Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codzienność.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codzienność.... Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Warsztat dowolny z Dzieckiem na Warsztat III


Mocno spóźnieni i zagonieni pokażemy Wam co robimy jak nas nie ma. No, maleńki fragment pokażemy, bo doby nie starcza, by ogarnąć wszystko. 
Lato, choć nie rozpieszcza,  roztacza przed nami szaloną paletę barw i zapachów. Kusi tysiącem cudownych roślin na wyciągnięcie ręki. Trudno się oprzeć takim pokusom,  więc... nie opieramy się ;)
Nasz dowolny Warsztat nie da Wam konkretnych przepisów co i jak robiliśmy krok po kroku, zwłaszcza, że dziedzina, którą wzięliśmy na warsztat daje duże pole do popisu i improwizacji. Można się dużo nauczyć metodą prób i błędów -można sobie na te chwilę na to pozwolić; nie wyjdzie- trudno.   Z głodu nie uprzejmy,a więcej błędu nie popełnimy;)
Muszę się pochwalić,  że Brunisław sam, z moją niewielką pomocą techniczną zrobił syrop z kwiatów czarnego bzu. Nazrywał, poodcinał kwiatuszki, ugotował i rozlał do słoiczków syrop ( te" gorące" etapy z moją pomocą). Na koniec nawet sam powypisywał i ponaklejał etykiety. Część słoików podarował kilku osobom.
Robiliśmy również herbatę Iwan Czaj z kiprzycy wierzbówki. Tu trochę, odrobinę dosłownie, pomógł Szczypior i jego kolega. Zrolowali trochę liści.  Ach, zapomniałabym- fermentowaliśmy również bez lilak.  Tu do pomocy zaprzęgłam Mirabelkę oraz jej... babcię i prababcię. To był naprawdę miło spędzony czas:) Poza tym co tam jeszcze wyrabiało się w naszej kuchni? Lemoniada z czerwonej koniczyny. A także z suszonych kwiatów chabra,jasnoty białej i listków stewii. Z małym dzikim jabłuszkiem, miodem od Adama- pszczelarza i sokiem z cytryny. Wyszło bardzo interesująco. Koniczyna- kwaskowa, orzezwiająca, mocno musująca, smak rześki,  ale przyjemnie rześki.  Ta druga zdecydowanie slodsza, smak łagodniejszy, przyjemny, mniej nagazowana,  bąbelki delikatniej łaskotały podniebienie. No i octy.  Stoją póki co trzy. Co z nich wyjdzie i czy wyjdzie - nie wiadomo. Jagody z kwiatami czarnego bzu, maliny z jeżynami i jabłkiem spod jabłoni oraz krwawi i wrotycz z odrobiną dziurawca i miodem. 
Popatrzcie sami:










Ps. Zaliczyliśmy też spektakularną klapę.  Miał być cydr,  a wyszło... nic.  Nianię pracuje. Parę razy bulgotnęło i już. Pewnie dlatego, że połowę jabłek stanowiły papierówki.  Zapamiętajcie po tym warsztacie- papierówki to tylko na przetwory:p

Wpis powstał na potrzeby projektów:
Dziecko na Warsztat i Mały Przyrodnik 


poniedziałek, 23 maja 2016

Dobry rok dla wiewiórek?

Wiewiórki ( sciurus vulgaris) 

Czy i Wy macie wrażenie,  że ostatnie lata są bardzo dobre dla tych uroczych gryzoni? Ja mam wręcz wrażenie,  że jest ich zatrzęsienie. Gdzie się nie obejrzeć -wiewiórki.  A jakie te młode głupie - blisko podchodzą, przyglądają się z zaciekawieniem i figlują...  Nie dalej niż w piątek trafiliśmy na mieście na truchełka dwóch.  Wyglądały całkiem zwyczajnie- żadnych ran, ani uszkodzeń. Jakby po prostu spadły z drzew.  Nawet sobie pomyślałam, że może się czymś zatruły...
Szczypior niedawno ganiał jedną po ogrodzie. Mirabelka często widuje w przedszkolnym ogrodzie. Biegają po płocie przy pobliskiej szkole. Wybiegają na chodnik- to najbardziej te młodziutkie głuptaski tak lubią się bawić.  Wiewiórki to zwierzęta- samotniki.  Bardzo rzadko łączą się w pary, co nie oznacza, że nie można ich zobaczyć w grupie. Dziś widzieliśmy trzy jak ganiały się wokół pnia wielkiej lipy. Półtora metra od nas:)




niedziela, 10 kwietnia 2016

Fiołkowy zawrót głowy

Fiołki, fiołki, fiołki 

Uwielbiam ich zapach. Czuć je zanim jeszcze je człowiek wypatrzy.  Mowa o fiołku wonnym (Viola odorata).  Wczoraj poszłam z chłopakami do lasu na szlajanko.  A stamtąd dalej. Po drodze ogęgały nas jakieś gęsie olbrzymy, a dalej, w chaszczach znalazłam miejscówkę z fiołkami, przylaszczkami i wieloma innymi interesującymi roślinami.  Nazrywałam troszkę fiołków. A dziś poszłam na fiołkobranie.  Tylko z Fistaszkiem- on spał,a ja łaziłam z pudełeczkiem i łopatką. Wykopałam, a po powrocie do domu posadziłam w ogródku kilka fiołków, jasnotę purpurową, przylaszczki, cebulicę syberyjską i glistnik jaskółcze ziele. No i pozrywałam przez godzinkę fiołków; utarłam z cukrem- po godzinie intensywnego zbierania wyszedł ledwie mały słoiczek.  Ekskluzywne, nie ma co;)




wtorek, 29 marca 2016

Burza

Pierwsza wiosenna burza

Wielkanoc była wyjątkowa - pierwsza na wsi. Święta spędzone w miłym gronie najbliższej rodziny szybko minęły. A wyjątkowość polegała także na tym, że... chyba mogę powiedzieć, że byliśmy już zdrowi. Wszyscy dochodziliśmy do siebie po tych przeziębieniach, anginach, zapaleniach oskrzeli, płuc, uszu.  Ach, szkoda gadać,  dość powiedzieć, że udało się nawet pójść połowie rodziny na rezurekcję!  To nic, że mała Mirabelka większość mszy przespała;) Ważne, że sama zgłosiła chęć dołączenia do starszego rodzeństwa :) I nie objadaliśmy się ponad miarę w święta;) I poruszaliśmy się na ciepłym,  słonecznym,  choć wietrznym spacerze w niedzielę!  A w poniedziałek spędziliśmy parę godzin w ogrodzie - prawie zasnęłam na słońcu i chyba trochę opaliła mi się buzia;)! Brunisław został mistrzem ogrodnictwa ( jego szklarenkowe wysiewy wschodzą ; Szczypior ciągle czeka)! Mirabelka została małą mistrzynią rolek! Fajnie było, ale się skończyło. A dziś co? 
Dziś był las:)! Przez to chorowanie dawno nie byliśmy,  a dziś udało mi się zabrać młodszą czwórkę.  Brunisław pojechał rowerem,  Fistaszek wyspał się w wózku,  Kropek wypatrzył na drodze żuki,  a ja uszkodzone,  być może przez zwierzęta,  mrowisko, w którym jak w ukropie biegały mrówki rudnice. 





Las miejscami ubarwiony jest jeszcze bardzo... jesiennie, ale coraz częściej obleka się w świeże wiosenne barwy, które cieszą oko a to w postaci świeżego mchu, a to młodego jaskółczego ziela.




Spacer nie wyglądał tak jak planowaliśmy, bo... zaczęło grzmieć. Żadnej delikatności,  zapowiadających dalekich pomruków, tylko od razu tak, żeby nie było wątpliwości kto nadchodzi - Ona!  Pani Wiosenna Burza! Ta, po której wiosna rusza z kopyta. Ta, która zaniepokoiła leśne ptaki i która zwróciła nas z drogi. Byliśmy dosyć daleko, na tyle, by nie zdążyć do domu o suchej nitce,  choć niewiele brakowało.  Udało się Brunisławowi, bo pojechał rowerem, choć jechał na tle błyskawicznie, to nie zmókł.  A nas dopadło już blisko domu. Szaleńczy, siekący i niesamowicie gęsty grad! A gdy zamknęłam drzwi domu jak nie huknie!  Blisko!  Bardzo blisko! Jak się okazało piorun walnął w okolicach domu sąsiadów i naprawa prądu w całej okolicy zajęła parę godzin!  
Pierwszą przygoda tej wiosny zaliczona!



poniedziałek, 21 marca 2016

Szklarnia

Szczypior i Brunisław dostają szklarnię 




Już jakiś czas temu kupiłam dzieciom edukacyjną szklarnię. Czy warto było? To się jeszcze okaże,  ale póki co wydaje się, że tak. Szklarnia jest plastikowa,  ale na tyle mocna, że posłuży do wielu, wielu siewów.  Opakowanie zawiera osiem małych plastikowych doniczek, pięć (? )  krążków torfowych i torebkę pełną nasion. A dokładniej rzecz biorąc w torebce umieszczono cztery gatunki-  bardzo różniące się wyglądem, ale wszystkie proste w uprawie. Są to: fasola, nasturcja,  bazylia i pomidor.  Oczywiście nikt nam nie broni podmienić nasion innymi;) Z tymi nasionami to był ambaras. Producent na opakowaniu umieścił taką oto informację :

UWAGA!  Nie używaj nasion dostarczonych w zestawie do celów rolniczych,  lecz przestrzegaj poleceń zawartych w zaproponowanych zadaniach dydaktyczno - edukacyjnych i wysiewaj nasiona wyłącznie w pojemnikach,  które znajdziesz w opakowaniu.  Nie stosować do użytku spożywczego.  Nie zostawiać w środowisku.  Certyfikowana zgodność fitosanitarna. 

No i zaczęły się- najpierw tylko domysły,  później i dociekania na jednej z " roślinnych" grup na fb. Czy producent chiński?  Czy nasiona zaprawiane chemią?  Czy F1? Czy GMO? Dlaczego nie do " użytku spożywczego "? I o co chodzi z tym " niewprowadzaniem do środowiska"?!  W zaistniałej sytuacji najprościej było... napisać do dystrybutora.
Tak też zrobiłam.  Dystrybutor nie był zupełnie zorientowany w temacie, ale za to chętny do pomocy. Poprosił o kod kreskowy produktu i napisał z prośbą o wyjaśnienie do Włoch,  do producenta, firmy Clementoni. Ten odpisał,  że formuła znaczy ni mniej ni więcej tylko: "nie zjadać nasion". Oto co napisał mi pan Krzysztof Orzechowski :


Informacja w produkcie jest spowodowana jedynie kwestiami bezpieczeństwa. Są to normalne produkty, które można jeść(rośliny), nie są skażone, ani też nie są GMO. Taka informacja została podana ponieważ czasami zdarzały się przypadki w których dziecko jadło nasiona, a nie rośliny. Również taki sam jest powód aby nie zostawiać ich w środowisku.

Teraz rozpakujmy to duże, interesujące pudełko:) Co znajdujemy w środku? Otóż wewnątrz opakowania trafiamy na plastikowe (całkiem solidne) elementy szklarni- podstawkę, daszek z systemem nawadniania, okiennice do wietrzenia w szklarni,  a także krążki torfowe, termometr do mierzenia temperatury w szklarence,  plastikowe małe doniczki,  pipety , kubek do nasiąkania krążków i pojemniczek- jak po kliszy fotograficznej, a także broszurkę ( właściwie to mini książeczka pełna ilustracji, ciekawych opisów i eksperymentów). Znajduje się tu również torebka z nasionami. 






Szczypior i Brunisław już dawno przymierzali się do szklarenki,  ale oni  mają tyyyle różnych zajęć i pomysłów, że ostatecznie szklarenką zajęli się w ostatni czwartek.  Bardzo chętnie zajęli się składaniem elementów,  wyjątkowo zgodnie podzielili się pracą i zawartością. Bawili się długo i w zgodzie. Współpracowali,  używali słownictwa odpowiedniego do sytuacji ( szef szklarni, laboratorium, analiza i takie tam;)) i dzielili się.  Każdy z nich posiał po jednym nasionku z każdego rodzaju. Podlalewają każdego dnia, obserwują... 




 








Zabawka okazała się strzałem w dziesiątkę.  A czy ma wady? Cóż,nic nie jest doskonałe. Także edukacyjna szklarnia. Jako wadę zabawki odbieram przede wszystkim tę niefortunnie napisaną uwagę o nasionach, ale także fakt, że w szklarence jest tylko pięć krążków torfowych, a doniczek aż osiem.  I to już chyba tyle.  Lista zalet jest dłuższa - dobra cena w stosunku do jakości,  duża paczka nasion, możliwość eksperymentowania o każdej porze roku- do czego zachęca producent,  a także możliwość wielorazowego wykorzystania szklarenki oraz... to najbardziej mi się spodobało, podzielność zabawki. Fakt,że jednocześnie może na niej eksperymentować ośmioro dzieci robi wrażenie. A jeśli doliczyć zagłębienia do hodowli kiełków to jednocześnie może pracować aż czternaścioro młodych ogrodników! I to jest najfajniejsze!  To jest tak fajne, że nawet niewystarczająca ilość krążków torfowych schodzi na dalszy plan. Owszem, z nimi jest czyściej niż z sypką ziemią, ale cóż.  Warto od razu zaopatrzyć się w małą torebkę ziemi. Miejmy nadzieję,  że producent to zmieni i licząc krążki doliczyć do ośmiu ;) Być może mu jeszcze o tym napiszę, a tymczasem polecam nawet taką nieidealną szklarenkę, bo to jedna z najwartościowszych zabawek z jakimi zetknęłam się w tym roku.

Wpis można zaliczyć do Małego Przyrodnika, wszak nie da się być ogrodnikiem nie będąc przyrodnikiem;)



Aktualizacja, 12.04.2016
Szczypior pojechał dziś w Góry Świętokrzyskie to ja tymczasem zamieszczę zdjęcie jego i Brunisławowej uprawy szklaeniowej. Chłopcy posiali po cztery nasionka. Prawa połowa zdjęcia to uprawa Brunisława, zaś lewa- Szczypiora. Ekhem, ekhem, cóż,  no nie wyszło z tym chłopakowi,  za ro Brunisław dumnie paraduje w nimbie "najlepszegoogrodnikaświata". A przecież i Szczypior potrafi nieźle pobawić się roslinami- o naprzykład eksperyment z fasolą - bardzo ładnie mu się udał.  Trochę to niepowodzenie może tłumaczyć fakt,że Brunisław - o furiackim temperamencie któregoś razu, krótko po Pabianic, w złości zrobił tam w tych Szczypiora nasionach niezłe przemeblowanie... I podobno " specjalnie zalewal rośliny [Szczypiora], żeby te zgniły "(?)  Zobaczcie sami jaki tego efekt:



15.04.2916: Aktualizacja...  aktualizacji;)
Jednak i Szczypior może się radować sukcesem ogrodniczym! No może sukcesikiem;) Jedno nasiono na cztery wykiełkowało.  Musiało być głęboko przez Brunisława " wgmerane " w ziemię i na tyle silne, że udało mu się wyjrzeć nad ziemię :)



poniedziałek, 22 lutego 2016

Dębianka galasówka

Galas

Kiedyś myślałam naiwna, że to tylko nazwisko;) A tymczasem to coś więcej. Przedstawiam- oto piękny galas:




poniedziałek, 11 stycznia 2016

Słoik Szczęścia/ Happiness Jar

Słoik szczęścia zwany Happiness Jar

Na fejsiku jest akcja. Nie lubię akcji... Na ogół są głupie, odciągają ludzi od rzeczy istotnych,  albo ludziom pustym zapełniają  czas, sprawiając, że ich życie nabiera pozornej treści.  Akcja Słoik Szczęścia też nie jest dla każdego. Ba! Na pierwszy rzut oka zdaje się kolejnym bzdurnym czadoprzestrzeniomyślozapychaczem. Ba! Dla wielu ludzi pewnie w istocie nim jest. Jednak ja uważam,  że w moim życiu jest baaardzo potrzebna i wyczekiwana. Myślałam o czymś takim od dawna, ale w natłoku myśli i spraw, wypierana po wielekroć przez niecierpiące zwłoki " tu i teraz" myśl ta ginęła gdzieś w czeluściach wszechświata. Aż do wczoraj, kiedy to nie czekając na " bardziej odpowiedni moment" po prostu wzięłam słoik i wrzuciłam tam mini kopertki. W środku zapisałam to co mnie cieszy,  nawet drobne rzeczy, a na zewnątrz datę. Bo widzicie ja mam okropną,  naprawdę okropną tendencję do narzekania. Powiedziałabym nawet, że do zrzędzenia. Dzięki Bogu w środku we mnie jest taka bardzo silna, nie dająca się stłumić Iskierka, która sprawia, że widzę aż pół szklanki pełnej.  No, w najgorszym przypadku po prostu pół szklanki,  ale nigdy, przenigdy nie dopuszczam myśli, że mam " tylko". I każdemu tego życzę, bo choćby nie wiem jak trudno nam się żyło,  to dzielniej to życie przeżyjemy dziękując za to co mamy niż uzyskując na to czego nie mamy.
A co radości ja tam wrzucam? A choćby,  że mieliśmy miłych gości i przyjemnie spędziliśmy czas. Albo, że udało mi się poczytać ( rozumiecie,  prawda;)?), albo... Nie zdradzę tych osobistych radości,  ale nawet najmniejsza mnie cieszy i staram się ją cenić :) Może też spróbujecie? Pomyślcie tylko jak miło będzie pod koniec roku wspomnieć minimum 366 dobrych rzeczy jakie Was spotkały!


środa, 6 stycznia 2016

Jak dobrze mieszkać na parterze!

Pierwszy śnieg 

Nooo, może nie pierwszy,  ale pierwszy porządny śnieg.  Eskimosi mają podobno czterdzieści nazw na różne rodzaje opadów śniegu...  Ciekawe ile nazw deszczu mają mieszkańcy Anglii, Szkocji;)? Nasz dzisiejszy śnieg był sypki, dość suchy. Bałwan nie lepił się, ale za to jak świetnie można było sypać śniegiem! I o niebo przyjemniej gdy człowiek obsypie się takim śniegiem  niż obsypałby się piaskiem ;) Ach, napadało go tyle, że dawało się ciągać dzieciaki po ogrodzie.  Temperatura też znośna.  Ojciec Polak był z Zośką w kościele. Po mszy były jasełka. Wrócił w świątecznym nastroju i z uśmiechem pod nosem.  Z wrażeniem, że zastanie świątecznie nakryty stół ;) To naprawdę bardzo przyjemny dzień. I jak to fajnie mieszkać na parterze, mieć ogród,  w którym zdrowe dzieci mogą same się bawić, a ja spokojnie doglądam w domu chorowitków! 
Ach, taka pogoda upoważnia do dokarmiania ptaków. Dziś dowiedziałam się czegoś ważnego.  Lepiej karmić ptaki mrożonymi niż suszonymi owocami jarzębiny, czarnego bzu, aronii. Dlaczego? Dlatego, że suszone pęcznieją w ptasim wolu i mogą ptaka dusić. Pamiętajcie o tym dokarmiając skrzydlatych przyjaciół:)




czwartek, 29 października 2015

Jesiennie

Jesień piękna a my uziemieni 


Przyszła jesień deszczowa,  taka " Staffowska". Poszła sobie zostawiając chłód,  ale i piękne słońce. A my już dwa tygodnie uziemieni- właściwie to najbardziej ja, bo siedzę w domu z coraz to którymś dzieckiem. 5/6 zapaleń krtani, zapalenie oskrzeli, opryszczkowe zapalenie gardła złapane w przychodni,  do której chodzimy się osłuchiwać czy aby nic nie słychać w płucach ( a szpitala unikamy jak ognia!). Za oknem tak pięknie!  Nawet piesze wyprawy do wspomnianej przychodni czy do apteki są pretekstem do łapania tego jesiennego piękna.  No i jeszcze coś złapaliśmy- pomysł na kolejny warsztat z cyklu " Dziecko na Warsztat III ". Będzie eksperyment przyrodniczy:)




sobota, 3 października 2015

ESD

Eksperymentalny Sygnał Dobra

Pamiętacie Gabrysię Borejko i jej ESD? Niezły ambaras z tego wyniknął za sprawą sąsiadki, ale... nie wydaje Wam się,  że w gruncie rzeczy to nie taki głupi pomysł?  Nie mówię,  żeby się ciągle uśmiechać,  bo nas wezmą za pomylonych ;) Ale tak zwyczajnie być życzliwszymi na codzień,  nie zakładać,  że sąsiadka nam źle życzy,  a znajoma nauczycielka dręczy uczniów, uśmiechnąć się do siebie i do ludzi. Hm?





piątek, 15 maja 2015

Warszawskie Targi Książki

Warszawskie Targi Książki 
Spotkanie autorskie z Zofią Stanecką i Marianną Oklejak.
Basia :)
15 maja 2015

Zabrałam dziś Mirabelkę na babski wypad do stolicy. Taki tylko nasz. To wielkie święto.  Babcia została z resztą ferajny, chłopaki mieli w planach piracki wieczór w bibliotece, Kropeczek lepił z babcią pierogi, Zośka myślała o odwiedzeniu koleżanki, a my wybrałyśmy się na targi książki. A konkretnie pojechałyśmy tam wiedzione wielką miłością Mirabelki do Basi. Basi raczej nie trzeba przedstawiać,  ale gdyby znalazł się ktokolwiek kto jej nie kojarzy to powiem tyle, że Basia to bardzo lubiana bohaterka literatury dziecięcej. Ma pięć lat,  przeżywa radości i smutki typowe dla swego wieku. Przy tym ma dwóch braci i całkiem fajnych rodziców.
A spotkanie? Hm, byłam na takim spotkaniu autorskim dla dzieci po raz pierwszy, więc nie mam porównania,  ale z opowieści znajomych wiem, że to wyróżniało się bardzo. Autorki bowiem przygotowały się solidnie.  Jeśli ktoś myśli, że siedziały i opowiadały,  tudzież czytały fragmenty książki to się bardzo myli. Przed dziećmi pojawiła się mała scenografia przedstawiająca las,  po czym pojawiły się świetne w swej prostocie tekturowe postaci Basi i jej taty. Wszystko przygotowane przez Mariannę Oklejak, która jest ilustratorką "Basi". Ona też odgrywała rolę taty. Basia natomiast przemówiła głosem pani Zosi Staneckiej. Moja mała,  nieśmiała Mirabelka, która na początku siedziała skrępowana i nie podnosiła rączek gdy padały pytania, na które mogłaby odpowiedzieć twierdząco; która przytulała się do mnie gdy inne dzieci wchodziły na podest i mówiły do mikrofonu... powoli się otwierała. Widziałam jak ta mała dziewczynka powoli się rozluźnia. Jak uśmiecha się pod nosem, by po chwili zaśmiewać się w głos gdy Basi tata po raz trzeci wracał do domu po zapomniane rzeczy. Jak śmieje się gdy Marianna z poświęceniem pokazuje trudną sztukę wyrzucenia tylnych łap przed przednie demonstrując technikę jaką skaczą zające. Jak szybko określa co z rzeczy pokazanych na planszy przyda się na biwaku a co nie. Jak podchodzi do autorek po autograf, mówi jak się nazywa albo co chciałaby mieć narysowane na pamiątkę. I wreszcie jak żegna się i z satysfakcją opuszcza salę z własnoręcznie pomalowanym podgrzybkiem z rurki. Wspaniale było zobaczyć ją taką radosną,  szczęśliwą i dumną z tego co udało jej się zrobić.  To był wyjątkowy dzień który zakończył się dluuugą lekturą przywiezionych książek :)

 Pow.: Basia pakuje się,  a dzieci mają jej pomóc wybrać tylko to co może się przydać na biwaku
 Pow.: Tata Basi trzy razy wracał do domu po zapomniane rzeczy - choćby po śledzie do namiotu;)
 Pow.: Mirabelka powoli się rozkręciła aż w końcu zaśmiewała się z wpadek Basiowego taty;)
 Pow.: Rozmowa o zwierzętach jakie można spotkać w lesie, albo... na ulicach Ochoty, jeśli wierzyć Mariannie:) oraz o zwierzęcych tropach
 Pow.: Demonstracja techniki zajęczych skoków.  Niełatwe zadanie, a dla mnie mnie, mającej jakiś metr w pasie,  wręcz niewykonalne ;)
                
Pow.: Dzieci pomalowały nóżki grzybów, a potem umieściły na nich wycięte z kolorowego papieru kapelusze.

czwartek, 20 listopada 2014

Sto lat, sto lat niech żyje nam!

Sto lat, sto lat niech żyje nam!

A kto? Mirabeeelka! Wkrótce jej czwarte urodziny. Ostatnio interesuje się pisaniem i czytaniem. " Czyta" powtarzając po mnie tytuły rozdziałów i " pisze" robiąc kuropazurowy szlaczek wygladający jak zapis na ktg;) No dobra, coś umie drukowanymi literkami napisać swoje imię.  W związku z urodzinami przygotowała z moją pomocą zaproszenie na swoje urodziny. Robiliśmy je przez kilka dni. Ja wycięłam z kartonu ( recykling;)) kształt ryby i łuski oraz samodzielnie zrobiłam ze zdjęcia odginaną płetwę gdzie zapisałyśmy szczegóły imprezki,  a Mirabelka sama się podpisała. No i musiałam pilnować,  żeby łuski były różnorodne i mniej więcej w jedną stronę ;) Poza tym pomogłam zacisnąć nit na dziurce i związałam sznurek. Muszę przyznać, że była to czasochłonna praca, a zaproszenie trafiło do rąk pewnej bardzo lubianej przez Mirabelkę Julki.  Oto dzieło do zawieszenia: