wtorek, 29 marca 2016

Burza

Pierwsza wiosenna burza

Wielkanoc była wyjątkowa - pierwsza na wsi. Święta spędzone w miłym gronie najbliższej rodziny szybko minęły. A wyjątkowość polegała także na tym, że... chyba mogę powiedzieć, że byliśmy już zdrowi. Wszyscy dochodziliśmy do siebie po tych przeziębieniach, anginach, zapaleniach oskrzeli, płuc, uszu.  Ach, szkoda gadać,  dość powiedzieć, że udało się nawet pójść połowie rodziny na rezurekcję!  To nic, że mała Mirabelka większość mszy przespała;) Ważne, że sama zgłosiła chęć dołączenia do starszego rodzeństwa :) I nie objadaliśmy się ponad miarę w święta;) I poruszaliśmy się na ciepłym,  słonecznym,  choć wietrznym spacerze w niedzielę!  A w poniedziałek spędziliśmy parę godzin w ogrodzie - prawie zasnęłam na słońcu i chyba trochę opaliła mi się buzia;)! Brunisław został mistrzem ogrodnictwa ( jego szklarenkowe wysiewy wschodzą ; Szczypior ciągle czeka)! Mirabelka została małą mistrzynią rolek! Fajnie było, ale się skończyło. A dziś co? 
Dziś był las:)! Przez to chorowanie dawno nie byliśmy,  a dziś udało mi się zabrać młodszą czwórkę.  Brunisław pojechał rowerem,  Fistaszek wyspał się w wózku,  Kropek wypatrzył na drodze żuki,  a ja uszkodzone,  być może przez zwierzęta,  mrowisko, w którym jak w ukropie biegały mrówki rudnice. 





Las miejscami ubarwiony jest jeszcze bardzo... jesiennie, ale coraz częściej obleka się w świeże wiosenne barwy, które cieszą oko a to w postaci świeżego mchu, a to młodego jaskółczego ziela.




Spacer nie wyglądał tak jak planowaliśmy, bo... zaczęło grzmieć. Żadnej delikatności,  zapowiadających dalekich pomruków, tylko od razu tak, żeby nie było wątpliwości kto nadchodzi - Ona!  Pani Wiosenna Burza! Ta, po której wiosna rusza z kopyta. Ta, która zaniepokoiła leśne ptaki i która zwróciła nas z drogi. Byliśmy dosyć daleko, na tyle, by nie zdążyć do domu o suchej nitce,  choć niewiele brakowało.  Udało się Brunisławowi, bo pojechał rowerem, choć jechał na tle błyskawicznie, to nie zmókł.  A nas dopadło już blisko domu. Szaleńczy, siekący i niesamowicie gęsty grad! A gdy zamknęłam drzwi domu jak nie huknie!  Blisko!  Bardzo blisko! Jak się okazało piorun walnął w okolicach domu sąsiadów i naprawa prądu w całej okolicy zajęła parę godzin!  
Pierwszą przygoda tej wiosny zaliczona!



poniedziałek, 21 marca 2016

Szklarnia

Szczypior i Brunisław dostają szklarnię 




Już jakiś czas temu kupiłam dzieciom edukacyjną szklarnię. Czy warto było? To się jeszcze okaże,  ale póki co wydaje się, że tak. Szklarnia jest plastikowa,  ale na tyle mocna, że posłuży do wielu, wielu siewów.  Opakowanie zawiera osiem małych plastikowych doniczek, pięć (? )  krążków torfowych i torebkę pełną nasion. A dokładniej rzecz biorąc w torebce umieszczono cztery gatunki-  bardzo różniące się wyglądem, ale wszystkie proste w uprawie. Są to: fasola, nasturcja,  bazylia i pomidor.  Oczywiście nikt nam nie broni podmienić nasion innymi;) Z tymi nasionami to był ambaras. Producent na opakowaniu umieścił taką oto informację :

UWAGA!  Nie używaj nasion dostarczonych w zestawie do celów rolniczych,  lecz przestrzegaj poleceń zawartych w zaproponowanych zadaniach dydaktyczno - edukacyjnych i wysiewaj nasiona wyłącznie w pojemnikach,  które znajdziesz w opakowaniu.  Nie stosować do użytku spożywczego.  Nie zostawiać w środowisku.  Certyfikowana zgodność fitosanitarna. 

No i zaczęły się- najpierw tylko domysły,  później i dociekania na jednej z " roślinnych" grup na fb. Czy producent chiński?  Czy nasiona zaprawiane chemią?  Czy F1? Czy GMO? Dlaczego nie do " użytku spożywczego "? I o co chodzi z tym " niewprowadzaniem do środowiska"?!  W zaistniałej sytuacji najprościej było... napisać do dystrybutora.
Tak też zrobiłam.  Dystrybutor nie był zupełnie zorientowany w temacie, ale za to chętny do pomocy. Poprosił o kod kreskowy produktu i napisał z prośbą o wyjaśnienie do Włoch,  do producenta, firmy Clementoni. Ten odpisał,  że formuła znaczy ni mniej ni więcej tylko: "nie zjadać nasion". Oto co napisał mi pan Krzysztof Orzechowski :


Informacja w produkcie jest spowodowana jedynie kwestiami bezpieczeństwa. Są to normalne produkty, które można jeść(rośliny), nie są skażone, ani też nie są GMO. Taka informacja została podana ponieważ czasami zdarzały się przypadki w których dziecko jadło nasiona, a nie rośliny. Również taki sam jest powód aby nie zostawiać ich w środowisku.

Teraz rozpakujmy to duże, interesujące pudełko:) Co znajdujemy w środku? Otóż wewnątrz opakowania trafiamy na plastikowe (całkiem solidne) elementy szklarni- podstawkę, daszek z systemem nawadniania, okiennice do wietrzenia w szklarni,  a także krążki torfowe, termometr do mierzenia temperatury w szklarence,  plastikowe małe doniczki,  pipety , kubek do nasiąkania krążków i pojemniczek- jak po kliszy fotograficznej, a także broszurkę ( właściwie to mini książeczka pełna ilustracji, ciekawych opisów i eksperymentów). Znajduje się tu również torebka z nasionami. 






Szczypior i Brunisław już dawno przymierzali się do szklarenki,  ale oni  mają tyyyle różnych zajęć i pomysłów, że ostatecznie szklarenką zajęli się w ostatni czwartek.  Bardzo chętnie zajęli się składaniem elementów,  wyjątkowo zgodnie podzielili się pracą i zawartością. Bawili się długo i w zgodzie. Współpracowali,  używali słownictwa odpowiedniego do sytuacji ( szef szklarni, laboratorium, analiza i takie tam;)) i dzielili się.  Każdy z nich posiał po jednym nasionku z każdego rodzaju. Podlalewają każdego dnia, obserwują... 




 








Zabawka okazała się strzałem w dziesiątkę.  A czy ma wady? Cóż,nic nie jest doskonałe. Także edukacyjna szklarnia. Jako wadę zabawki odbieram przede wszystkim tę niefortunnie napisaną uwagę o nasionach, ale także fakt, że w szklarence jest tylko pięć krążków torfowych, a doniczek aż osiem.  I to już chyba tyle.  Lista zalet jest dłuższa - dobra cena w stosunku do jakości,  duża paczka nasion, możliwość eksperymentowania o każdej porze roku- do czego zachęca producent,  a także możliwość wielorazowego wykorzystania szklarenki oraz... to najbardziej mi się spodobało, podzielność zabawki. Fakt,że jednocześnie może na niej eksperymentować ośmioro dzieci robi wrażenie. A jeśli doliczyć zagłębienia do hodowli kiełków to jednocześnie może pracować aż czternaścioro młodych ogrodników! I to jest najfajniejsze!  To jest tak fajne, że nawet niewystarczająca ilość krążków torfowych schodzi na dalszy plan. Owszem, z nimi jest czyściej niż z sypką ziemią, ale cóż.  Warto od razu zaopatrzyć się w małą torebkę ziemi. Miejmy nadzieję,  że producent to zmieni i licząc krążki doliczyć do ośmiu ;) Być może mu jeszcze o tym napiszę, a tymczasem polecam nawet taką nieidealną szklarenkę, bo to jedna z najwartościowszych zabawek z jakimi zetknęłam się w tym roku.

Wpis można zaliczyć do Małego Przyrodnika, wszak nie da się być ogrodnikiem nie będąc przyrodnikiem;)



Aktualizacja, 12.04.2016
Szczypior pojechał dziś w Góry Świętokrzyskie to ja tymczasem zamieszczę zdjęcie jego i Brunisławowej uprawy szklaeniowej. Chłopcy posiali po cztery nasionka. Prawa połowa zdjęcia to uprawa Brunisława, zaś lewa- Szczypiora. Ekhem, ekhem, cóż,  no nie wyszło z tym chłopakowi,  za ro Brunisław dumnie paraduje w nimbie "najlepszegoogrodnikaświata". A przecież i Szczypior potrafi nieźle pobawić się roslinami- o naprzykład eksperyment z fasolą - bardzo ładnie mu się udał.  Trochę to niepowodzenie może tłumaczyć fakt,że Brunisław - o furiackim temperamencie któregoś razu, krótko po Pabianic, w złości zrobił tam w tych Szczypiora nasionach niezłe przemeblowanie... I podobno " specjalnie zalewal rośliny [Szczypiora], żeby te zgniły "(?)  Zobaczcie sami jaki tego efekt:



15.04.2916: Aktualizacja...  aktualizacji;)
Jednak i Szczypior może się radować sukcesem ogrodniczym! No może sukcesikiem;) Jedno nasiono na cztery wykiełkowało.  Musiało być głęboko przez Brunisława " wgmerane " w ziemię i na tyle silne, że udało mu się wyjrzeć nad ziemię :)



czwartek, 10 marca 2016

Kapusta biała

Wysiew kapusty



Dzieciaki znów się pochorowały. Kropek najgorzej.  Teraz śpi. A tymczasem Mirabelka zdążyła już posiać kapustę, teraz gania ze Szczypiorem po dworzu, a Brunisław robi... ciasto;) 
Co do kapusty, to jest to kapusta do wczesnego siewu w inspektach. Już 10 marca! Powinniśmy to byli zrobić prawie miesiąc temu, ale co tam! Spróbujemy spóźnionego wysiewu. W końcu eksperymentujemy , uczymy się ziemi, ogrodu, roślin ( ups, jaki mamy Księżyc? Zapomniałam zwrócić uwagę;)- widzicie, prawdę mówiłam, że się uczę ;))!  
Kapusta w całości została samodzielnie wysiana przez Mirabelkę. Najpierw przygotowała ziemię,  później posiała nasionka, a na koniec podlała. Żadnych wspólników tym razem.





A trzy dni później...



wtorek, 8 marca 2016

Zielono mi!


                           

Gosia Kalemba- Drożdż to znana wielu osobom jako zwariowana na punkcie chwastów pani naukowiec, autorka powiększających oczy książek o jadalnym zielsku ( oczy się powiększają ze zdziwienia;) A książki są nie dość, że fascynujące to jeszcze przepięknie wydane! No i dla niedowiarków teoria sprawdzona w praktyce i przebadana wzdłuż i wszerz przez panią doktor),  bloggerka w pincake.blog.pl, administrator strony fb Trochę Inna Cukiernia,  mama alergików,  pracownik naukowy, członkini różnych grup roślinnych na fb, fajna babka i kto wie co tam jeszcze;) To ona parę lat temu wymyśliła akcję " Zielono mi!".  Zostałam do niej zaproszona i spróbuję się zabawić. A może dołączycie?  Zaczynamy 17 marca.  Szczegóły u Gosi: 

poniedziałek, 7 marca 2016

Okularnik! Okularnica!

Jestem okularnicą!


                             

 Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, była sobie sekcja karate. Trenował w niej niewysoki pan w średnim wieku. Trzeba się było dobrze przyjrzeć, by pod warstwą ubrania dostrzec silną sylwetkę. Pan był niepozorny, spokojny i grzeczny. Okularnik, pracujący jako... ochroniarz;) Różne sytuacje konfliktowe, szarpaniny załatwiał spokojniei bez nerwów. Gdyby wówczas istniała definicja języka żyrafy, to język tego "doranyprzyłóż" pana właśnie "żyrafim" by nazwano. Jest w tej historii pewien haczyk. Okulary. Pan, owszem, był "doranyprzyłóż", ale tylko dopóty, dopóki ktoś śmiał tknąć jego okulary. Gdy ktoś je trącił, a nie daj Bóg wykrzywił lub zrzucił, jego język żyrafy rozpływał się w niebycie, a pana ogarniała dzika furia. I wiecie co? Ja go rozumiem. Myślę, że każdy okularnik go zrozumie. Bo okulary to część nas, bez nich jak bez ręki. Jednak przywiązanie do nich rodzi się często w bólach. Zwłaszcza gdy jest się dzieckiem i dopiero zaczyna się nosić okulary... Chciałabym dziś wspomnieć pewną książeczkę. Jakiś tydzień temu dostałam z wydawnictwa Dwie Siostry paczuszkę z dwiema książkami. Jedna była tak niesłychanie pięknie zilustrowana i wydana, że ta druga została niedbale rzucona na półkę, by leżeć w zapomnieniu całe trzy dni. I nawet ciekawskie dzieci rzuciwszy okiem na okładkę "kopciuszka" wyciągały ręce po piękność. Jaki to wielki błąd, okazało się któregoś wieczora, gdy ktoś (Szczypior?) zakosił piękność i nie chciał się przyznać, a to był czas wieczornego czytania. Kopciuch leżał pod ręką- tuż na półce, pora najwyższa, zniecierpliwiona publiczność wierciła się już w łóżkach, no, jak to się mówi, mus to mus. Wyciągnęłam rękę po "Okularki" Ewy Madeyskiej i z pewnym uprzedzeniem otworzyłam książkę. A w środku... mała Frania.


 


Dziwna jakaś ta Frania. W dziwnym wieku- starsza od Kropka, młodsza od Mirabelki... Co to w ogóle za wiek? Z wielodzietnej rodziny. Z zabieganą matką i wiecznie pracującym "ulaptopionym" ojcem. Brrr. I do tego okularnica! Z każdą stroną opowieść... wciąga coraz bardziej, sprawia, że czujemy jakbyśmy wskoczyli do książki. Duża czcionka i niektóre pogrubione wyrazy zachęcają dzieci do samodzielnego czytania albo prób odczytania fragmentów- nawet nieczytającą Mirabelkę. Mnóstwo tu kolorowych ilustracji narysowanych pewną kreską, lecz w stylu naiwnym- imitującym dziecięce rysunki. Wywołują one uśmiech na buzi czytelnika i grzeją swym ciepłem. A sama historia? Pod pretekstem zgubionych szkieł taty pokazuje nam jak ważne w życiu człowieka mogą być okulary i ile emocji mogą wywoływać! Frania, choć ma piękne okulary, w różowych, wesołych oprawkach, wstydzi się w nich pokazać. Dlaczego? Przecież świetnie w nich widzi, nie musi już mrużyć oczu i w dodatku ładnie wygląda! Ano dlatego, że spotkała się z brakiem akceptacji! Że wyśmiewano się z niej! Tylko dlatego, że pojawiła się w okularach! Frania nie rozumie, że okulary to część niej samej. Próbuje się bez nich obywać, co nie jest łatwe gdy się ma wadę wzroku. W przypadku Frani jednak wszystko dobrze się kończy.



Dziewczynka dowiaduje się, że dzięki okularom można poczuć się wyjątkowo;  że wpływają one na nasz wizerunek i samopoczucie, że niektórych ludzi zwyczajnie nie sposób wyobrazić sobie bez nich. I, że niektórzy ludzie bez okularów życia sobie nie wyobrażają. Gdy z jakiegoś powodu są pozbawieni tego cudownego wynalazku, to czują się nieswojo, są niespokojni, poprawiają powietrze na nosie, a gdy zapomną gdzie położyli swoje "patrzałki" biegają w popłochu po domu, szukając histerycznie ( czasem niemal po omacku) swoich "oczu". Dla mnie sceny jak z "Okularków" Madeyskiej to nie jest fikcja literacka. Zdarzają się od czasu do czasu i w naszym domu;)


 Wracając do książki "Okularki" to muszę przyznać, że nie ma w niej nachalnego moralizatorstwa. Jest za to mądrze pokazany problem i sugestia jak sobie z nim poradzić. A już to, jak mała, kilkuletnia dziewczynka rozprawia się z dokuczającym jej Wiktorem to mistrzostwo świata! Gdybym ja w odpowiednim czasie (gdy okulary miałam nosić tylko do rysowania, czytania itp) znajdowała takie celne riposty jak Frania, dziś pewnie nie byłabym okularnicą. Pełnie ciepłą, humoru i pozytywnej atmosfery "Okularki" Ewy Madeyskiej są pierwszą książką w serii "Małe Katastrofy", więc możemy się spodziewać nowych pomysłów na rozwiązanie problemów, przegonienie stresów naszych maluchów. Książkę zilustrowała Kasia Matyjaszek. Im więcej przyglądam się tym ilustracjom, tym bardziej ich ciepło i prostota chwytają za serce. Zajrzyjcie do książeczki koniecznie. To jedna z tych, które czyta się po wielekroć i nie ma się dość. Mirabelka nawet zabrała ją do przedszkola, a tam dzieci "wsiąkły":) I jeszcze jedno ( wiem, wiem, strasznie się rozpisałam, ale już kończę, naprawdę;) ). Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię czytać dzieciom na głos. Od Jarosława Boberka to lata świetlne mnie dzielą, ale staram się nadać każdej postaci odrębny styl. Lubię modulować głos, odpowiednio intonować, jak trzeba to krzyknę, pisnę, a nawet zachrumkam;) Nie, w tej książce nie ma chrumkania, ale niesamowicie łatwo i przyjemnie się ją czyta na głos :) Polecam raz jeszcze.



 Fot. My też mamy różowe okulary;) Przy okazji różowych okularów porozmawialiśmy o... związkach frazeologicznych;) O tym co to tak naprawdę znaczy patrzeć na świat przez różowe okulary, albo że źle lub dobrze komuś z oczu patrzy itp. A na koniec odśpiewaliśmy hicior Natalii Kukulskiej sprzed trzydziestu (!) lat
"Kup różowe okulary,
Załóż buty nie do pary,
Przez różową szybę patrz na świat..."


Tytuł: "Okularki"
Autor: Ewa Madeyska
Ilustrator: Kasia Matyjaszek
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Seria: Małe Katastrofy
Rok wydania: 2015
Oprawa: twarda
Kategoria wiekowa: 3+
ISBN: 978-83-63696-07-8

Za książkę dziękuję wydawnictwu Dwie Siostry 

sobota, 5 marca 2016

Rośliny dnia krótkiego/ długiego

O co chodzi w tym krótkim dniu?

Wiecie co łączy tytoń, który odkryto w Ameryce ponad sto lat temu z rzodkiewką, którą posiał dziś Szczypior ( ależ to brzmi- Szczypior posiał rzodkiewkę, no koń by się uśmiał!)? 
To będzie dłuższa opowieść, ale ciekawa, więc nie uciekajcie ;) Dawno temu w Ameryce osadnicy podpatrzyli jak Indianie hodują tytoń i sami się wzięli za uprawę.  I nieźle im szło.  Do czasu, gdy w 1906 roku zwrócili uwagę na nową odmianę, która pojawiła się nie wiedzieć skąd.  Tytoń charakteryzował się tym,  że rósł i rósł i rósł i przestać nie mógł aż go mrozy zmogły.  Fajnie? Nie do końca.  Otóż farmerzy drapali się w głowy dumając- zakwitnie czy nie?  I za cholerę dojść nie mogli od czego to kapryśne kwitnienie zależy.  A od kwitnienia znowu zależało czy będą mieli nasiona na następny siew czy nie. A działo się to w stanie Maryland, skąd wzięła się nazwa owego dorastającego nawet do 4,5 metra tytoniu - Maryland Mammoth. W końcu na pomoc farmerom przyszli naukowcy. Dwanaście lat po odnotowaniu występowania tego gatunku przez rolników, dwaj naukowcy z Departamentu Rolnictwa- Wightman W. Garner i Harry A. Allard, rozpoczęli obserwacje. Posiali nasiona w doniczce i ustawili je w polu, ale część z tych donic popołudniami zanosili do ciemnego pomieszczenia.  Te rośliny, które miały więcej światła rosły jak głupie, a te, którym przykręcano " kranik" ze światłem przestawały tak rosnąć,  ale za to zakwitały. Okazało się, że tytoń i jemu podobne rośliny to tzw. rośliny dnia krótkiego.  Są też rośliny, które mają odwrotnie - aby zakwitnąć potrzebują długiego dnia. Taka zależność od ilości światła nazywana jest fotoperiodyzmem. No a jak to się ma do naszej rzodkiewki?  Otóż ona musi być wysiana teraz, albo jesienią, gdy światła jest mało, bo inaczej wypuści pędy nasienne i sparcieją jej korzenie, a tego byśmy nie chcieli :)
A teraz wróćmy do naszego ogródka.  Mamy takie małe poletka uprawne, coś jakby podwyższone rabaty, siłą motyki wyrwane kwaśnej ziemi pokrytej dywanem z mchu. Po zimie i na nich dało się zauważyć gdzieniegdzie małą kępkę mniszka czy mchu. Dziś Szczypior popracował. Sam zgrabił ziemię usuwając plamki mchu i trawy, a potem ją skopał. Następnie dosypaliśmy siedemdziesięciolitrowy worek ziemi pod warzywa, zagrabiliśmy i Szczypior posiał rzodkiewkę.  Ja byłam w czasie siewu początkowo w domu, ale on po jednym rządku wrócił sfrustrowany, że...  krzywo mu wyszło.  Najcięższą robotę zrobił, a nasionka miałyby go pokonać? Wyszłam  z nim jeszcze raz. Pomogłam zrobić rzędy, a Mirabelka pomogła posiać nasionka. Rzodkiewka była eko- niczym nie zaprawiana. Zobaczymy czy coś jej nie zje przed nami? Prace na grządce tak dobrze dzieciakom szły, że " machnęły " jeszcze jedno poletko, na którym posadziły żółtą cebulę. Mirabelka też próbowała swoich sił w kopaniu;) Nawet nieźle jej szło, tylko sił na krótko starczyło;) Przy okazji kopania wykopały się Szczypiorowi gąsienica i dwie dżdżownice.











Jeśli jakiś dzielny człowiek doczytał aż do końca to zdradzę, że tę ciekawą informację o Maryland Mammoth i o fotoperiodyzmie mam z fascynującej książki,  którą dostałam podczas wymiany książkowej.  To " Zmysłowe życie roślin " Chamovitza 

15.04.2016 Aktualizacja 

Po ponad miesiącu kiełkują już: żółtą cebula i rzodkiewka.  Czerwonej cebuli ani widu :/

czwartek, 3 marca 2016

Sadzimy cebulę

Sadzimy czerwoną cebulkę

Dziś było ciepłe i słoneczne popołudnie.  Bru przed południem miał ciężki dzień - kłócił się z kolegami, przepychał, bił... Mirabelka miała marny humor, bo...  nie było słodyczy itd, itp A Fistaszek słodko i mocno zasnął w wózku.  Wykorzystaliśmy to. Ziemia znów zapewniła nam terapię;) Wycięliśmy suche badyle,  które zostały na zimę.  Brunisław używał pod moim nadzorem dużego sekatora.  Dużo energii z siebie spuścił ;) Potem posadziliśmy poletko cebulki.  Skopaliśmy wspólnie ziemię,  przy okazji wykopując dżdżownicę- ku wielkiej radości Mirabelki,  która się zastanawiała czy dżdżownica ma dwie buzie? 


Potem z domu wytoczył się Szczypior ze...  sztucerem i zaczęło się polowanie, a potem jeszcze wspinaczka nadrzewna i walka kijami.  Mirabelka w tym czasie posadziła dwie malwy a Kropek wychlapał pół wielkiej kałuży:) 

Hodujemy warzywa

<3 malinowe :)

Hildzia odradzała,  ale ja mam wieeelką słabość do pomidorów malinowych.  I nie chcę żadnych innych. Mam spory zapas nasion i gdy pewnego dnia nastrój w domu stał się bardzo bojowy,  a Kropek i Brunisław znaleźli nasiona rzodkiewki i koperku, nasypałam im ziemi do pudełek i posiali sobie sami ustalając co który bierze. Zaś wieczorkiem, tak dla odreagowania stresu, dałam Zośce całe dwie miniszklarenki, w których wysiany został właśnie maliniak, mix papryki i kilka nasion czarnych pomidorów.  Trochę wcześnie, ale cóż...  Uważam, że ogrodnictwo to najlepszy terapeuta na świecie :) Czy mamy doła, czy kipimy wściekłością- ziemia i rośliny zawsze przyniosą ulgę. A gdy coś, co sami robimy zaczyna przynosić widoczny efekt to już w ogóle mega satysfakcja :) Po tygodniu podlewania kiełki pomidorów dosłownie rosną w oczach. Papryka potrzebuje trochę więcej czasu, ale też już jest tuż tuż.