ja już nie daję rady! Ich są krocie. Część już została poduszona, poturbowana, zadeptana, zagnieciona przez siostry. Ile się dało porozdzielałam, ale już nie mam skąd brać pojemniczków. Osiedlowy fotograf, apteka i przychodnia lekarska zostały przeze mnie dosłownie ograbione i wciąż mało! Ja to jednak nie mam wyobraźni! Żeby tak się dać zaskoczyć! Muszek im nie nastarczę… Nastawiłam kilka hodowli już pewien czas temu, ale podczas karmienia więcej mi ucieka niż zostaje zjedzonych! To jakiś koszmar! A w dodatku na święta wyjeżdżamy na Warmię! I jak ja to wszystko bezpiecznie przetransportuję? Przecież nie mam komu oddać pod opiekę naszego „pieska”…  Będę dumać przez najbliższy tydzień. Może coś wydumam, a tymczasem kończę to pisanie na kolanie ( jak mi się ładnie zrymowało;)!, bo siedzę pod salą, gdzie chłopaki mają zajęcia umuzykalniające, a zaraz Szczypior przechodzi na plastykę a  ja z Brunisławem jadę w inne miejsce po Zośkę, która odrabia angielski… Uff…

Życzę Wam, drodzy Czytelnicy Zielonej Lekcji, wesołych i przede wszystkim spokojnych świąt Bożego Narodzenia. I niech Wam Bóg błogosławi (byle nie obfitością owadów w domu :-)))
14 listopada 2011 r.

Wakacyjne wspomnienie na koniec września
Jesień spadła na nas mokrością i chłodem. Ramiona otuliła szalem spadających liści… Brrr, nic tylko chwycić kubas parującej herbaty w dłoń i zaszyć się w głębokim fotelu z „Doliną Issy”. Ha! Cudowna perspektywa, szkoda, że chwilowo nierealna. Chora brygada właśnie podróżuje po mieszkaniu w starym kartonie. Brunisław – muzyczna dusza rodziny, śpiewa „Jedzie pociąg z daleka…”, Szczypior robi za siłę napędową, a Zocha, z mapą rozłożoną na podłodze, udaje GPS. Tylko Mirabelka przysnęła. Pewnie nie na długo. Mnie też potworki zaraziły chyba. Już czuje jeża w gardle.
A propos jeża. W wakacje poznaliśmy takiego koleżkę. Dzieciaki nazwały go banalnie jeżem Jerzym i trochę bliżej się z nim zapoznaliśmy. To był pierwszy raz gdy widziałam jeża od czasu kiedy byłam nastolatką. Ponieważ to tak rzadko widywany okaz, a do naszej zaprzyjaźnionej artystki Danki przypałętał się jeden, a także dlatego, że nas serdecznie zaprosiła, wybraliśmy się do warmińskiego Międzylesia. Stałym gościem w progach domu Danuśki stał się niewielki kolczasty ssak. Jego matkę rozszarpały psy i choć podwórko Danki to znana w okolicy psiarnia, czy jeż był bojaźliwy? Ostrożny? Bynajmniej! Za to łakomczuch jakich mało :)! Ten osobnik, jak wszystkie jeże cieszący się doskonałym węchem, zwabiony ciepłem obory i pachnącym mlekiem krów, pchał się na śniadanie, obiad, podwieczorek, kolację i wiele innych, nienazwanych jeszcze, posiłków. Mleko jeży jest bardzo tłuste, ale mleko krowie nie jest odpowiednie dla kolczastych osesków. Dobrze, że ten „nasz” jeż był już spory.  Tupot łapek przed drzwiami anonsował przybycie gościa. A Danuśka, jak przystało na porządnego rolnika, nabiału ma pod dostatkiem. To właśnie nabiał jest bardzo lubiany przez jeże. Chętnie wcinają one mleko, jogurt czy twarożek, choć w zasadzie są owadożercami. Głównym składnikiem ich diety są owady, szczególnie smakują im larwy. Zjadają też ślimaki, jaszczurki, a nawet małe węże! Co więcej, podobno są odporne na działanie ich jadu! Dobrze jest pamiętać, że na jeże (jak i na inne zwierzęta) najlepiej po prostu patrzeć. Choćby dlatego, że mają ostre zęby którymi potrafią przegryzać pancerzyki owadów czy skorupki ślimaków – czym byłby więc dla nich ludzki palec? A poza tym mają strasznie ostre i twarde włosy. Włosy? No tak, bo przecież kolce są ich włosami :) I te włosy u nowonarodzonych jeży są miękkie i białe. To, że miękkie to logiczne i łatwo się domyślić, ale tego, że jeże rodzą się białe, ja- stara baba, dowiedziałam się całkiem niedawno, bo w ubiegłym roku.
Ciekawe zwierzaki z tych małych ssaków, a przy tym samotnicy. Warto dodać, że tolerancyjni samotnicy, bo nie kruszą kopii z ta błahego powodu jak pojawienie się innego osobnika na ich terytorium. Choć jeże to zwierzęta prowadzące nocny tryb życia, to ten „Danuśkowy” był całkiem żwawy i w dzień. To pewnie przez swoje łakomstwo. No i ten świetny węch…  Natomiast z pewnością ten warmiński jeż nie wyróżniał się od innych osobników swego gatunku tym, że zimą zapada w sen. Jest to konieczne, gdyż zimą jeże nie maja co jeść.
W Polsce jest duże stowarzyszenie dbające o ochronę jeży, o edukowanie ludzi na ten temat. Można nawet, posiadając odpowiednie warunki, stać się opiekunem rannych czy osieroconych jeży.
Oto kilka z polskich adresów traktujących o jeżach i pozwalających zgłębić nieco ich naturę:
www.naszejeze.org
www.jezotopia.pl
www.jeze.com
www.jezyk.org
www.jezowesprawy.blox.pl
Pozdrawiam – pędzę na mleko z miodem, by przepędzić jeża z mojego gardła;)

11 sierpnia 2011 r.
Pijane admirały
Niedaleko starego pruskiego muru otaczającego kościół rośnie zdziczała jabłoń. Pamiętam ją jeszcze z czasów dzieciństwa. Rodzi jabłka kwaśne i zielone, które są w stanie zainteresować jedyne osy i podwórkową dzieciarnię ;) A względu na niewielkie rozmiary jabłuszka te wykorzystywane były również jako… pociski w podwórkowych wojnach. Ostatnio ulubioną zabawą Zochy jest inscenizowanie wojny Dwóch Róż, a ona sama przeobraża się w Ewę – Lottę ze stron powieści dla dzieci autorstwa Astrid Lindgren. Z całą pewnością nie podsunę jej pomysłu na wykorzystanie jabłuszek… Już i tak włosy na głowach podwórkowych mam stają dęba na widok swych zziajanych i zasapanych pociech gnających za moją Białą Różą, no, w najgorszym razie ze źdźbłami we włosach po przepychankach na trawie. Na nic próby tłumaczenia z mojej strony, że to taka zabawa, nie będącą autorskim pomysłem mojego dziecka, a jedynie inspiracja kanonem literatury dziecięcej. To dowód na siłę i aktualność książki, ale cóż, nie każdy podziela mój entuzjazm i sentyment… Ale, ale, jak to zwykle ja odbiegłam od tematu, a chciałam jeszcze o tych jabłuszkach… Leżą na ulicy rozbite, częściowo rozjechane kołami samochodów i powoli w słońcu fermentują. Kiedyś, bodajże w książce Arkadego Fiedlera „Motyle mojego życia” czytałam o motylej słabości do mocniejszych trunków ;) Słyszałam o psach – piwoszach, oglądałam filmy dokumentalne o małpach upijających się sfermentowanymi mango, ale po raz pierwszy widziałam na własne oczy raczące się procentami motyle! Były to dwie rusałki – admirały w stanie chyba wskazującym na spożycie, bo mimo że nękane przez próbujących je złapać moich chłopców, z uporem maniaka, wesoło i jakoś nieskładnie, wciąż podlatywały do tej paćki ;)
A ostatnio, jak dobrze pamiętam, pisałam, że znad rzeki przybywa wielu gości? Wtedy miałam na myśli owady, pajęczaki, z całą pewnością nie… gady, a jak się okazuje one też nas lubią:) Zośka zauważyła na klatce, pod samymi drzwiami do mieszkania… jaszczurkę! Spłoszona przez babcię czmychnęła do dziury w tynku. Tuż przy ulicy, więc podstawiliśmy słoik, do którego umknęła z tej dziury. Obejrzeliśmy ją dokładnie i rozpoznaliśmy dzięki książce – encyklopedii przyrody, którą podarowałam Zośce jako ukoronowanie zakończonej sukcesem pierwszej klasy (notabene o książkę tę toczy z nią boje Szczypior). Dzieciaki porównały jaszczurkę w słoiku z tą na zdjęciu w książce i wyszło nam, że to samica jaszczurki żyworodnej. Ba, może nawet ciężarna samiczka, bo miała taki miło zaokrąglony brzuszek? Daliśmy jej pić, dzięki czemu zobaczyliśmy, że ma czarny, rozwidlony języczek, obejrzeliśmy maleńkie, równiutko na siebie nachodzące łuseczki, długie pazurki, łebek i… próbowaliśmy wypuścić w trawę w pobliżu rzeki. To jedno z ulubionych siedlisk tych jaszczurek. Są bardzo pożyteczne, bo zjadają m.in. ślimaki (w tym pustoszące plantacje pomrowiki). Znajdują się pod całkowitą ochroną, więc zależało nam, by tę „naszą” jaszczurkę wypuścić w bezpiecznym miejscu, z którego prawdopodobnie przyszła. Nie od razu nam się to udało, bo jaszczurka nie chciała wyjść ze słoika, a po wyjęciu jej, zamiast na trawę umknęła po Zośce ku… jej włosom. Nie wiem dlaczego tak sobie te włosy upodobała, w pewnym momencie nawet wyglądała jak spinka ;) W końcu wspólnymi siłami udało nam się bezpiecznie odłożyć ją w trawę. Chyba się nie zestresowała, bo nie odrzuciła ogona, a taką możliwość brał pod uwagę Szczypior ;), ale za to jak śmignęła w krzaki, to tylko końcówkę ogona udało mi się sfotografować ;) Zamieszczam dla Was parę zdjęć. Admirałów co prawda nie mam, nawet trzeźwych ;), ale za to jaszczurka ma całą sesję, więc życzę miłego oglądania. Mama nadzieję, że uśmiech Wam zagości na twarzach, jak i nam się pojawia za każdym razem, gdy wspominamy tę przygodę z jaszczurką
25 lipca 2011 r.
Zapach tataraku

Witajcie wszyscy po dłuuugiej przerwie:) Mój ostatni wpis pamięta jeszcze czasy, gdy Mirabelka siedziała w brzuszku, a tu proszę, ma już osiem miesięcy i bardziej niż mirabelkę przypomina… tłustą śliwkę węgierkę;) Sporo się wydarzyło od ostatniego wpisu, ale długo by o tym pisać. Powiem krótko: to było bardzo intensywne osiem miesięcy.
Znów jesteśmy na Warmii. Przyjechaliśmy pod koniec czerwca – na urodziny Zośki, która ze Szczypiorem była już od kilku dni u dziadków. Trafiliśmy w ostatnie ciepłe dni przed nastaniem monotonnych deszczów i potężnych burz. Skwapliwie koiliśmy swoją tęsknotę za wodą korzystając z uroków pobliskiego jeziora. Ja tradycyjnie kolejny rok bezowocnie uczę się pływać, a reszta doskonali „humbaki”. Pewnie nie znacie takich humbaków, jakie nam są bliskie… Pewnie myślicie, że humbak to taki gatunek walenia?  Poniekąd macie rację, ale my rozbudowaliśmy znaczenie tego słowa o… technikę skoku do wody;) Polega ona na szalonym biegu i rzucie na brzuch do jeziora, przy czym wszystko- mięśnie, tłuste oponki i co tam, kto ma trzęsie się w rytm susów, a woda bryzga na wszystkie strony. Bardzo to widowiskowe, zwłaszcza, że na ogół towarzyszy temu okrzyk z trzech dziecięcych gardełek (Mirabelka póki co nawet chodzić nie umie, a co tu mówić o bieganiu;)… ): „- Na „humbakaaaaaaa!”. Robimy to oczywiście tylko przy pustej lub niemal pustej plaży- tak, by nikomu nie przeszkadzać, by nikogo nie ochlapać.
Podczas jednej z rześkich kąpieli w słabo jeszcze nagrzanej wodzie jeziora coś musnęło moje plecy. Był to delikatny, cieniutki liść tataraku. Maleńki i niepozorny, ale, Boże!, Co za zapach! Co i rusz odłamywałam maleńki kawałeczek, a listek z nową siłą wybuchał odurzającym zapachem! A ja, głupia,  obierając niedawno rabarbar na kompot pomyślałam sobie, że pachnie trochę jak tatarak! Nic dziwnego, że tak bardzo się pomyliłam, skoro ostatnio ajer w rękach miałam wiele lat temu! A swoją drogą tatarak to bardzo ciekawa roślina, bo pochodzi ponoć z Orientu, a do Polski przywieźli go Tatarzy – stąd rzekomo nazwa. W ciepłych krajach, skąd pochodzi, zapylają go owady, których to u nas brak, więc rozmnaża się tylko wegetatywnie.  Starsi mówili też na to lepiech, a w moim domu, co jak pamiętam jeszcze w moim wczesnym dzieciństwie praktykowano, robiono z tej rośliny wzmacniające płukanki do włosów. Dość powiedzieć, że z aromatem tataraku wróciły wspomnienia dzieciństwa nad rzeką; błotne „gołąbki”, potrawka ze strzałki wodnej i zupa z tataraku. Małe, pomarszczone od wody i przesiąknięte tatarakiem dziecięce łapki. Letnie kąpiele w rzece, wiosenne wylewy i zimowe sprawdzanie lodu za pomocą ciężkich kamieni. Przypomniałam też sobie kłótnię i bójkę dwóch starszych koleżanek, z których jedna straciła w nurcie kozaczek. Wiecie, moi drodzy, o co była awantura w tych strasznych PRL-owskich czasach? O ten utracony, bezcenny but!!! Dopiero na drugim miejscu przyszła refleksja, że dzieciak mógł się utopić… Mam kolegę, który uczy w szkole historii. Wiecie, że mało, który uczeń wie cokolwiek o PRL? Ba, niektórzy nawet patrzą podejrzliwie i niedowierzają opowieściom o tym jak wyglądała codzienność Polaków w tamtych ciężkich czasach. Na opowiadanie wspomnianego historyka o pustych półkach sklepowych jeden z (o zgrozo!) licealistów powiedział: „-Ale nie wierzę, że nic nie było w Tesco?!”…
Abstrahując od tego smutnego przykładu ignorancji chciałabym zupełnie zmienić temat i pochwalić się Wam, że… mamy zwierzątko:)! Jest niewymagające, nie przywiązuje się, potrzebuje minimum przestrzeni do życia, nie trzeba go wyprowadzać na spacery, ale można wszędzie ze sobą zabrać. Za to można je godzinami obserwować- takie jest fascynujące! Wiecie już co to może być? To… modliszka ;) Kupiliśmy niedawno malutką, ale już przeszła u nas dwa linienia. To idealne zwierzę dla każdego- nawet dla zapracowanego alergika;) Łapiemy dla niej muchy – ze świerszczami jeszcze sobie nie radzi. W ogóle dużo owadów gościmy w babci domu – pewnie od rzeki ciągną. Co dzień zawita jakaś ważka ( na ogół świtezianki), jętka czy konik polny. Gorzej jak trafi się… wydra ;) Kiedyś zimą babcia Gabi poszła na dach niżej położonej kotłowni ratować kabel od kablówki przed złodziejem. Nigdy wcześniej takich rzeczy nie było,  pomyślała sobie, że to może złodzieje złomu? Ktoś ciągnął kabel, krewka babcia pociągnęła więc do siebie. Po chwili to samo. I jeszcze raz. Babcia rozwścieczona bezczelnością złodzieja pobiegła w kapciach po śniegu do krawędzi dachu i… zbaraniała na widok ogryzającej kabel wydry. Na szczęście wydra wykazała odrobinę zdrowego rozsądku i przezornie czmychnęła do wody ;)
Ach, jeszcze coś. Zapomniałabym Wam powiedzieć, że, o ile mnie pamięć nie myli, po raz pierwszy w życiu widziałam na żywo motyla, o którym słyszałam, że jest reintrodukowany w motylarni Mazowieckiego Parku Krajobrazowego (lecz nie w tym roku, bo nie pozyskali jajeczek) i którego widywałam tylko na kartach pięknych albumów. Otóż byłam na początku lipca na wsi na urodzinach mojej chrześniaczki. Goście dopiero się przymierzali, by zasiąść do ustawionego pod wiekową lipą stołu. I wtedy to się stało! Przeleciał machając nieskładnie tymi swoimi olbrzymimi żółtymi skrzydłami. A ja w jednej chwili poczerwieniałam, zrobiło mi się gorąco, w skroniach zaczęło mi pulsować, a serce zabiło jak oszalałe. Krzyknęłam: „-Mój Boże! Dzieci! Paź Królowej!”, po czym pobiegłam za nim całe… parę metrów do płotu, gdzie zostawił mnie osłupiałą oddalając się nad zagonem kartofli w stronę łąki. Ja zaś stałam tam jak słup soli, wypatrując za nim oczy, podczas gdy goście po pierwszym szoku i zdziwieniu śmiali się teraz ze mnie w najlepsze. „Bo motylka zobaczyłam”… Ale żeby oni wiedzieli, ile ja na tego „motylka” czekałam… I wiecie co? Potem go znów widziałam jak wracał. A po kilku dniach widziałam egzemplarz pod lasem pięć kilometrów dalej! Na taki urodzaj wrażeń warto było czekać:) Szkoda tylko, że nie udało mi się go uchwycić aparatem. Cóż, nie można mieć wszystkiego, prawda?
13 listopada 2010 r.

Witajcie drodzy czytelnicy. Ja dziś tak tylko na chwilkę. Ostatnio sporo się działo, ale o tym może innym razem. Nie mogę sobie dziś pozwolić na długie wynurzenia, choć wszyscy, którzy już mnie znają wiedzą jaka ze mnie straszna gaduła…;) Ale cóż, Mirabelka się spóźnia i siedzę jak na szpilkach- spodziewam się jej dosłownie w każdej chwili. Szczerze mówiąc to już cała rodzina nie może się doczekać:)
Zależy mi na tym, by ośmielić i zachęcić Was do… szukania informacji. Przeglądaliśmy z dzieciakami niedawno zdjęcia, stare zdjęcia motyli jakie zrobiliśmy na Warmii. Jak to Matka Polka, nie zawsze systematycznie je porządkuję czy opisuję. No i trafiliśmy na takiego jednego delikwenta, którego nie mogliśmy zidentyfikować z pomocą naszej skromnej domowej literatury. W dodatku mieliśmy zdjęcie tylko spodniej strony skrzydeł. Wykluczyliśmy rusałki, ale co dalej? Napisałam na Uniwersytet Białostocki z prośbą o pomoc w identyfikacji. Nie dość, że dostałam rychłą odpowiedź, to jeszcze w bardzo miłym tonie. I to od…  Marcina Sielezniewa, współautora wydanego przez Multico leksykonu „Motyle dzienne” :) To już nie pierwszy raz gdy zwróciłam się o pomoc do pracownika naukowego uniwersytetu. Różnych bufonów na różnych uczelniach już widywałam, ale jeśli chodzi o nauki przyrodnicze to jeszcze nigdy, wszyscy, do których się zwracałam okazywali się otwartymi pasjonatami, którzy chętnie służyli pomocą takiej anonimowej kurze domowej jak ja:)
Dlatego jeszcze raz szczerze zachęcam- pytajcie nie błądźcie:) a na deser dodaję zdjęcie naszej gwiazdy- nie Sielezniewa ;), a Ogończyka Wiązowca (Satyrium w-album). To niezbyt często spotykany w dorosłej postaci motyl, należący do rodziny modraszkowatych.
1 października 2010 r.
Wybaczcie drodzy tak długie milczenie, ale te siłą wyrwane, krótkie chwile, które nocami zdobywam dla siebie, ostatnio przeznaczam na radosną twórczość ( takie małe rączką dzieła:) ), a ponadto, powoli smakując lekturę, idę z Arkadym Fiedlerem przez motyle jego życia rozkoszując się pięknem podpoznańskich łąk oraz pragnieniem ujrzenia sławetnych dębów rogalińskich. A wiedzcie kochani, ze mój podziw dla motyli jest nie mniejszy niż Zośkowy dla jej ulubieńca- Inachis io :)… A propos tego gatunku, to widzieliśmy go przed dwoma dniami. Zaś w niedzielę spotkaliśmy na starym poligonie pięknego, okazałego jego kuzyna- admirała. Siedział na gałązce dębu rozkoszując się ciepłem jesiennego już słońca. Ale i pszczoły, które też jeszcze nie śpią, siedzą mi w głowie.  Oj siedzą… Nawet Fiedlerowskie strzępy myśli łączą się z pszczelimi…
Dla przykładu w roku, w którym Arkademu umarł ojciec- ostoja miłości do syna i przyrody, mentor i pierwszy nauczyciel entomologii, to jest w roku 1919, w okolicach hiszpańskiej Walencji po raz pierwszy odkryto rysunek naskalny przedstawiający człowieka wybierającego miód z gniazda pszczelego. To prymitywne dzieło sztuki pochodziło sprzed 9-10 tysięcy lat, ale sposób w jaki ten miód wybierano, czyli dosłowne rabowanie związane z niszczeniem gniazd, przetrwał jak i ten rysunek- tysiące lat… Dawniej pszczoły żyły tylko i wyłącznie dziko. Gdy je udomowiono, to znaczy zaczęto je hodować ( co miało miejsce na długo przed Chrystusem, bo przynajmniej przed trzema tysiącami lat), nadal istniały żyjące dziko pszczele rodziny. Nawiążę jeszcze do tego, gdy wyjawię co mi wyznał poznany na Warmii pszczelarz- pan Alfred Zalewski ze Starego Dworu, a co mocno wryło mi się w pamięć…
Zacznijmy jednak od początku. Jeszcze w lipcu poznałam człowieka, który od lat zajmuje się hodowlą pszczół. To właściwie wokół nich kręci się jego życie. Jednak z pewnych powodów rezygnuje on z pszczelarstwa. Smutne to , ale też dopiero później wyjaśnię skąd taka decyzja. Tymczasem pochwalę się, że przegadaliśmy trzy godziny i gdyby nie matkopolkowe obowiązki to pewnie noc by nas zastała, tak interesującym rozmówcą okazał się pan Alfred.
Mówi się o niektórych ludziach, że są pracowici jak pszczółka. Nieprawda. Ludzie dobrowolnie nie zapracowują się na śmierć, a pszczoły mają to w naturze, jakiś taki pęd, który nie pozwala im zwolnić pchając w ramiona śmierci. O pszczole nawet nie mówi się, że zdechła. Pszczoły umierają. To chyba pokazuje jak te maleńkie owady ważne są w życiu człowieka, w przyrodzie w ogóle. Taka robotnica przykładowo, żyje zaledwie około czternastu dni, rzadziej dożywa miesiąca. No chyba, że wylęgnie się na jesieni, to zimowy odpoczynek przedłuży jej egzystencję do wiosny. Natomiast matka żyje do 7 lat, codziennie zajmując się tym samym- wydawaniem na świat nowych zastępów pszczół, najpierw pod postacią jaj, z których dopiero wylęgają się larwy. Co ciekawe, matka nie ma monopolu na swój urząd. Ona sama wciąż zakłada mateczniki. Bez przerwy.  Co 9 dni wylęgają się potencjalne matki i i jeśli pszczelarz nie zdąży ich usunąć, to po dorośnięciu zabierają część pszczół i odlatują, by założyć własny rój, co jak łatwo pojąć osłabia rodzinę. Kolejnym problemem są trutówki. Trutnie są takimi pszczelimi obibokami, które chciałyby mieć wszystko podane, ale krążą pogłoski, jakoby miały czyścić ramki, więc może jednak jakiś pożytek z nich jest w ulu:)? Są też wartownicy, którzy pilnują wylotki- to taka szparka, przez którą pszczoły wychodzą z ula i się do niego dostają. Ciekawostką jest, że to nie wartownicy najzacieklej bronią ula, ale… robotnice! Gdy są akurat w pobliżu, hehe…  Pan Alfred zagląda najczęściej do ula, gdy robotnice lecą na łąkę. Wtedy jest najspokojniej. Poza tym oczywiście jeszcze je otępia dymem z kory brzozowej i zakłada na głowę siatkę, na dłonie rękawice, ubranie zakrywające ręce i nogi. Wydaje się, że najspokojniej pszczoły reagują na biel, dlatego też wielu pszczelarzy nosi białe stroje. Zapach też jest ważny. Żadnych perfum, ostrych aromatów, ani… świeżych skaleczeń. Zaskoczyło mnie to, ale jak się ponoć okazuje zapach krwi może pszczoły rozdrażniać. Tak jak hałaśliwe dźwięki- na przykład kosiarka. Upał też na nie wpływa- widziałam jak zbierały się na wylotce ula, by się trochę ochłodzić  (a dzieciaki wypatrzyły gniazdo małych zdziczałych pszczółek w pękniętym murze gotyckiej bazyliki. Pewnie nawet nie wiedzielibyśmy, że tam w środku jest gniazdo, gdyby nie upał, który zmusił owady do schłodzenia się przy wylocie). A tak na marginesie zdradzę wam radę pana Alfreda co zrobić gdy kręcą się wokół was pszczoły. Aby się od nich uwolnić należy schronić się wśród krzaczków, gałęzi, drzew. To powinno odwrócić ich uwagę. Chyba, ze goni człowieka rozwścieczony rój, wtedy pozostaje jak na filmie na przykład wskoczyć do stawu;)))
Wrócę do ula, który choć taki niewielki, mieści 15, 20, a nawet 25 tysięcy pszczół! Na jednej tylko ramce jest ich 5 tysięcy. Wierzę tu na słowo panu Alfredowi, bo gdy się tak patrzy na te pszczoły, to trudno uwierzyć, że może ich być aż tak wiele:) Na ramkach umieszczone są plastry. Gdy zalepione jest ¾ plastra, to już można wyjmować ramkę, by odwirować miód w specjalnej wirówce. Można go też ssać bezpośrednio z plastra- podobno dobrze to robi na dziąsła. Kiedyś w dzieciństwie  tak robiliśmy. Ależ to była uczta! Zdarza się, ze miód wycieka z ramki- to oznaka, że jest w nim zbyt dużo wody. Co do częstotliwości wybierania miodu, to na Warmii wybiera się go raz- dwa razy do roku. Na południu kraju bywa, że trzy, bo tam wiosna wcześniej się zaczyna. Ilość miodu z jednego ula zależy od wielkości rodziny i waha się w granicach 4-20 litrów na rok z jednego ula. Nie ma czegoś takiego jak miód spadziowy czy grykowy. Oczywiście można takie kupić, ale trzeba mieć świadomość, że wszystkie miody bazują na wielokwiatowym, a gdy w jakimś miodzie pojawi się dużo pyłku z lipy, gryki, wrzosu itd., to wtedy odpowiednio się go nazywa. Pszczoła tak jak człowiek, dla zdrowia potrzebuje urozmaiconej diety, nie przeżyłaby w zdrowiu na jednym tylko gatunku nektaru, dlatego tak ważne jest, by chronić łąki, bo to na nich jest największe zróżnicowanie roślin.  Rodzaj miodu kupujący może poznać po zapachu. Miód spadziowy- mój ulubiony, jest najzdrowszym z miodów, ale ma tę wadę, że krótko się przechowuje. Za to popularny i trochę, przyznam, niedoceniany przeze mnie wielokwiatowy i lipowy przechowuje się najdłużej. Nawet latami:) Z wielokwiatem zawsze kojarzy mi się opowiadanie mojego kolegi- Ingusza o tym jak jego mama jesienią co roku kupuje od krewnych z gór Kaukazu beczkę(!) miodu, która dla ich licznej rodziny starcza zaledwie do… wiosny:)
Jest jeszcze drażliwa kwestia dodawania cukru. Myślałam kiedyś, że jak ktoś dodaje cukier to taki swego rodzaju oszust. Cóż, pan Alfred sprowadził mnie na ziemię, mówiąc, że przed zimą trzeba dodać syrop cukrowy, by rodzina przeżyła. A im więcej tego syropu, tym większa rodzina. Co więcej, teraz powiem coś, o czym już wspomniałam na początku, a co mnie bardzo zasmuciło. Nie istnieje współcześnie pszczelarstwo bez „wspomagania”. Do lamusa poszły leśne barcie, a na porządku dziennym jest podawanie pszczołom lekarstw:(  Podaje się im choćby streptomycynę, penicyliny, a także odymia się na krótko groźnymi (tak dla pszczół, jak i dla odymiającego pszczelarza) środkami chemicznymi w celu wybicia popularnego pszczelego pasożyta- warozy.
No a do tego dochodzą opryski i nawożenie pól. Jeśli pszczelarz nie wie o opryskach w okolicy i wypuści pszczoły, może się to skończyć źle nie tylko dla miodu, ale i dla samych pszczół:( Skład miodu pod kątem zawartości związków chemicznych (nawozów, pestycydów) bada miejscowy sanepid. Przynajmniej u tych pszczelarzy, którzy są członkami związków pszczelarskich…
Jeszcze coś o czym obiecałam wspomnieć. Dlaczego pan Alfred poddaje się? Ma dość tłumaczenia ludziom dlaczego jego miód nie ma tak pięknego koloru, jak miód sąsiedniego sprzedawcy, który go … farbuje, ma dość tłumaczenia, ze tak jak jego wygląda naturalny miód. Ma dość tłumaczenia, ze miód naturalnie się krystalizuje i że najlepiej wcale go nie podgrzewać, bo już powyżej 38 stopni Celsjusza traci swe bogactwo… Smutne trochę, ale cóż, chcemy natury to zaakceptujmy ją bez upiększeń, bo ona taka już jest. Trochę nieforemna, nie zawsze piękna i błyszcząca, ale naturalna:) Jak jabłka z ogrodu babci Gabi… Brzydkie szczerze mówiąc, ale w smaku nic im nie dorówna!
6 sierpnia 2010 r.
Nareszcie! Udało nam się choć na chwilę spotkać z Danką – moją starą koleżanką obdarzoną talentem plastycznym, którego, nie zawsze mając czas i możliwości, daje czasem ujście… dekorując podwórko recyklingowymi rzeźbami. Przez jedną to nawet rozpętała się draka z drogowcami, a było to tak: wieś, w której mieszka Danka to typowa wieś warmińska, czyli kręta, wąska ulica obsadzona szpalerem drzew. Rzadko remontowana, dodajmy… Chodników jak na lekarstwo, a pobocze byle jakie. Za to samochody grzeją jak szalone siejąc postrach wśród kur i… mieszkańców wsi. Jedna z rzeźb, zrobiona m. in. ze starej beczki i folii po balotach znalazła miejsce przy wjeździe do wsi, a przedstawiała… miśka z radarem ( potocznie zwanym „suszarką”) w łapkach;) Efekt cieszył mieszkańców, bo zaintrygowani kierowcy zwalniali, by przyjrzeć się bliżej, pośmiać się. Ale byli i tacy, co zatrzymywali się, by zrobić zdjęcie. Drogowców rozwścieczyła taka samowola. W zaburzonej płynności ruchu dostrzegli niebezpieczeństwo. Obyło się na szczęście bez sądów, ale misiek musiał się szybciutko ewakuować na podwórko autorki…
Poza miśkami są i inne twory. Jest przystojniak Lucjan, który sąsiadom nie chce odpowiadać „dzień dobry”, są zające, ptasiek i rogacze. Jedną z krów, dzięki skomplikowanemu systemowi „tankowania” ( he he, my z Danką wiemy którędy…) daje się doić:) Dzieciakom bardzo się ta rozrywka spodobała, ale naszym głównym zajęciem był tego dnia wyrób twarogu i masła.
Zdradzę tu pewną ciekawostkę. Otóż udój można podzielić na początkowy, środkowy i końcowy. A który ma największą zawartość tłuszczu? Pomyślałby kto, że początkowy, nic bardziej mylnego. Najwięcej tłuszczu jest w ostatnim udoju. Danka dostała kiedyż od młodej ambitnej i chętnej do eksperymentowania laborantki z mleczarni próbki do oznaczania zawartości tłuszczu w mleku. Mleko początkowe miało około 7% tłuszczu, a to końcowe prawie 30%! No, ale dość tych danych-  może przynudzam?
Przejdę więc do praktycznych wskazówek jak zrobić twaróg. To bardzo proste, choć nie każdy o tym wie (mam koleżankę, która mimo swych prawie trzydziestu lat nigdy nie widziała na żywo świni;) Niewiarygodne, a jednak prawdziwe. Przy okazji pozdrawiam Cię Jo). Jest jeden warunek: trzeba mieć, z czego zrobić twaróg. Od razu tez uprzedzam, że ze sporej ilości mleka wychodzi tylko niewielka ilość twarogu. Do jego zrobienia potrzebne jest mleko słodkie i ukwaszone. By mleko zsiadło musi to być najzwyklejsze mleko pod słońcem, takie z bakteriami, najlepiej wiejskie, broń Boże pasteryzowane, bo takie tylko zgorzknieje. Mleko powinno kwaśnieć ze 2-3 dni. Latem to nawet szybciej. Ja użyłam mleka prosto od krowy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by kto tylko ma ochotę, poeksperymentował ze sklepowym. Swoją droga w sklepach można chyba nawet kupić gotowe zsiadłe mleko. Gdy już jesteśmy w posiadaniu owego cudownie orzeźwiającego zsiadłego mleka, a do tego uda nam się go nie spałaszować z ziemniaczkami;), to możemy przystąpić do dzieła. Zajmie nam to tylko chwilkę, jeśli podgrzejemy mleko. A zaczynamy od podgrzania na maleńkim ogniu słodkiego, pilnując, by nie wykipiało;) Potem powoli dodajemy mleko zsiadłe i czekamy delikatnie mieszając aż twaróg zetnie się i oddzieli od serwatki ( serwatkę można wypić, dać psom lub się w niej… wykąpać). Wyłączamy gaz i zostawiamy nasze twarogowe czary- mary do przestygnięcia. Następnie na sitku odsączamy twaróg z serwatki podrzucając go delikatnie, dzięki czemu straci nadmiar płynu i uformuje się w miłą dla oka gomółkę. Tyle. Gotowe. Jakby powiedziała Julia Child: „Bon Appétit!” Dodam jeszcze, ze twaróg, jaki mi wyszedł z tego wiejskiego mleka był bardzo delikatny w smaku, przypominał włoski twarożek capri. Zgaduję, że to za sprawą ilości tłuszczu, ale to tylko moje przypuszczenia.
Jeśli idzie o wyrób masła, to sprawa jest jeszcze prostsza, niż przy twarogu, za to wymaga duuużo więcej cierpliwości. Najtłustszą śmietanę ubija się w prostym urządzeniu różnie zwanym m.in. masłobojką, czy masielnicą albo kiżanką jak mawiano w wołyńskim domu mojej babci. A tak naprawdę wystarczy zwykły, dobrze zakręcony słoik i, jak już wspomniałam, duża doza cierpliwości, gdyż przyjdzie nam długo, monotonnie i rytmicznie machać nim aż masło pokaże się w tłustych grudkach. Początkowo maleńkie, grudki będą obrastały tłuszczem. Gdy uzyskamy spójną jednolitą masę, płuczemy ją kilkakrotnie w wodzie- tyle razy, by woda była przezroczysta. Wsio. I niech nikogo nie martwi biały kolor masła- to tylko kosmetyka. Masło takie, jeśli komuś naprawdę zależy, można „podrasować” dodając soku z marchewki bądź odrobinę kurkumy. Przybierze wówczas ładnego żółtego koloru. Jednak smak pozostanie niezmiennie pyszny, czy to przy białym, czy przy żółtym kolorze masła;) Palce lizać. Polecam chleb z samym takim własnej roboty masełkiem.
Ps. A dziś robiliśmy z babcią pyszne bułeczki jagodzianki- z zebranych wczoraj jagód. Opisywać tego nie będę, bo blog wkrótce zamieni się w kulinarny, ale dla chętnych zamieszczę przepis na facebooku. Jagodzianki mojej babci są najpyszniejsze na świecie. Takie „slowfoodowe” (mógłby ktoś wymyślić polski odpowiednik tego słowa- mnie brak weny;)…), bez żadnych spulchniaczy. Czysta natura:) Chętni podniebiennych rozkoszy- szukajcie receptury na profilu Matka Polka
28 lipca 2010 r.

Dzień okropniście dokuczliwy. Jeden z tych parnych, nie dających wytchnienia, lejących z nieba żarem dni, kiedy nie ma gdzie się skryć, a chłodny prysznic nie przynosi ulgi. Jakoś to przetrwaliśmy, a wieczorem, gdy temperatura spadła do „zaledwie” trzydziestu stopni wybraliśmy się na działkę. Plan był taki, by dzieciaki mogły sobie pobiegać w samych majtasach, uciekając (albo wręcz przeciwnie, he he) przed prysznicami ustawionymi przez babcię w ogórkach. Mieliśmy dojść do babci, która wybrała się nieco wcześniej, ale nastąpił poślizg wywołany pewnym niespodziewanym, a niemożliwym do zignorowania zdarzeniem.
Otóż miało ono miejsce, gdy szliśmy na działkę jedną z najstarszych w miasteczku, szczęśliwie ocalałych przed spaleniem z rąk pijanych radzieckich „wyzwolicieli” uliczek. (Dawniej chodziło się na skróty pięknymi podmokłymi łąkami, ale część działkowców zniszczyła drewniany mostek na rzeczce, twierdząc, że tamtędy nocą uciekają złodzieje kur, hodowanych przez część działkowców). Przy jednej ze starych kamienic dostrzegliśmy przestraszoną szarą kulkę próbującą wbić się w ścianę zbiegającą się ze schodkiem. Szybko przyjrzeliśmy się kupce nieszczęścia, po czym nastąpiła rzeczowa diagnoza: drżąca szarość to pisklątko bliżej nieokreślonego gatunku, z właściwymi piórkami na skrzydełkach i puchem na grzbiecie, z zamkniętymi oczkami, walącym serduszkiem i desperacko zaciskającymi się na palcach, zaskakująco silnymi szponkami. Skrzydełka wyglądały na nieuszkodzone.
I tu pojawił się dylemat: dwie czwarte dyskutantów (to jest Zośka i Szczypior) było za tym, by pisklę zabrać do domu i „łapać mu muchy i robale” (cytat z Zośki). Jedna trzecia to Brunisław- od głosu się co prawda nie wstrzymywał, ale nie potrafił wyartykułować niczego zrozumiale, więc wyłączyliśmy go z głosowania. No i jeszcze ja – stanowczy sprzeciw. Ptasi azyl w naszej okolicy to abstrakcja, a kliniki weterynaryjne nie skupiają się na takich sprawach jak pisklęta. Szybka decyzja i dzwonimy do koleżanek ze wsi. Żadnej z trzech nie udało się, mimo sporych starań , by odchować pisklęta. Jeszcze telefony do dwóch weterynarzy – obaj są jednogłośni w poglądzie, by zostawić w bezpiecznym miejscu blisko tego, w którym pisklę zostało znalezione.
Odnosimy to szare, zdane na naszą łaskę maleństwo w najbliższe krzaczki, a dzieciaki snują domysły: a może uczyło się latać („ale czemu z zamkniętymi oczkami?”- znów Zośka), może wypadło z gniazda (a rodzice nie przylecieli: „bo ciągle ludzie chodzą po chodniku?”- tu popis dedukcji dał Szczypior), a może jakiś drapieżca je wystraszył lub też upał sprawił, że wyskoczyło (na to Brunisław przeciągle i pytająco:- „Yyyyyy”)? Zostawiamy ptaszka dyskretnie w trawie pod krzaczkiem mając nadzieję, że żaden kot go nie dopadnie i idziemy odkrywać działkę.
Wracamy późno. Jeszcze przed dziesiątą wieczór dzieci nie są odszorowane (jak się okaże dopiero następnego dnia pomoże trochę obcięcie paznokci u stópek;)…).
Gdy dwa dni potem ulegam mojej brygadzie, by sprawdzić miejsce, w którym zostawiliśmy ptaszka, Zośka stawia tezę, że „jeśli na tlawie nie ma lkwi” (czyli krwi; ciągle ma problemy z „r”!), znaczy to, że ptaszek mógł się uratować. Na to Szczypior całkiem rezolutnie dodaje: „i piól! Bo jeśli są to pewnie go kot zeżalł”. Nie odnajdujemy żadnych śladów i uspokojeni wracamy do domu.
Jeśli chodzi o zabieranie ptaków czy innych zwierząt do domu, to nie powinno się tego robić, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Tylko niestety określenie tej konieczności lub jej braku nie zawsze jest łatwe. W ubiegłym roku, w parku miejskim spotkaliśmy skaczącego pd drzewem sporego pisklaka. Nie wzięliśmy go. Był zdrowy i ewidentnie uczył się latać. W przypadku z ostatnich dni straciliśmy pewność.
Tak czy siak dobrze zrobiliśmy, bo w drodze na działkę, kilkanaście metrów dalej, natknęliśmy się na identyczne pisklę. Niestety martwe – widać zdążyło wskoczyć na ulicę i choć znalazło się blisko jej kraju, tuż przy chodniku, zostało rozjechane. Kolejne kilkanaście metrów dalej – w małej trawce pod budynkiem starego młyna dostrzegliśmy kolejne. Całe, lecz niestety też martwe – pewnie padło od upału. „Nasz” pisklak miał szczęście, że siedział w cieniu, dziobem zwrócony ku ścianie, a nie jezdni. No i trafił na nas. Miejmy nadzieję, że ocalał.
Zagadką pozostaje dla nas nadal gatunek ptaszka… Nad głowami latają tam całe masy jaskółek, gżegżółek i jerzyków… A może ktoś z czytelników rozpozna co się kryje na zdjęciach i zaspokoi naszą ciekawość?

16 lipca 2010 r.
Czwarta rano. Jem szybkie śniadanie i pędzę do mamy, z którą umówiłam się na jagody. Im wcześniej wyjdziemy, tym lepiej dla nas, bo potem upał nawet w lesie jest nie do zniesienia, zwłaszcza kiedy człowiek ubierze się „pod kleszcza i żmiję”, czyli w długie spodnie, kalosze i na długi rękaw. Jeszcze tylko rzut oka na termometr i… o Matko Boska! Dwadzieścia pięć stopni o czwartej rano!!! Nie ma co zwlekać, zwłaszcza, że dzieci zostawiam pod opieką ich babci. A póki co, niech jeszcze trochę pośpią.
Krótko po wyjściu od teściów zauważam brak aparatu. Nie chcę tracić czasu na powrót, więc go sobie odpuszczam, ale już uśmiecham się pod nosem, bo czuję, że zobaczę dziś coś interesującego – jak zawsze, gdy nie mam przy sobie nic poza własną pamięcią ;) I rzeczywiście, już po drodze do mamy widzę podmokłe łąki malowniczo otoczone ramionami Łyny. To stołówka i lęgowisko licznego ptactwa, ale także innych zwierząt, między innymi chronionego kumaka nizinnego. Nad łąki opada gęsta, tajemnicza mgła i od razu przed oczami staje mi scena z miejscowej legendy, jak to jakiś władca zobaczywszy to miejsce rzekł tylko dwa słowa: „dobre miejsce”. Bo istotnie w tamtych czasach było idealne pod względem obronności. Dla mnie teraz jest idealne pod względem malowniczości, a także walorów przyrodniczych. Ale to tylko preludium do tego, co spotyka mnie w lesie…
Las jest ciepły i pachnący, wciąż jeszcze daje orzeźwienie przed coraz bardziej stanowczo lejącym się z nieba żarem. Nie spotykamy tego dnia w lesie ani żywej duszy. Nic tylko my i tętniący życiem las. Coraz to słychać z różnych stron tajemnicze szelesty ściółki, spadające z trzaskiem z drzew gałązki, szyszki, powietrze świszczące cicho rozdzierającymi je skrzydełkami spadających małych żarłoków, którym nawet upał nie odbiera apetytu. Z oddali słychać pracowite stukanie dzięcioła, a tuż nad moją głową rozlegają się śpiewy nieznanego mi ptaka. Zupełnie obce i głośne. Nigdy wcześniej takich nie słyszałam. Nie mogę nic dostrzec, bo korony drzew są bardzo gęste. Skupiamy się na jagodach. Po małym rekonesansie dochodzimy do wniosku, że poszukamy dalej, bo tu jagodnik, choć rozległy i gęsty, to bardzo ubogi w owoce, a listki zbrązowiałe i poschnięte.
Jestem na dróżce, coraz bardziej zalewanej słońcem. Przed sobą widzę jakiś intensywny ruch, więc zaintrygowana podchodzę bliżej. To padalec chcący się dostać do przydrożnych krzaczków jagód. Wije się i pręży jak szalony. Ogonem wywija esy floresy, a głowę desperacko wyciąga w kierunku zieleni. I już nie wiem sama, może to wcale nie padalec, tylko duszący ofiarę gniewosz. Gdy jestem już przy obiekcie tego zamieszania, widzę, że to istotnie padalec, a wije się tak, bo… zaplątał się w cienką, ale rozkrzewioną gałązkę. Co za widok! Dopiero zauważam, że w tej plątaninie odnóżek gałązki i szalejącego ciała padalca siedzi skamieniała i przerażona… żabka! Pewnie myśli, że za chwilę zostanie zjedzona. Zupełnie się nie rusza, wygląda jakby była martwa. W końcu ta beznoga jaszczurka uwalnia się i ginie w zieleni jagodnika, a żabka… dalej siedzi nieruchomo. Pomagam jej lekko otrząsnąć się z szoku, popychając ją lekko paluchem, a ta odskakuje jak poparzona i już wszystko wraca do normy.
Szkoda, że nie miałam aparatu, bo to był naprawdę interesujący widok zobaczyć żabkę w pętli niezainteresowanego nią padalca :) Ten niegroźny padalec, tak doskonale widoczny na ścieżce, wpełznąwszy w zieleń od razu stał się niezauważalny, choć wiedziałam, że tam jest i starałam się go wypatrzyć. Nasuwa mi się refleksja, że żmija zygzakowata byłaby tak samo trudna, jeśli niemożliwa do wypatrzenia w jagodniku. A tym samym uniknięcie ugryzienia przez nią po włożeniu łap w krzaczki jest niemal równe zeru. I pół biedy jak ktoś nie jest uczulony na jad… Ja mam jedną, póki co sprawdzającą się, metodę: kalosze i tupanie. No i staram się nie rozglądać za ptakami, tylko patrzeć pod nogi, choć muszę przyznać, że to niełatwe :) Kalosze są dosyć grube i nieźle chronią, a tupanie wywołuje wstrząsy i uprzedza żmiję przed naszym nadejściem. Jest co prawda głucha jak pień, ale świetnie wyczuwa wszelkie drgania podłoża. No i co ważne, woli unikać kontaktu z człowiekiem, więc chętnie schodzi z drogi, odpełzając sobie znanymi ścieżkami.
Innym razem też na jgodach spotkałam jaszczurkę żyworodną. Jest popularna i często  widujemy z dzieciakami całe dziesiątki tych gadów wygrzewające się na słonecznym skraju lasu. Ale, zwłaszcza dzieciakom, trudno je dostrzec, bo z prędkością światła czmychają wśród sosnowego igliwia, na którym zwykle „stacjonują”. Tym razem było inaczej. Spotkałam jedną na podleśnej dróżce. I bardzo chciałam ją sfotografować dla dzieciaków, które spały jeszcze w najlepsze w domu. Zachodziłam jej drogę, krążyłam wokół niej, byle tylko zrobić dobre ujęcia. A ona denerwowała się coraz bardziej. W końcu to maleńkie i zupełnie niegroźne stworzonko o wielkim duchu otworzyło pyszczek próbując mnie odstraszyć. Zupełnie jakby chciało powiedzieć: „  Zostaw mnie babo w spokoju!”. No to je zostawiłam. Nie chciałam już męczyć jaszczurki, a i rozbawiła mnie swą odwagą. Dołączam zdjęcie, żebyście wszyscy mogli zobaczyć ten okaz. A i jeszcze Zośkę z naszego spaceru leśnego, gdzie okrzyknęła się Leśną Królewną. Koronę stanowił wianek, którego owoce złupił później rozbójnik Szczypior terroryzując piękną królewnę… pistoletem z patyka;)
Tak to nam leniwie upływa pobyt na Warmii. Czas dzielimy między wypady do lasu i nad jezioro, najgorsze upały próbując przetrwać przy lekturze. A czytamy ostatnio „Małomównego i rodzinę” Małgorzaty Musierowicz. Bardzo wakacyjna powieść dla dzieci, trochę wpisująca się w to, co my tutaj przeżywamy, ale o tym więcej w następnym odcinku:)
Pozdrawiam serdecznie i wakacyjnie beztrosko. Matka Polka:)))