środa, 29 października 2014

14 stycznia 2010 r.
Ostatnie śniegi zaskoczyły wszystkich. Napadało tego tyle, że zaspy sięgały mi do kolan. No, ale trzeba przyznać, że do wysokich to ja nie należę;) Dzieciaki miały  ubaw nie z tej ziemi jak prawie szpagaty robiłam na podszytym lodem śniegu. Sama pamiętam z dzieciństwa jak mama wywinęła orła odprowadzając mnie do przedszkola. Stałyśmy przed ulicą (przechodziłyśmy na przełaj, a jakże…). Mama miała eleganckie skórzane kozaki do kolan. Zgrabnie opinające łydkę, na wysokim, bardzo wysokim obcasie. Do tego skórzany płaszcz, makijaż. (Miała mnie jedną, więc może miała więcej czasu i chęci na dbanie o siebie niż ja teraz?)Wyglądała naprawdę szykownie. Trzymała mnie za rękę uśmiechała się. Przed ulicą zatrzymałyśmy się, by przepuścić przejeżdżające samochody. Ruch wówczas był o wieeele mniejszy, niż dziś, bo i samochodów było mniej, a te co były szybkością nie dorównywały dzisiejszym przeciętniakom. Wracając do tematu, mama już lekko ścisnęła moją dłoń, by pociągnąć mnie w stronę jezdni, gdy… na tych swoich mega wysokich obcasach poślizgnęła się. Do dziś czerwienieję ze śmiechu na to wspomnienie. A mam przed oczami całą scenę w zwolnionym tempie. Jedną z mamy nóg wyrzuca do przodu. Za nią siłą rozpędu porwana zostaje druga i jakoś tak obie lecą w powietrzu do przodu robiąc „nożyce”;) Poły mamy płaszcza rozkładają się na boki, a mama grucha na ziemię aż idzie huk. A za mamą nogi . A za nimi te niebotyczne obcasy;) Wtedy to dopiero były zimy! Ale i teraz sople wiszą na osiedlu imponujące, a Szczypior aż się wyrywa, by je zrywać. Muszę go odpędzać, bo jak wariat skacze próbując ich dosięgnąć. Kilka mu zerwałam, ale po chwili poległy, niczym skruszone kopie. Na miecze to, stwierdził Szczypior, za słaby materiał… W jednym miejscu, to już naprawdę muszę mieć Szczypiora na oku, bo sople wiszą okropne, na każdym poziomie czteropiętrowego budynku. Aż strach pomyśleć, że coś takiego mogłoby komuś spaść na głowę…
Wspominaliśmy z A. nasze dzieciństwo i co zaskakujące A. prawie niczego nie pamięta z przedszkola. Ma właściwie tylko niemiłe wspomnienia. Twierdzi, że Panie zmuszały do jedzenia, a jak ktoś nie zdążył zjeść na sali, to musiał „męczyć” resztę w przedszkolnej kuchni. Inne jego wspomnienie było o najlepszym koledze, któremu za  karę… nasypano na język pieprzu! Brr. Aż się wierzyć nie chce. Moje przedszkole było miłe i ciepłe. Do dziś utrzymuję kontakt z kilkoma „moimi” Paniami:) Ale mam też wcześniejsze wspomnienia. Dwa. I oba przedstawiają mnie już wtedy jako… zielonego ludka:) Pierwsze to las. Codziennie chodziliśmy do lasu, bo tam robiliśmy pikniki i wśród szumu drzew, śpiewu ptaków chętnie jadłam, choć w domu uchodziłam za niejadka. Z tych wycieczek pamiętam też wiewiórkę, którą zobaczyłam koło „dowociągów”, czyli w moim ówczesnym języku wodociągów;) Pamiętam to wyraźnie, a myślę, że nie miałam jeszcze trzech lat. Bo z czasu gdy miałam trzy lata jest to drugie wspomnienie. W pięknym przedwojennym budynku mieścił się żłobek, do którego mnie prowadzano. Na parterze willi był duży balkon a pod nim maleńkie arkadki pod którymi uwielbiałam się chować (mama udawała, że mnie szuka. Teraz ja mam swoje dzieci i one przechodząc obok tego budynku, a nie wiedząc o moich wyczynach, robią to samo. Tak samo chowają się pod łukami i tak samo cieszą się gdy ich szukam). Pamiętam wyraźnie, że karmiliśmy tam ptaki. Mieliśmy duży karmnik. Była tam też moja najlepsza wówczas koleżanka, której twarzy za nic sobie nie przypomnę. Nazywała się Justynka. I nauczycielka, która hiperpoprawnie mówiła sz, ż, cz, tak jak to teraz mówi Szczypior.
Fajne to były czasy. A w domu zawsze mieliśmy zwierzęta. Dużo zwierząt, a wszystkie z przypadku- a to przybłędy, a to z lasu, a to z rzeki wyratowane, a to jeża z wrośniętą w łapę sprężyną, a to zbudzonego w środku zimy nietoperza itd., itp. Moje dzieci to mogą liczyć wyłącznie na pająki, rybiki cukrowe i sikorki na balkonie. Nie wyobrażam sobie spaceru z trójką dzieci i np. psem ciekawe kto kogo by prowadził;)?  Właśnie złamałam się w temacie dokarmiania ptaków. Szkoda mi było wyrzucić rozmrożoną słoninkę, więc dałam na balkon. No i już mamy jadłodajnię :)
PS. Siedmiokropka padła. Szczypior znalazł wyschnięte truchło pod oknem. Pewnie moja teoria o meszkach z liści tłustosza była słuszna. I pewnie zdechła, gdy skończyło się pożywienie:( Szkoda. Bardzo lubię biedronki. A ostatnio znalazłam w starym telefonie zdjęcie z lata biedronki. Nie wiedziałam co to, ale teraz już wiem. To jedyna, do której mam ambiwalentne uczucia- Harmonia axyridis!!!
5 stycznia 2010 r.
Stojąc na parapecie babcinego okna w domu nad rzeką, spoglądałam w dół. Patrzyłam z wysokości jakby czwartego piętra, a jednocześnie widziałam całkiem wyraźnie… żołnę. Była pięknie kolorowa i wołałam wszystkich, by podeszli do szyby. Podniósł się rwetes, a żołna siedziała nieruchomo na środku rzeki, nic sobie nie robiąc z prądu wody. Siedziała niczym żaba na liściu grążela. Nigdy wcześniej nie widziałam nad babciną rzeką żołny…
Żołna na Warmii się nie gnieździ, ale poznałam dzięcioła- figlarza, ale o tym później…
Juhuuu! Stary rok za nami! Cieszę się, bo dopiekł mi do żywego. Zwłaszcza pod koniec, gdy miał już być zdetronizowany. We wigilię mieliśmy jechać na Warmię, a tu w przeddzień wyjazdu słyszę dziwne kapanie w „komputerowym” (to taki pokoik, w którym mamy łóżko dla gości jak się jacyś od czasu do czasu napatoczą, no i oczywiście komputer). No ładnie! Deszcz za oknem tłucze niemiłosiernie (pewnie ładniej zabrzmiałoby, że „o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…,”, ale ani mi miło nie dzwoni, ani on jesienny…). A tu jeszcze to! Sufit przecieka! I to na biurko z komputerem! Dobrze, że panie w administracji nie zrobiły sobie wolnego na lepienie pierogów, dzięki czemu udało mi się ściągnąć jakichś fachowców. Popatrzyli, pokiwali głowami i powiedzieli „- aaa, to tak jak i u tamtych”, kimkolwiek są ci „tamci”. Poszli na dach zrzucić śnieg, który to miał napierać uniemożliwiając odpływ wody. No i obiecali, że zobaczą czy nie ma dziur w dachu, ale… na wiosnę. Przeciekania to nie koniec, bo jak się tego samego dnia okazało, moje kochane skórzane kozaki, które dopiero trzecią zimę noszę też przeciekają! A A. jak o tym usłyszał powiedział, że jego zimowe kamasze też. Załamka!
Na Warmię:)!

Droga na Warmię bardzo szybko zleciała. Im dalej na północ, tym zimniej, choć nadal blisko zera, śnieg też się pokazał gdzieś przed Nidzicą. Początkowo droga czarna, później ośnieżona, ale niezbyt śliska, więc płynnie jechaliśmy. Do tego, wbrew pozorom, kontroli policyjnych chyba tylko ze dwie. Żadna nas nie niepokoiła:) Moje serce rośnie za każdym razem, gdy wjeżdżamy w ten bardziej urozmaicony krajobraz. Zostawiliśmy płaską monotonię Mazowsza, z krzakami gdzieniegdzie na polach, by wjechać w piękno Mazur – pofałdowany teren, na polach pojedyncze, rozłożyste drzewa, albo kępy drzew. Droga zaczyna się delikatnie wić, spomiędzy drzew przebija biel zmrożonych lekko powierzchni jezior. Czoło się rozluźnia, humor poprawia. Jestem u siebie.  Choć to chyba trochę przeze mnie dla samej siebie podkręcone, bo to nie jedyne miejsce na ziemi, które mi się tak podoba. Lubię też góry i Roztocze. I jeszcze Podlasie. A. uwielbia morze, a ja do wody czuję duży dystans. Choć wychowana nad rzeką, do tej pory nie nauczyłam się pływać, czy to za sprawą nadopiekuńczej matki, czy niemiłych doświadczeń topienia się (hm, ze trzy razy…;) Ale co roku próbuję:) Nauczyć się pływać, nie utopić;)…).
Wigilia kameralna i miła. Już drugi rok skromniej, bez szaleństw, bez niepohamowanego obżarstwa. To celowe i rozsądne, choć moja teściowa świetnie gotuje, że palce lizać i już na dwa miesiące przed świętami żyłam myślą, że się „odjem” jej pysznościami:) A w dodatku lubi ona eksperymentować, kupuje dobre produkty, nie żałuje pieniędzy na zdrowe,  regionalne wyroby. Tarenia, bo o niej mowa, to osoba, która przypomina mi swoją ulubioną bohaterkę angielskiego serialu-  Hiacyntę (włącza sobie dvd do pracy przy komputerze i ogląda, pracując jednocześnie. Tarenia to fenomen, bo ogląda… tyłem do ekranu;)! ) Chociaż musi mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, to w przeciwieństwie do Hiacynty nie jest  tak autorytarna i ma duuużo więcej taktu. Nie omieszkam dodać, że Tarenia ma znajomości w renomowanej warmińskiej rzeźni i na każde święta dostaje przednie mięsko. Sąsiad doskonale wędzi, więc i swoje wędzonki zawsze ma. I umie robić pyyyszne pasztety. Mogłabym długo tak pisać, ale nie czas i miejsce. A i jeszcze może przeczyta i w piórka obrośnie zbytnio?, hi hi;)…
Mikołaj też nieźle nas załatwił, bo gdy my wypatrywaliśmy go w sypialni i w kuchni, on pojawił się w salonie, z drugiej strony mieszkania. I tak się śpieszył, ze już nie zdążyliśmy dobiec:) Za to zostawił fajne prezenty. Nie do końca takie o jakich myśleliśmy, ale też bardzo miłe i wyjątkowe. A A. był baaardzo zaskoczony i zadowolony, bo dostał płytę, której nie ma w sklepach. A właściwie dwie- covery i demo „Do ludożerców” Karoliny Cichej do tekstów Różewicza. Żeby tego było mało, to z autografem imiennie, dla A. od Karoliny. A w ogóle ta Karolina to nie dość, ze bardzo utalentowana- człowiek-orkiestra, w dodatku wokalistka i kompozytorka, to jeszcze przemiła dziewczyna. Sympatyczna, kontaktowa i mimo, że już doceniona, to nie wydaje się zadzierającą nosa „gwiazdą”. I oby to jedno się nigdy nie zmieniło! Mnie się też podoba, ale nie bardzo mam okazję do słuchania, bo A. najczęściej wozi płyty w samochodzie, a w Internecie nie lubię słuchać. A dokładniej rzecz biorąc nie mogę, bo zamiast słuchać musiałabym „bronić” komputera przed Brunisławem i jego wszędobylskimi paluszkami wciskającymi namiętnie wszelkie możliwe przyciski;)
A propos dzieciaków, to niedawno dorwałam świetną książkę Glenna Domana o szalonym potencjale, jaki drzemie w dziecięcych główkach i właściwie nieograniczonych, do pewnego wieku, możliwościach absorpcji wiedzy. Moja książka dotyczy nauki wczesnego czytania, ale mam już chrapkę na inne tego autora, m. in. o nauczaniu matematyki. Dzieciaki są naprawdę zdumiewające. Pamiętam jak Zośka, gdy była mała, w kołysance w telewizji rozpoznała inaczej zaaranżowany utwór Edwarda Griega. Poznała tę melodię, choć była zagrana w innym tempie! A ostatnio Brunisław powtarza nuconą przeze mnie pioseneczkę dla dzieci. Wpadła mi w ucho taka prościutka piosenka, którą dla zabawy śpiewam przy sprzątaniu (a ostatnio nie tylko…). Nazywa się „Clean up song”, a  jej tekst to właściwie dwa wersy: „Clean up, clean up, everybody let`s clean up/ Clean up, clean up, put your things away”. A Brunisław któregoś dnia zaczął powtarzać: „Daa, daa, da da daa daa da…” dokładnie pod melodię piosenki i z tą liczbą sylab w tym swoim „da”, co w słowach śpiewanych przeze mnie! To fascynujące!
Na Warmii byliśmy tylko tydzień. Jakoś pogoda była marna, na sanki nie chodziliśmy, bo wzięliśmy mniej rzeczy, niż zwykle. Nie mieliśmy kombinezonów, jabłuszek, sanek itp. W dodatku zamki w butach Zośki się rozwaliły i trzeba było na wstawienie nowych wydać połowę wartości tych butów!
A jeszcze zapomniałam, że u teściów kaloryferów się nie da regulować i jest gorąco i sucho prawie jak na pustyni. Okien nie bardzo jest jak otwierać, bo część śpi na materacu, a po podłodze ciągnie. W dodatku budziliśmy się z wysuszonymi na pieprz nosami i gardłami. Szczypior zaczął nawet pokasływać. W lesie nie byliśmy:( Mnie udało się zabrać starszaki na moje ulubione podmokłe łąki i raz samej się tam wyrwać (już przymarzło, więc i buty zbytnio nie przeciekły). Miałam jednak z tyłu głowy, żeby się śpieszyć, śpieszyć, śpieszyć, bo babcia została sama z trójką rozbrykanych łobuziaków. Dzieciaki na „swoim” spacerze szalały z trzcinami „jak drzewa wysokimi”  ;)- to ich słowa, a ja na moim samotnym spacerze, już przy wejściu na łąkę zostałam przywitana przez dzięcioła, desperacko stukającego w… grubą trzcinę. A jak się chował przede mną! Bawił się ze mną, podlatywał, wabił. No i odpuściłam. Sfotografowałam go za to w drodze powrotnej- jakby na mnie czekał w tym samym miejscu, schowany między trzcinami. Zobaczyłam też stare żeremia. Mam wrażenie, ze z każdym rokiem się rozrastają, ale może tylko mi się tak wydaje? Znalazłam też trop na podmarzniętym rowku. Jestem niemal przekonana, ze to bobra- pięć palców, przednia łapa mniejsza od tylnej, ale z drugiej strony bardzo ciężko spotkać trop bobra, bo ten  zazwyczaj zaciera go ciągniętym za sobą ogonem. Z drugiej jednak strony, trop był na lodzie. Choć  niewyraźny, więc… Sama już nie wiem!
Co do mojego rozdarcia, to jedno jest pewne. Ani ja tu, na Mazowszu nie czuję się u siebie, ani tam, na Warmii u siebie nie jestem.  Mieszkam zawsze na walizkach, kątem w gościach. I tylko czasem oko nacieszę i duszę ukoję pięknem przyrody. I wtedy zawsze czuję się trochę jak Tomaszek z „Doliny Issy”- taki leśny ludek. Tylko, że jednocześnie widzę niestosowność takich porównań i już całkiem czuję się jak pajac. Znowu- ani tu , ani tam… Może lepiej bym się odnalazła w świecie, gdybym żyła ze sto lat temu… Z koleżanką się nie spotkałam, bo ta… nie miała przed Sylwestrem dla mnie czasu, choć zapraszała serdecznie, ponoć „nie mogła doczekać się spotkania”. Kiedy ja mogłam ona nie chciała, a gdy ona chciała ja nie mogłam…  Z jedyną przyjaciółką i jej córką, a moją chrześniaczką spotkałam się przelotem w… gościnnym pokoiku moich teściów. Do niej nie zdążyłam dojechać, bo moja fryzjerka się z robotą spóźniła, a potem ona do mnie mogła tylko na chwilę, bo musiała jechać do pracy.  Chyba jestem jakaś sfrustrowana! Ale nie ma tego złego… Wcześniej wróciliśmy do domu i cieszymy się sobą. Pojutrze A. odbiera dni wolne, potem weekend, więc znowu będziemy się cieszyć sobą:))) No i muszę trochę poszperać w literaturze. Zośka ma iść od września do szkoły. Do marca trzeba się zdeklarować w wybranej szkole, a ja nawet nie wiem czy chcę ją posłać do szkoły. Najchętniej sama uczyłabym ją w domu, ale jak długo będę mogła? I czy podołam ze Szczypiorem , Brunisławem, a i… niełatwym charakterkiem Zośki? Gdyby nie ten brak stabilizacji finansowej, to byłabym pewna, że  „home schooling” to coś dla nas… (Swoją drogą to nie można tego jakoś po polsku nazwać? Francuzi to nawet mają specjalną komisję od nazywania po ichniemu wszystkiego co nowe, a obce. Nawet walkman jakoś po francusku się nazywa, ale już nie pamiętam jak).
A dziś rano obudziłam się ze wspomnieniem nocnego przywidzenia… Z barwami tak pięknymi  jak w filmach Kolskiego:
Stojąc na parapecie babcinego okna w domu nad rzeką, spoglądałam w dół. Patrzyłam z wysokości jakby czwartego piętra, a jednocześnie widziałam całkiem wyraźnie… żołnę. Była pięknie kolorowa i wołałam wszystkich, by podeszli do szyby. Podniósł się rwetes, a żołna siedziała nieruchomo na środku rzeki, nic sobie nie robiąc z prądu wody. Siedziała niczym żaba na liściu grążela. Nigdy wcześniej nie widziałam nad babciną rzeką żołny…
Na jawie też nie widziałam. Gnieździ się ponoć na południu, a i to nielicznie. Miło byłoby ją obserwować na Warmii. A dokładniej, na „moich” mokradłach :)

Post Scriptum:

Minionego ranka przed wyjazdem do pracy A. włączył płytę „Do Ludożerców”  Karoliny Cichej. Szczypior, który od dwóch dni siedzi kaszlący w domu pyta:
„-Tatusiu, a kto to gla?”
A. odpowiada:
„-Karolina Cicha”.
Szczypior z zafrasowaną miną, drapiąc się po głowie:
„- Gla Kalolina Cicha? Ale tak naplawdę to głośna.” ;)
20 grudnia 2009 r.
Ząbkowe przeprawy Brunisława, o ekologicznie ciętych choinkach, warmińskim łabędziu, Mikołaju, kościołach  i Lieszu
A. pojechał do stolicy załatwić jakieś ostatnie przed wyjazdem sprawy. A ja słucham Czajkowskiego (Boże, jak ja uwielbiam Czajkowskiego!) Brunisław zasnął. Jak wczoraj odkryłam, wcale nie cierpi z powodu wyrzynających się ząbków (co wcześniej zdiagnozował lekarz), tylko ma zapalenie dziąseł!!! Jak lekarz mógł tego nie zauważyć, nie rozpoznać? Przecież zaglądał mu do buzi, a ja opisałam wszystkie objawy! Rozumiem, ze ja mogłam nie wiedzieć, bo pierwszy raz się z tym zetknęłam, starszaki nie miały, ale lekarz to powinien chyba wiedzieć? W końcu nie jest to jakaś bardzo rzadka choroba (przynajmniej w internetowej kopalni można dużo znaleźć na ten temat). Trudno. Ważne, że już wiem co mam robić. A na Warmii skonsultuję się jeszcze z naszą dawną panią doktor. Była super. Nigdy nas nie zawiodła jako pediatra, a do tego miała drugą specjalność – dermatologię, co było baaardzo przydatne przy częstych problemach skórnych moich dzieci.
Zośka i Szczypior radośnie pobiegli rano do piwnicy po sanki. Zawiozłam ich do przedszkola, gdzie dziś będzie ważny gość! Sam św. Mikołaj przyjedzie w odwiedziny! A niespodzianką będzie to, że towarzyszyć mu będzie nie Śnieżynka, nie Skrzacik, tylko… ksiądz;) Dzieci dawno tak ochoczo nie wstawały.  Fajnie, że A. jest na urlopie. Dzięki temu nie muszę rano ciągać też Brunisława. To wielkie ułatwienie. A jak Brunisław gorączkował, to miał z kim zostać w domu, dzięki czemu starszaki mogły chodzić do przedszkola. Bez urlopu A. ciężko byłoby to zorganizować nie mając tu rodziny. Czasem w takich sytuacjach pomagała mama Igora, ale mieszka w inna stronę, niż my, a poza tym staram się nie nadużywać jej życzliwości. Oni mają lżej, bo są tu zakorzenieni, mają sporo rodziny, na której pomoc mogą liczyć, no i jej mąż ma nieregularną, ale dobrze płatną pracę, która najczęściej zajmuje mu dwa, trzy dni w tygodniu ( spokojnie, nie jest bandziorem;) , wręcz przeciwnie, służy w elitarnej jednostce, która ściga oprychów).
W sobotę ubraliśmy choinkę. W tym roku prawie nie będzie nas w domu, bo wyjeżdżamy, więc i choinką nie będzie kiedy się nacieszyć. Postanowiliśmy więc kupić małą (jakieś 1,2 m) i w donicy, ukorzenioną. Potem spróbujemy ją zahartować i wynieść, a gdy się zazieleni przesadzić do gruntu. Zawsze szkoda tych ciętych smętnie leżących stosami przy śmietnikach. Mam tylko nadzieję, że korzenie są całe i zdrowe. Moja sąsiadka kupiła taką kiedyś – niby ukorzenioną. Po świętach zżółkła i osypała się (choinka, nie sąsiadka;) ), a sąsiadka, chcąc zostawić sobie donicę, odkryła, że to był ścięty, wbity w piach świerk! Taki to uczciwy sprzedawca jej się trafił. A propos choinek, to moja koleżanka Basia kupiła sobie sztuczną choinkę, bo niby „pięknie wygląda i jest ekologiczna, bo służy na wiele lat i nie trzeba wycinać żywych”. Zgadzam się, że smutnym widokiem są żółte umierające choinki wyrzucane po świętach, ale to właśnie one są ekologiczne! Bo przecież żaden o zdrowym rozumie leśnik nie wytnie z lasu zdrowych jodeł! Z tego co wiem na świąteczne choinki sadzi się specjalne plantacje. Najczęściej są to świerki i zajmują się tym także osoby „cywilne”. Leśnicy natomiast, jak mi wiadomo, wykorzystują w tym celu takie miejsca, gdzie nie może rosnąć normalny (czyli wysoki) las, głównie tam gdzie przebiegają linie wysokiego napięcia.  A poza tym, jak nawet Zośce wiadomo, te przyszłe choinki rosnąc wchłaniają ten okropny, znienawidzony przez ekologów dwutlenek węgla, a produkują tlen! A w dodatku po ścięciu ich rozkładające się korzenie doskonale użyźniają ziemię! A wracając do naszej maleńkiej choineczki, to pięknie ją przystroiliśmy; lubimy takie wiejsko pstrokate, obwieszone mnóstwem różnorodnych ozdób, często robionych samodzielnie, m. in. pierniczkami :) My to chyba jakąś fabrykę pierników powinniśmy otworzyć, albo szkołę pieczenia dla osiedlowych dzieci (kilkoro w tym roku z nami piekło. W trzech, jak dobrze pamiętam, turach).
W prognozie pogody mówili, że idzie odwilż. Pewnie nici ze śniegu na święta. Nici z tropienia śladów w lesie. Zresztą na Warmii ponoć śniegu niezbyt wiele, za to mróz nadal okropny. Nie tak dawno na rzece koło babci łabędź przymarzł. Pomógł sąsiad- leśniczy poproszony przez dziadka. Dziadek sam już nie dałby rady, bo za bardzo jest słaby i schorowany, ale dołożył swoje trzy grosze-dał lekki worek na głowę ptaka, żeby go uspokoić:) Potem delikatnie wyrąbali małą przerębel i, już na brzegu, odkruszyli ile się dało, a resztę rozpuścili zimną wodą. Łabędź trochę się przestraszył, ale chyba nie bardzo, bo nadal pływa pod oknami:) Musiało tam naprawdę nieźle się oziębić. Póki co u nas też nadal na minusie i pada śnieg. Wczoraj zabraliśmy Brunisława na pierwszy po gorączce spacer. Zjeżdżał z A. na sankach i na jabłuszku. Strasznie mu się podobało:) Zośka i Szczypior to na górce czują się jak w domu, tylko, że wczoraj było bardzo zimno, więc szybko zmarzli. Wcześniej byłyśmy z Zośką w kościele (ona od czterech niedziel jest zafascynowana świecami adwentowymi. Każdej niedzieli idzie pod ołtarz, do innych dzieci, gdzie sprawdza, czy pali się o jedna świeca więcej, niż w poprzednim tygodniu). Chyba jedyna różnica na plus między tym plackiem, na którym mieszkamy a Warmią to kazania w kościele. Tam mają one charakter religijny. Właściwie tylko religijny, a tutaj z silnym akcentem patriotycznym. Podoba mi się to. Druga różnica, która wczoraj bardzo nam się przydała, to… ogrzewane kościoły:) Można zdjąć czapkę, rękawice, nawet kurtkę rozpiąć i nadal jest człowiekowi miło i przyjemnie. Na Warmii po godzinie mszy człowiekowi nos i palce u stóp odpadają (babcia bierze styropian w reklamówce, żeby uniknąć przykrej przypadłości). Tam nie ma pieniędzy na takie wymysły jak ogrzewanie. Czasem gdzieś jakąś „kozę” się stawia, gdy naprawdę mróz przyciśnie. Tam jest pięknie, ale biedniej. Pod różnymi względami…
Mieliśmy też gościa – „wujka” Liesza. To chrzestny Szczypiora. Straszny egocentryk, ale po bliższym poznaniu i przy sporej dozie wyrozumiałości chyba nawet da się go polubić. Gdy z A. byliśmy jeszcze tylko znajomymi, wybraliśmy się z nim i jeszcze jedną moją koleżanką na Ukrainę. To tam znajomy, u którego mieszkaliśmy, Andriej nazwał go Lieszem i tak już zostało po dziś dzień. To na Krymie Liesz zasłynął swoimi: „sikowisko ludowe” ( to o odosobnionych  krzaczkach) czy „ w kuchni czuję się niekomfortowo zarówno pod względem merytorycznym, jak i praktycznym” (to przy okazji przyrządzania, gotowych, kupionych w eupatorskim markecie pierogów). Trzeba wiedzieć, że Liesz to człowiek, który odgrzewał zupę… w czajniku ( bo nie było czystych naczyń), a także osoba zakładająca z góry, że wszystko jest łatwe. I tak na Krymie opanowawszy wcześniej kilka rosyjskich słów, próbował swych sił w konwersacji, a wyglądało to tak: Jechaliśmy tramwajem, był duży tłok. Liesz, niechcący co prawda, ale z dużą siłą, kopnął pewną stojącą obok panią w kostkę. Pani zawyła z bólu, a Liesz z niewinnym uśmiechem na twarzy powiedział do niej „pażałsta” (co w jego mniemaniu miało znaczyć  przepraszam, a znaczyło..  proszę!). Zaczerwienieni jak raki przeprosiliśmy pasażerkę, a ona, pokonując grymas bólu,  nawet uśmiechnęła się wyrozumiale:) Taki to już jest ten nasz Liesz. Poza tym ma różne pomysły na biznes. Już od jakiegoś roku ma dla mnie różne, bliżej nieokreślone, zlecenia na tłumaczenia. Mhm. Taaak. Już to widzę. Jak dotąd to ja  tłumaczę czasami znajomym prace domowe na lektoraty. Za darmo oczywiście. Chciałabym trochę popracować. Oczywiście pełen etat nie wchodzi w grę. A może i wchodzi? Gdyby tak dało się pracować w elastycznych godzinach pracy? Słyszałam, że niektóre matki tak pracują, ale szczerze mówiąc żadnej takiej na oczy nie widziałam…
18 grudnia 2009 r.
Warmińskie wspomnienia i kłopot z rzutnikiem

Kupiłam jakiś czas temu stary PRL-owski rzutnik, żeby oglądać na ścianie slajdy z naszych wspólnych spacerów, wypraw, dokumenty naszych radości i smutków. Niestety doszedł niesprawny – prawdopodobnie żarówka została zepsuta. A niełatwo o taki relikt. Szkoda. Miałam wielką nadzieję zrobić dzieciakom niespodziankę. Część zdjęć robiłam starym Zenitem, więc mam trochę klisz. A i ramek na slajdy mam dużo. Co z tego? Może po świętach bardziej do tego przysiądę, na razie walczę z wysoką gorączką Brunisława. Jakoś pierwszy raz stykam się bezpośrednio z takim bolesnym ząbkowaniem. Już czwarty dzień gorączka 39 C. Ile jeszcze to potrwa?
Przeglądałam stare zdjęcia, jeszcze z czasów gdy mieszkaliśmy na Warmii. Jak cudownie było spacerować wśród zieleni lasów i łąk! Najpierw same z Zośką, potem z Zośką i Brzuchem, a potem to już z Zośką i Szczypiorem. Mieliśmy ulubione trasy, miejsca, ale nawet tam nigdy nie było tak samo. Raz (Zośka spała w wózku) szłam zamyślona wzdłuż rowku oddzielonego od mokrej łąki wierzbami i olchami. Nagle omal nie rozjechałam… bociana! Tylko raz w życiu mi się coś takiego zdażyło, aż mi serducho zabiło. Jemu chyba też, bo aż podskoczył, po czym odleciał. Wyszedł nagle z wysokich traw, a ja akurat na niego weszłam. Taka zbieżność miejsca i czasu. Zapamiętałam, że wydał mi się olbrzymi, tak wysoki jak wózek. Innym razem, gdy wybrałam się nad „babciną” rzekę, w ciągu dnia natknęłam się na rozleniwionego bobra. Chodził niespiesznie odciskając łapki w błotnistym brzegu (poziom gwałtownie się obniżył, bo kilkanaście kilometrów wyżej zamknięto zaporę  elektrowni wodnej). Oczywiście wtedy nie miałam przy sobie aparatu, więc napawałam się widokiem tego, bądź co bądź, raczej nocnego zwierzęcia.  Nie wspomnę Zośkowych obserwacji żab, ślimaków, gąsienic i motyli, biedronek w różnych stadiach rozwoju, tańczącej nad skrajem lasku pary myszołowów (a może to były kanie? Ciężko dojrzeć z daleka) itd. itp. Albo zabawnej norki, która płynęła sobie drugim brzegiem rzeki, wyraźnie nas kokietując. Zanurzała się na chwilkę, po czym z gracją wynurzała patrząc czy my patrzymy:) Płynęła sobie tak w tym samym tempie, w którym my szłyśmy . Towarzyszyła nam przez jakieś pół kilometra, po czym zniknęła na dobre. Zośka, jeszcze wtedy nie bardzo kumata, patrzyła na zwierzątko obojętnym wzrokiem, a ja miałam ambiwalentne uczucia. Bo w sumie to było miłe- popatrzeć sobie na figle sympatycznie wyglądającego futrzaka, ale z drugiej strony to właśnie jej rodzinka „załatwiła” kilka starych drzew, które pamiętałam jeszcze z dzieciństwa, które rosły razem ze mną. A te żarłoki poobjadały z drzew smakowitą korę i drzewa powoli pousychały. O, albo jeszcze jedno wspomnienie, gdy dopiero spotykałam się z A. Poszliśmy razem do lasu na spacer (jeszcze wtedy bez oporów chadzał tam czasem ze mną, teraz to wołami się go nie zaciągnie. Może dlatego, że wtedy miał więcej czasu? A teraz, mając go tak mało, musi wybierać). Był piękny słoneczny dzień, schyłek lata. Szliśmy wąską dróżką wśród pięknie żywicznie pachnących, licznych tu sosen. Puściłam A. przodem, sama rzuciłam na mrowisko swoją chustę, którą natychmiast obeszły mrówki (by potem, przesiąkniętą feromonami zabrać oczywiście do domu. Nigdy nie zostawiam w lesie tego co tam nie należy). A A. z wąskiej dróżki wyszedł na skąpaną słońcem polankę wprost na…  wygrzewające się na słoneczku żmije zygzakowate! Na szczęście w porę się ostrożnie wycofaliśmy, ale ile się nagadał! Wypominał mi to później tygodniami. O i jeszcze jedno. Gdy Zośka była mała, na wiosnę, zabierałam ją nad rowek, by podglądała żabie gody, słuchała żabich koncertów, by zobaczyła różne stadia rozwoju. Najpierw oglądała skrzek, potem maleńkie kijanki (łapałam je z wodą w złożone dłonie), potem małe żabki itd. No i na jednym z takich wypadów skompromitowałam się- ja alfa i omega dla mojego półtorarocznego dziecka! Mam to udokumentowane na filmie, jaki nagrałam podczas jednego z takich żabich śpiewów. Zośka mnie pyta swoim cieniutkim, dziecięco milusim głosikiem: „-Mamusiu, a ci ziabki jedzią zięsię?”, na co ja (o, zgrozo!) odpowiadam jej: „-Tak, córciu, jedzą rzęsę”. Do dziś nie wiem dlaczego jej nie powiedziałam, że żaby jedzą ślimaki, chrząszcze, motyle? Skąd mi do głowy przyszła rzęsa?
Mogłabym tak godzinami wspominać. Szkoda, ze tutaj nie mamy takich miejsc i obiektów do obserwacji. Tutaj to najłatwiej o wrony i kawki. Nawet wczoraj widziałam jedną zdechłą na drzewie. Dziwnie ni to wisiała, ni to siedziała, chyba przymarzła do drzewa. Dzieciaki coś przebąkiwały o dokarmianiu ptaków. Jakoś udało mi się to zignorować. Jak będą się upierały, to będę zmuszona im odmówić  rozpoczęcia dokarmiania przed wyjazdem. Bo kto będzie kontynuował nasze dokarmianie gdy wyjedziemy na święta? Może mróz zelżeje, ale i tak jak się ptaszki zmrowią, to nie będzie im się chciało gdzieś latać, szukać i jeszcze nam tu z głodu popadają? Dzieciaki są mądre, więc na pewno jak przyjdzie co do czego zrozumieją:)
14 grudnia 2009
Ocean

Zośka pływała w ciepłym oceanie z delfinkiem. Prosiła mnie, bym jej pilnowała, ale ja nie mogłam, więc poprosiła o pomoc fokę i ta towarzyszyła jej już do końca zabawy. Ja za to napompowałam basen w kształcie wieloryba, który rósł i rósł, a woda w nim stała się oceanem. Potem wzięłam Zośkę na barana i, chlapiącą w wodzie nóżkami, zaniosłam do taty. Tak jej się śniło. Fajny sen. Ja ostatnio rzadko kiedy pamiętam swoje sny. Coraz rzadziej. Szkoda.
Ostatnie kilka dni było ciężkich. W domu krążył rotawirus.  Co prawda lekko go przechodziliśmy, ale gdy zdawało się, ze to tylko jednodniowa niedyspozycja, że już jesteśmy po, wszystko wracało. Cóż, spora rodzina, to i wirus ma pole do popisu- krąży od jednego do drugiego… Właściwie, to nic go nie zapowiadało, nic nie słyszałam, żeby w przedszkolu była jakaś epidemia… W piątek zaprosiliśmy hałaśliwą fankę różu i księżniczek- Kornelię (koleżanka Zośki) i spokojnego, rzeczowego fana prawie wszystkich chłopięcych zabawek, Igora (wspólny kolega Zośki i Szczypiora) na robienie pierniczków. Brunisław, mający w nosie starania A., by odciągnąć urwisa gdzieś dalej od piekarnika, pomagał, wiec w mojej mikroskopijnej kuchni szalało (ze mną licząc) sześcioro kucharzy! Jakoś udało nam się nie wysadzić piekarnika w powietrze, nie ulec poparzeniom i nie spalić pierniczków. Gwiazdki, niedźwiadki, serca, wilki, ślimaki, jeże, wiewiórki, choinki, aniołki… czego tam nie było! Wszystkie wyszły twarde jak kamienie. Normalka. Zmiękną gdzieś w okolicy Bożego Narodzenia. Te na miodzie naturalnym potrzebują do tego więcej czasu, niż te na sztucznym. Tak słyszałam. Ja zawsze używam najprzedniejszego miodu pszczelego z… Warmii oczywiście:) Dzieciom jak co roku  nic nie przeszkadzała ta twardość w spałaszowaniu większości wypieków. Rodzicom zanieśli ledwie po kilka. Może doniosą:)?
Plecy dają się we znaki. Znów zaczynają pobolewać. To chyba choroba cywilizacyjna? Byłam na tomografii. Wjechałam w ubraniu pod takie jakby gwiezdne wrota, a potem musiałam nabrać pełne płuca powietrza i wstrzymać. No to wstrzymałam , ale ledwo ledwo wytrzymałam, bo jakoś strasznie długo to trwało. Mam jakieś zmiany w kręgosłupie, ale nie sposób dostać się do lekarza przed nowym rokiem, więc muszę czekać. Wiem jedno. „Przed dziećmi” trenowałam chyba najcięższy rodzaj sztuk walk, trzy do czterech razy w tygodniu, godzinami włóczyłam się po lasach i nic mi nie było. Teraz moja aktywność ruchowa ogranicza się do sprintów na placu zabaw, do noszenia na czwarte piętro siat pełnych zakupów i Brunisława itp. Siedzę właściwie tylko wieczorami przy komputerze, więc na brak ruchu nie narzekam, ale to chyba nie ten właściwy rodzaj sportu;) Czuje się staro. Nie brzydko, tylko jak stary zmęczony człowiek. Jeszcze wczoraj, żeby tego było mało zarwała się półka w szafce nad zlewem. Dzięki Bogu nie było przy mnie dzieciaków, bo na podłodze potłukły się trzy patery, piękna rosyjska filiżanka od teściowej (jestem  zaprzeczeniem teorii, ze wszystkie teściowe to wiedźmy;) moja jest w porządku) i serce mojej ślubnej porcelany obiadowej- piękna waza w róże. Aż się popłakałam… Nie, żebym była taką wariatką, co to płacze za sprzętami, ale to chyba z bezsilności. 90% tego  mieszkania potrzebuje wymiany, renowacji…  Ach, pomarzyć dobra rzecz…
Dziś zaniosłam do przedszkola pierniczki choinkowe do grupy Zośki i Szczypiora. Aniołki i samochody:) Szczypior obudził się bardzo niezadowolony. Nawet podwieczorku nie ruszył tylko siedział przy stoliczku obrażony na cały świat. Spadł dziś pierwszy śnieg, ale nawet wizja sanek przed wejściem do przedszkola, ani kombinezonów na zmianę w torbie nie były  go w stanie rozweselić. A jeszcze ta, urocza skądinąd, dziewczynka, która już na wejściu zaczęła wołać:  -„Mamo Scypiola, mamo Scypiola (tam też go tak nazywają), a Scypiol dziś bił dzieci”, na co Szczypior z coraz bardziej chmurną miną krzyczy: -„Nie biłem!”. Dziewczynka się upiera: -„Bił plosę pani, naplawdę, widziałam”. Pani Tereska (Szczypiora pani) nie potwierdza, ale dodaje, ze rano jej nie było, więc może wtedy? Dziewczynka dalej obstaje przy swoim, a Szczypior wygląda już jak wulkan przed erupcją, gdy wybucha: -„ Nie plawda, dziś nie biłem! To było … wczolaj!” :)))
Szczypior odpadł z gry  i z Brunisławem  siedzieli w domu pod opieką taty, a my z Zośką hulaj dusza! Poszłyśmy z sankami i jabłuszkiem na górkę i szalałyśmy dopóki coś było widać. Do domu ściągnęłyśmy już po nocy, po jakichś pięciu stęsknionych telefonach od A. i  chłopaków. Mogli z nami iść, a nie tylko tyłki w domu grzać!
Już nie mogę się doczekać wyjazdu na Warmię! Oby tylko te choróbska się dalej nie rozwijały! Już tylko dziewięć dni! Chyba z desperacji zacznę je na ścianie wydrapywać! Oby tylko dzieciaki były zdrowe, to będziemy tropić po lesie ślady zwierzyny, ulepimy kilka bałwanów, przeprowadzimy jakąś wojnę śnieżną i… odwiedzimy wszystkie babcie i dziadków. U prababci Irki poobjadamy się słodyczami i posłuchamy utyskiwań pradziadka na nieposłuszną żonkę;) U prababci Zoni wypijemy ciepła herbatkę na jej chłodnym poddaszu starego „pałacyku” na wsi, w dawnym pegieerze. Wodę ugotuje na swojej wiejskiej kuchni, fajerki przesuwając gołymi rękami, jak to ma w zwyczaju. A u  prababci Stasi dzieciaki poszaleją bawiąc się i słuchając opowieści o tym jak babcia się bawiła gdy była mała. Babcia Gabi zabierze je nad rzekę obserwować kacze wojny (Zośka uwielbia gdy kaczory się tłuką!). Jeszcze odwiedziny u cioci Anetki i wujka Marka w lesie. A tam moja chrześnica, nieco młodsza od Szczypiora Ola. No i nieco spóźnione urodziny małej królewny Amelki w Lidzbarku Warmińskim… Ach, byle wszystko wypaliło! Zośka ma śmiały plan doczekać nocy i pójść ze mną na pasterkę, ale czy Brunisław- męczycycuś go nie udaremni?
Jak sobie  myślę o tej naszej Warmii kochanej, to przed oczami stają mi, jak klatki ulubionego filmu, wspomnienia z ostatniego pobytu. Słońce, rzeźba terenu, uśmiechnięte buzie znajomych i zapachy. Zapach kwitnącej lipy, nabrzmiałych sokiem malin w lesie, a także zapach rzeki  płynącej pod domem babci . Na usta ciśnie mi się uśmiech gdy wspominam pierwsze loty młodych pustułek z wieży kościoła, ulubionego motyla Zośki- Sadownika Pawie Oczko uratowanego ze szponów pająka czy zdziwionego Brunisława, gdy przebudziwszy się, dojrzał na swojej buzi… rzekotkę. Pamiętam też znużenie na upór Szczypiora gdy zatrzymywał się przy każdym napotkanym żuku leśnym. Mógł je obserwowac godzinami, podobnie jak Zośka obserwowała ślimaki. Fascynujące jest w dzieciach ich zapomnienie, gdy już coś je zainteresuje…

8 grudnia 2009
Szpak
Tak. Chyba ze szpakiem uwięzionym w klatce siebie samą kojarzę. Jego też da się w niej trzymać, hodować, oswoić, ba, nawet wyuczyć naśladowania dźwięków, słów! Ale i tak nie bardzo tam, do tej klatki pasuje, jest taki jakiś szary. Niedopasowany. Nijaki taki…
Ot i masz babo placek! A czy ja sobie taka klatkę wymarzyłam? Kto zdrowy pchałby się do takiej burej nijakości jak ta tutaj? Cóż, nie od dziś wiadomo, że żeby żyć trzeba zarabiać. Wielka mi mądrość! Niby oczywiste, ale nie wszędzie się da. Dlaczego tam, gdzie ładnie, to na ogół nie ma pracy, a tam gdzie jest praca, to zwykle nie jest ładnie..? Ja chcę z powrotem na moją Warmię kochaną! Niech sobie A. (mój mąż) wygaduje, że to niemczyzna, że  tu jesteśmy w prawdziwej Polsce, niech się ze mnie podśmiewa jaki to ja jestem leśny ludek! Ha! Ja to pikuś, moja mama albo dziadek- o, to dopiero „leśne ludki”! Niechby A. zobaczył jak mama poznaje po odgięciu liścia na  ściółce, że tam nieśmiało przebija się młody grzybek! Albo niechby znalazł się na miejscu dziadka Jóźka, który (dawno bo dawno, ale było) mało onucek z butów nie pogubił jak zmykał na drzewo przed potężną lochą!
Kurczę, jak pomyślę o dziadku, to czuję zapach wielkiej, z grubej i zesztywniałej skóry szytej torby na ramię, w której przywoził z lasu zapachy prawdziwków, czerwonych łebków, maślaków, koźlaków, kurek, kań i wielu innych smakowitości. Torby pachnąco poplamionej gdzieniegdzie, z której można czytać jak z tropów zwierzyny na dziewiczym śniegu. Albo z której jak na mapie można podróżować z jednej miejscowości do drugiej- tu Malinowo Soczyste. O, a dalej Jeżynowo Kolczaste. A tam, nieco wyżej Bagienniki Żurawinowe. Tuż obok Jagodnik Czerwcowy itp. Itd. I do tego ten zapach- bardzo męski i ciepły zarazem. Cudowna mieszanina zapachu tytoniu z wonią lasu. Taka niepowtarzalna. Nie do pomylenia z czym innym. Czasem ciągnie się za drwalem. Rzadziej za leśnikiem. Ale to rzadki okaz w mieście, a już tu na „wygnaniu” to ze świecą szukaj.
Ech, wspomnień czar…
I już się trzęsę, i już się trzęsę i przestać nie mogę!  Dzieciaki patrzą na mnie jak na wariatkę, a ja się duszę ze śmiechu na babcine wspomnienie o tym jak to dziadek kleszcza złapał. Nie pierwszy i nie ostatni,  ale ten był wyjątkowo ulokowany…  A było to tak: babcia bardzo zaniepokojona i na równi skonfundowany dziadek na skutek małomiasteczkowej niedyskrecji stali się obiektem żartów i opowieści na długo. Dziadkowi przytrafił się kleszcz. Hm, nawet w myślach nie potrafię tego jakoś tak zgrabnie ująć…  Otóż on (ten kleszcz) ubzdurał sobie, że dobierze się do dziadkowego przyrodzenia. A że dopiął swego, babcia nie odpuściła i zaciągnęła dziadka po fachową pomoc na pogotowie. Można sobie wyobrazić  ile to śmiechu było i na jak długo ludzi zajęło. Ponoć nawet w kolejkach opowiadano sobie o tym „jak to Józik kleszcza złapał”. Chyba raczej kleszcz złapał Józika, he he. Ja byłam wtedy jeszcze mała i zupełnie mnie to nie śmieszyło. Co więcej, nawet mnie to nie obeszło. Kleszcz jak każdy inny. To teraz wszędzie szał boreliozowy.  A leśnicy to nawet mają obowiązkowe i regularne badania na boreliozę.
-„Mamooo! Mamooo! Mamy biedronkę na kwiatach!” – Oto moja Zośka Wszędobylska. Moja córka.  Lepiej to sprawdzę. Jeśli rzeczywiście mamy biedronkę to fajnie. Może szkodniki powyżera?
PS. A jak kiedyś dorobię się jakiegoś kawałka ziemi to sobie postawię szklarnię. Albo chociaż folię. A tam wpuszczę ochronę- żadne tam opryski, tylko naturalnych super ochroniarzy, czyli żabę i parę biedronek.  Są tak żarłoczne, że szkodniki powyżerają w pień.
No i rzeczywiście jest. Biedronka. Tylko, że ja myślałam, że Zośka wypatrzyła jakąś nową. O tej to ja wiedziałam, tylko nie mówiłam dzieciom w nadziei, że jej jakimś cudem nie dostrzegą. No i długo nie zwracały uwagi. Aż do wczoraj. Ta nasza  piękna siedmiokropka (uznawana za najliczniejszy gatunek, niestety coraz rzadsza za sprawą, jak słyszałam, biedronki azjatyckiej).) Żyła sobie po cichutku kryjąc się pod liśćmi tłustosza. Zachciało jej się pospacerować, wyszła na wierzch i już nie jest taka incognito. Dobrze, że Szczypior (młodszy brat Zośki) zupełnie zignorował wiadomość o nowej domowniczce, bo biedna musiałaby pozować niezmordowanie pod jego lupą. Nasz Szczypior chyba nie usłyszał krzyku Zośki, bo akurat, siedząc na progu łazienki, opowiadał z zapałem nieco ponad rocznemu Brunisławowi o rybikach cukrowych, na co ten  rezolutnie odpowiadał :”a!”, „aa!”, „aaa!”. Na razie wachlarz znanych Brunisławowi  słów ogranicza się do: „mama”, „tata” i wspomnianego „a” w przebogatej gamie barw, intonacji, iloczasu (tak, tak, iloczasu! Co innego znaczy zwykłe „a”, a co innego „aaa”. A podobno iloczas zanikł w naszym języku gdzieś w XVI wieku, he he ). A wracając jeszcze do tej biedronki to zastanawiam się czemu tak uparcie tkwi na tłustoszu?  W sumie to po lecie na liściach było pełno trupków meszek, a teraz wyglądają one na  czyste. Może nasz biedronka jada padlinę? Bo niby czemu wybrała sobie akurat owadożerną roślinkę?
Jak sobie tak myślałam o biedronkach, to przypomniałam sobie zdziwione miny mojej brygady gdy zobaczyli larwy biedronek. To, że one najpierw są żółte, a dopiero z wiekiem nabierają barwy, że poprzez ciepły pomarańcz kolor ich pancerzyka dochodzi aż do intensywnej czerwieni wydało im się zupełnie zrozumiałe. Za to te drapieżnie wyglądające, krzykliwie ubarwione larwy jakoś im do milutkich biedronek nie pasowały. W końcu kilkudniowa obserwacja krzaczka pokrzywy poparta z mojej strony zdjęciami w literaturze naukowej przekonały je, że to różne stadia rozwoju tego samego chrząszcza.
Zostawmy już biedronki w spokoju. Trzeba pomyśleć o obiedzie. Proza dnia. Może pyszne bitki wołowe? Wołowina co prawda ani swojska ani nawet z Warmii;), ale też świeżutka i piękna. A warmińskim akcentem niech będzie zdrowy i smaczny kompot z mrożonych leśnych malin, jagód i agrestu. Ten ostatni to oczywiście z działki. Też warmińskiej ;) Ja jeszcze dodaję na koniec suszone liście poziomek, malin i jeżyn-  to taka bomba garbników i różnych innych przydatnych składników . A po przestudzeniu, jak mam i zwłaszcza jak ktoś choruje, słodzę miodem. A jak nie to cukrem. Też dobre.  Tylko trzeba przecedzać. I jeszcze patyki malinowe (gałązki znaczy się)są świetne na przeziębienie. Ja dzieciakom daję w tym roku takie wynalazki nie czekając na chorobę, m.in. sok z pigwy do herbatki i chorują mniej niż w ubiegłych latach.
A propos dzieciaków, to muszę pamiętać, żeby zabrać plastiki i stłuczkę gdy będę szła po nie do przedszkola. Sporo się nazbierało. Niezbyt wygodnie się niesie kilka toreb z posegregowanymi odpadami. Zwłaszcza jak się ma na rękach ponad dziesięciokilowe dziecko i mieszka się wysoko w bloku bez windy. Jeszcze trzeba zahaczyć o piwnicę i wyciągnąć z niej wózek. Cóż, Matka Polka… Ale za to jak dzieciaki się cieszą gdy mogą wrzucać śmieci do oddzielnych kontenerów! Zawsze wtedy prześcigają się kto więcej wrzuci i zawsze pozostaje niedosyt, że … śmieci za mało ;) A. powtarza, że niepotrzebnie się przemęczam, że dodaję sobie pracy i takie tam, że ta cała segregacja to pic na wodę. I że kiedyś obserwował z kolegami z pracy jak podjechała śmieciara i jak leci zawartość tych wszystkich kontenerów powrzucała do jednej paszczy. A, wstyd powiedzieć, to było jeszcze w starej pracy, jak mieszkaliśmy w Olsztynie, a więc na „mojej” Warmii!!! Ale tu na mojej betonowej pustyni widziałam coś podobnego. Tylko że śmieci wrzucali na taką jakby głęboką wywrotkę. Kontener ze stłuczką otworzyli nad przednią częścią wywrotki, a kontener z plastikiem jakby trochę nad tylnią, więc tak sobie tłumaczę (chcę w to wierzyć) że mieli tam jakąś przegródkę i że to nasze segregowanie naprawdę nie idzie na marne. Hm, nie znam żadnego śmieciarza, bo bym podpytała. Interesujące…

Dziecko na Warsztat II

Witajcie,
Dzięki Ninie z http://naszerodzinnepodroze.blogspot.com/ dowiedziałam się o interesującej akcji, zakładającej eksplorowanie z dziećmi różnych tematów w formie warsztatów. Jeden miesiąc= jeden warsztat. Każdy poza tematem przewodnim ma zupełną dowolność i to jest najciekawsze, bo chyba z osiemdziesiąt blogujących mam bierze udział w tym projekcie, więc można poznać wiele punktów widzenia na to samo:) A tematy są następujące:
  • 29 września – warsztat dotyczący najbliższego otoczenia – Waszego środowiska lokalnego (i tu – lokalność rozumiana jest dowolnie! – może być region, może być miasto, może być kraina historyczna albo na przykład bardzo ciekawa ulica, na której mieszkacie). Temat przewodni: legenda/opowieść/historyjka/bajka
  • 27 października - warsztat dotyczący Polski – wszak zanim wyjedzie się poza granice, należy dobrze poznać swój kraj. Temat przewodni: znana/wybitna osoba
  • 24 listopada – Dziecko na Warsztat w Afryce. Temat przewodni: rękodzieło/sztuka ludowa. Oczywiście temat przewodni powinien dotyczyć Afryki.
  • 22 grudnia – Podróż do Ameryki Południowej. A że okres okołoświąteczny to tematem przewodnim będą święta/tradycje/zwyczaje związane z Ameryką Południową.
  • 26 stycznia – Pora na Amerykę Północną. Temat przewodni: muzyka/piosenka
  • 23 lutego – Będzie zimno, bo Dziecko na Warsztat rusza na podbój Antarktydy. Temat przewodni: świat przyrody (i fauna i flora :)).
  • 30 marca – W marcu będziemy w Australii. Temat przewodni to sztuka
  • 27 kwietnia – Odwiedzimy świat orientu czyli Azję. Tematem przewodnim będzie język
  • 25 maja – Wracamy do Europy. Temat przewodni: kulinaria
  • 22 czerwca – jeśli lubicie podróże – to ten warsztat zdecydowanie dla Was :) – możecie wybrać swój ulubiony kraj i wziąć go na warsztat :). Temat przewodni: zabytki
Dokładny opis można znaleźć na blogu Projekt Londyn 2014

poniedziałek, 27 października 2014

Październik. Nasz kraj i wybitny rodak.


Dziecko na Warsztat II. Październik.
 Polska i nasz wyjątkowy rodak.

Czym jest Polska? Czy to ten mały fragment, który oglądamy na mapach? Współrzędne geograficzne? Góry? Morze? Piękne Roztocze, Podlasie, Mazowsze? A może utracona Wileńszczyzna? Albo nabyta Warmia? A może… nic? Hm, jeśli chodzi o terytorium, o podział polityczny, to owszem, Polski może nie być. Był już taki czas, że nie  było jej na mapie Europy, a mimo to nadal istniała!

-„Jak to możliwe???”- spytały dzieciaki z otwartymi buziami.

A no możliwe! Polska to coś dużo więcej niż ziemia, bociany, żubry, wódka, kapuśniak, czy też pierogi. Polska to przede wszystkim ludzie. Dopóki żyje ostatni Polak, dopóki brzmi polski język, istnieje kultura, Polska istnieje:)! A wziąwszy pod uwagę, że niemal w każdym zakątku świata istnieje jakaś „mała Polska”, to bardzo pocieszające, że nie tak łatwo nas unicestwić:) 
My- czasem wszyscy, czasem cześć z nas, w ramach naszego warsztatu wieczorami grywaliśmy w gry a za dnia rozmawialiśmy 


Powyżej film o tym co sądzi Piłsudski na temat nagrywania głosu ludzkiego- dzieciaki zaśmiewały się, a film pokazuje człowieka ciepłego i z poczuciem humoru:) żródło poniżej, w linkach

 o tym, że Polskę tworzymy my- Polacy. Tych wybitnych, którzy przez lata kształtowali nasz kraj na różnych płaszczyznach było mnóstwo. To naukowcy, lekarze, społecznicy, dyplomaci, politycy, wojskowi, królowie i wielu, wielu innych. Bezimiennych, niewielu ludziom znanych bohaterów było również niemało, ale my z szerokiej palety wyjątkowych postaci wybraliśmy jedną. Wybór był trudny, zdawał się czasem niemożliwy, jednak nieunikniony;) I nie dało się zignorować nadchodzącego święta, 11 listopada i stulecia Legionów Polskich… 
Pow. Jedna z gier o Polsce, w które grywaliśmy z dzieciakami
Pow. Gra PRZEPUSTKA- najnowsze dziecko wydawnictwa Alter o legionistach
 
Marszałek. Temat rzeka, wiadomo, ale na potrzeby moich dzieci starałam się go nie rozwlec. Na temat Marszałka napisano już wieeele. Spójrzcie tylko na prawie całą naszą podręczną biblioteczkę:



Nie mylicie się, jeśli wątpicie w to czy wszystko to przeczytaliśmy. Niestety nie daliśmy rady. Ale co nieco dowiedzieliśmy się. Nie będę tu publikować swojej rozprawki na temat Piłsudskiego,  ale zdradzę o czym rozmawialiśmy.  Otóż zaczęliśmy ogólnie, od rysu historycznego,  od tego jak nasz kraj zmieniał się pod każdym względem. Na bieżąco robiliśmy notatki z pozyskanych wiadomości. Dzieci zrobiły rysunki ( te jednak nie bardzo nadają się do publikacji;)),  wszystkie bez wyjątku z zainteresowaniem prześledziły lekcje o Piłsudskim przygotowane przez Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. 
Pow. Materiały wydrukowane ze strony mieszkancyspod11.pl
Pow. Memo z bohaterami filmiku o mieszkańcach spod 11 fajne jest choćby przed śniadaniem;)


Pow. Znaj Znak w wersji uproszczonej dla Mirabelki

Pow. Mapy znalezione na stronie mieszkancyspod11.pl idealnie nam się wpasowały do rozmów o kształcie naszego kraju na przestrzeni wieków
Od góry od lewej: II RP, zabory, I RP i współczesna Polska
Grały w patriotyczne memo, nazywaliśmy uczucia, rozmawialiśmy o zawodach ( także o tym czy bycie żołnierzem to taki zwyczajny zawód czy coś więcej), zaś starsza- piśmienna, trójka rozwiązała krzyżówkę- a wszystko to na podstawie materiałów przygotowanych przez wspomniane muzeum. Mieliśmy je odwiedzić,  ale maraton chorobowy nas dopadł i paraliż mocno pokrzyżował nasze plany. Co się odwlecze, to nie uciecze, mawiają, wiec mamy nadzieję na wizytę w Sulejówku wiosną.  Zresztą oficjalne otwarcie muzeum nastąpić ma dopiero w 2017 roku, a założenia są ambitne,  zaś forma muzeum zapowiada się bardzo atrakcyjnie. Sprawdźcie sami na stronie muzeum. Poniżej podajemy przydatne linki.

Nie wszystkie nasze plany udało nam się zrealizować. A właściwie to prawie żadnych, ale muszę się pochwalić faktem, że coś jednak nam się udało ;) Może niewiele, ale zawsze coś. 
Naprzeciw domu naszej znajomej z Mińska Mazowieckiego jest jednostka żandarmerii. Dawniej w tym miejscu były stajnie wojskowe 7 Pułku Ułanów Lubelskich.  To jeden z pięciu pułków odznaczonych wśród wszystkich czterdziestu pułków II RP krzyżem Virtuti Militari za wojnę 1918- 1920r. Piłsudski na tyle cenił ten pułk,  że oddał mu ufnie pod opiekę swą ulubioną klacz bojową Kasztankę. Gdy w Warszawie działo się coś,  co wymagało obecności Kasztanki przy Marszałku, np. jakaś defilada, albo zwyczajnie Wódz lub jego córki stęskniły się za nią, klacz była transportowana do stolicy koleją. Pewnego razu jednak ktoś w Warszawie chyba zapomniał ją przywiązać w wagonie, w dodatku klacz jechała samotnie, bez opieki stajennego. Gdy w Mińsku otworzono wagon Kasztanka była w strasznym stanie. Poobijana nie mogła się podnieść. Najpewniej z uszkodzonym karkiem została wyniesiona na rękach żołnierzy i oficerów i przetransportowana do koszar. Mimo prób leczenia, także przez wezwanego ze stolicy weterynarza, Kasztanka padła. Piłsudski bardzo przeżył śmierć ukochanego konia. Po tym wydarzeniu, skórę wyprawiono i wypchaną klacz podarowano Wodzowi, natomiast jej wnętrzności zakopano właśnie na terenie obecnej jednostki żandarmerii. Uzyskaliśmy przepustkę i mimo deszczu, a pod eskortą bardzo uprzejmego pana kapitana Tomasza Dobrzyńskiego odwiedziliśmy grób Kasztanki. 
 Pow. Przepustka do CSŻW w Mińsku Mazowieckim- ku wielkiej uciesze najmłodszych otwierała magnetyczną bramkę, choć... Kropek przeszedł pod ...;)

Pow. Duplikat kamienia zaginionego w czasie PRL


Kamień pamiątkowy nie jest oryginalny. Duplikat zastąpił w wolnej Polsce kamień,  któremu PRL kazał zniknąć z powierzchni ziemi. Oryginał prawdopodobnie zakopano gdzieś pod płotem na terenie jednostki. Żyjących świadków już nie ma, ale według słów kapitana pasjonaci z muzeum 7.PUL mają jakieś tropy i prowadzą rozmowy z jednostką na temat przeszukania terenu pod płotem.  Zobaczymy co czas pokaże,  a na zakończenie zamieszczamy zdjęcie ciekawego olbrzymiego muralu przedstawiającego Marszałka Józefa Piłsudskiego,  który to mural znajduje się właśnie w Mińsku Mazowieckim,  przy ulicy...  No, jak myślicie? Przy ulicy Piłsudskiego oczywiście :)! Oto on:



Na warsztat zaprosiliśmy Was w ramach projektu Sabiny Kasoń Dziecko na Warsztat II

A teraz zapraszamy Was do eksplorowania innych blogów biorących udział w Dziecku na Warsztat:

  
Przydatne informacje:
1. Adres filmiku autora TWGrzegorz z wypowiedzią Piłsudskiego na temat nagrywania głosu

sobota, 4 października 2014

DnW wrzesień. Tramwaj konny Mrozy- Rudka

Dziecko na Warsztat II. Wrzesień.


Czego to my nie mamy? Jedyny w Polsce! Prawdopodobnie jeden z dwóch działających w Europie! Tramwaj konny w Mrozach!

Długo czekałam na coś, co pchnie mnie do pisania. Kiedyś na portalu zielonalekcja.pl opisywałam część dziecięcych przygód, odkryć, fascynacji.  Czas biegł, dzieci przybywało, a ja miałam coraz mniej ochoty, chęci czy czasami sił, by cokolwiek robić. Nawet to moje pisanie stało się jakieś takie, hm, nijakie?

„Dziecko na warsztat” to moje niedawne odkrycie ( dzięki Ninie- autorce bloga www.naszerodzinnepodroze.blogspot.com) i mam nadzieję, że uczestnictwo w tym projekcie da nam dużo radości. Dzieci mam pięcioro, w różnym wieku. To wg wieku malejąco: Zośka, Szczypior, Brunisław, Mirabelka i Kropeczek. Nie planuję, które z nich wezmą udział. Zobaczymy co kogo zainteresuje. Nic na siłę. Będę proponować. Będę czekać na propozycje. Pozwolę pomysłom ewoluować.

Temat pierwszego-  wrześniowego warsztatu ma krążyć wokół najbliższej okolicy. Mieszkamy na wojskowym osiedlu. Pod nosem mamy poligon, a właściwie zdziczały teren, na którym stoją jeszcze ziejące pustką budynki- wydmuszki, ściana, zapadnięte okopy i transzeje. Coś co dawniej służyło żołnierzom do ćwiczeń, a dziś służy młodzieży jako miejsce robienia ognisk, działkowiczom jako przyjemna droga na działki, wszelkim naturom łowiecko- zbierackim jako zagłębie jagód czy grzybów, a nam? Nam pozwala poskakać po oponach ( które stanowią coś jakby krawężniki wśród chaszczy), powspinać się na wysoką ścianę ( dawniej była jeszcze atrapa czołgu, ale chyba złomiarze się nią zajęli), poszaleć z kijami, drągami i patykami ( jakież to cudowne i darmowe zabawki:)! ), a niektórym daje ochłodę w upalne letnie dni ( jest tam staw, a w nim fajne żaby, blisko brzegu kamienie, po których tak wspaniale się skacze. I cóż z tego, że czasem omsknie się noga i człowiek zmoczy portki;)? ), no i coś co mamusia i najmłodszy brzdąc lubią najbardziej- duuużo ptaków :)

Pomysł był taki by zrobić mapę poligonu ( swoją drogą to przypomina mi trochę Prerię. Wiecie jaką? Nie „prerię” tylko „Prerię”- pole wiecznych walk Białej i Czerwonej Róży. Moje dzieciaki kiedyś żyły przygodami Blomkvista. Kto zna, wie o czym mowa). Młodsze dzieci bardzo fajnie spędzają tam czas, ale jak matka zobaczyła te kręte, pogubione w dzikich krzaczorach drogi i dróżki to odpuściła pomysł;) Myślę, że Joasi- autorce blogu ed.bexlab.pl, która bawi się ze swoimi córkami w geocaching- świetną zabawę w poszukiwanie skarbów, spodobałoby się to miejsce jako lokalizacja dla skrytek ze skarbami. Dla kartografów- amatorów to jednak zbyt duże wyzwanie, więc postanowiliśmy dużo skromniej powalczyć na niwie kartografii. Zrobimy mapę! Taką mini mapkę, mapiątko właściwie- jak dojść na ulubione lody:)) Włoskie, kręcone jak to mówią dzieciaki. I z polewą:) Przewrotna  nam wyszła ta nasza mapa, bo choć pod względem treści wyjątkowe z niej mapiątko to pod względem rozmiaru- istne mapiszcze;)




A wyglądało to tak. Wielki arkusz papieru, który dostaliśmy od sąsiadki i który aż się prosił o zlitowanie Mirabelka spryskała wodą i nałożyła farbę. Żeby było bardziej jesiennie wybrałyśmy ochrę. Musiałam trochę zasugerować, że Pani Jesień woli złoto od… różu;) Łatwo poszło. Akwarela została rozmyta nierówną warstwą za pomocą gąbki, a po wyschnięciu, wspólnie już, pozaklejałyśmy taśmą malarską ( taką papierową- bardzo fajna rzecz, bo nie niszczy papieru przy odrywaniu) nasze przyszłe ulice. No a potem dzięki Szczypiorowi, który na pieczątkę poświęcił swą ulubioną czarną gumkę, Mirabelka przy mojej pomocy (by deszcz padał w jedną stronę;) ) zalała kroplami deszczu część mapy, a na całości gdzieniegdzie stemplami z ziemniaka pozrzucała z drzew jesienne liście. Żeby nie było nudno część liści jest prawdziwa- zalaminowałyśmy liście różnych drzew. Mirabelka układała a ja prasowałam. Przy zbieraniu i przy laminowaniu rozmawiałyśmy sobie o różnych gatunkach drzew, o tym jaka jest ich różnorodność. Cóż, dendrologiem  to ona nie jest. Póki co;) Najlepiej wychodzi jej rozróżnianie liści lipy, bo… przypominają serduszka. Wycięte zalaminowane liście przyczepiamy do mapy za pomocą kleju kropeczkowego, dzięki czemu możemy je dowolnie przeklejać. To taki klej w kropeczkach, na taśmie. Nie niszczy papieru. Używa się takiego do przyklejania niektórych próbek do ulotek reklamowych. Zalaminowane liście są fajne, bo mają dużo zastosowań. My bawimy się nimi w „zgadnij skąd spadłem”, używamy ich też jako liczmanów. Tylko mają pewien minus. Nie są w stanie przetrwać spotkania z Kropeczkiem. Przynajmniej te suszone, w jego  łapkach kruszą się pod folią , te laminowane na świeżo nie kruszą się, ale nie wiem jak się przechowają z całkiem sporą ilością wody w środku. Ale, ale… wróćmy do mapy. W wycinianie liści wkręciliśmy Szczypiora, a nazwy ulic zostawiłyśmy Zośce i Brunisławowi. Mirabelka  i tak nie umie pisać, a i on niech dorzuci swoje trzy grosze:) Zresztą ta mapa  ciągle  ewoluuje. Już są wyciągnięte matki skarby do scrapbookingu. Na pomalowanie czekają owady, rowery, budynki itp. W sumie to dobrze, że ktoś to wykorzysta, bo nie wiadomo czy ja dożyję „wolnej” chwili;) Do zabawy z mapą używamy też kart z polskimi ptakami. Ćwiczymy przy tym topografię okolicy i nazwy rodzimych gatunków ptaków, rozmawiamy o tym, które gatunki i gdzie widzieliśmy, co jedzą itp. Przy tej części zabawy najbardziej ekscytuje się Kropeczek. Pomagać musi zawsze… „Czy tego chcesz czy nie Kropeczek pojawi się…”Zabrzmiało złowieszczo;)? Czasem, może? To „dzięki” Kropeczkowi na mapie pada  rozmazany deszcz;) Jednak ptaki Kropeczek miłuje szczerze. Zanim nauczył się mówić „mama” nazywał właśnie ptaki. Jego pierwszym słowem było „kahka” i kawkami do tej pory nazywa wszystkie ptaki:) Obejrzyjcie kilka zdjęć dokumentujących nasze poczynania:



Zdj. pow. Mirabelka robi jesienną mapę okolicy




Zdj. pow. Następnie przecierka




Zdj. pow. Przygotowania do naszego ręcznego laminowania



A poniżej efekt końcowy:




No i jeszcze  poligon:





A teraz do sedna warsztatu. Legendy ani bajki dziś nie opowiemy, ale za to przedstawimy historię bardzo oryginalnego tramwaju konnego. Jest to jedyny taki tramwaj w całej Polsce, ba! ponoć  w Europie ledwie dwa są!

Tramwaje konne były powszechne około połowy XIX wieku, kiedy to zastąpiły je pojazdy parowe a później elektryczne. Zaprzęgano je w jednego lub w dwa konie i początkowo pojazdy podobnego typu jeździły po bruku, ale by koniom było lżej, a co za tym idzie, by przyspieszyć przewóz, zaczęto kłaść tory. Po ich równych powierzchniach konie szybciej ciągnęły ciężkie wagony. W dużych miastach , gdzie odległości były znaczne, ze względu na wytrzymałość zwierząt trasy dzielono na odcinki obsługiwane przez wiele różnych koni. Pierwszy tramwaj konny w Polsce powstał w Warszawie w 1886 roku, a ostatnim najpewniej był ten jeżdżący do 1967 roku, a którego odnowioną trasą pojechaliśmy i my.




Tak, tak. Wybraliśmy się na wycieczkę do Mrozów. Już na stacji było ciekawie, bo przed nami przeleciała nisko sójka, a potem przez tory przebiegła wiewiórka. Do tego dowiedzieliśmy się od przygodnie poznanego pracownika kolei skąd płynie głos zapowiadający pociągi (że z głośnika każdy wie, ale gdzie jest ta pani? Otóż siedzi sobie wygodnie a jej głos płynie z „bombardiera”. To taka firma, która zapewnia kolei technologię . Zajmują się też sygnalizacją świetlną itp.) i czym się różni sygnał świetlny stały dla pociągu od migającego. Otóż stały świeci wtedy gdy tor jest „czysty” i można śmiało śmigać, a miga wówczas, gdy tor jest częściowo przejezdny, tzn. że wcześniej przejechał tym torem pociąg  i trzeba dostosować prędkość, by w niego nie wjechać, albo jest jakaś zwrotnica i trzeba zwolnić itp. Specjalnie wybraliśmy  stację na wygwizdowie, z dala od dworca, a tam raj! Biletomat z bardzo intuicyjnym interfejsem:) Brunisław sobie z nim świetnie radził. A jaką frajdą był  wybór, zakup i wydrukowanie biletów! I wiecie co ? Nawet jak nie chcecie nigdzie jechać możecie dzieci nauczyć obsługi biletomatu, wybrać trasę, rodzaj biletu i już:) Można sobie na pamiątkę wydrukować bilet ulgowy darmowy ( dla dzieci do lat 4)



Biletomat w miejscowości Anielina

Gdy wysiedliśmy w Mrozach przed naszymi oczami rozłożył się park, staw oraz boisko. Już ze stacji widzieliśmy linię lasu- blisko było. Podeszliśmy do miejsca, w którym pasła się olbrzymia klacz. Niedaleko stał wagonik i siedział woźnica. Poznaliśmy się trochę. Ochy i achy  nad pięknem Róży i jej siłą były, a jakże! Przejechaliśmy się parę kilometrów po lesie ( to teren rezerwatu „Rudka Sanatoryjna”, który wyróżnia się najdalej na północ rosnącą w Polsce zwartą jedliną), posłuchaliśmy śpiewu ptaków i skrzypienia tramwaju, powdychaliśmy ciepły koński zapach Róży. Dowiedzieliśmy się, że pochodzi z pobliskiej stadniny Kruki, że nie jest jedynym koniem obsługującym tę 2-kilometrową trasę, a na koniec podziękowaliśmy jej marchewką i jabłkami. No i widzieliśmy mury sanatorium dla gruźlików, powstałego na początku XX wieku z inicjatywy Teodora Dunina-bakteriologa. Początkowo torami dowożono materiały budowlane  do budowy sanatorium, a po jego otwarciu w 1908 tramwajem zaczęli przyjeżdżać pacjenci. Gdy umarł woźnica obsługujący trasę, po pewnym czasie wagonik przekazano do Muzeum Kolejnictwa w Sochaczewie, a tory rozebrano. W 2011 władze Mrozów podjęły decyzję o odbudowaniu tramwaju. Uzyskano zgodę ministra środowiska na przejazdy przez teren rezerwatu „Rudka Sanatoryjna”. Tory odbudowano, wykonano replikę wagonika i teraz można znów cieszyć się tramwajem konnym. Kursuje od maja do września w godzinach 15-18 w dni robocze, a w weekendy 12-18. Jeśli pogoda sprzyja to i w październiku można się jeszcze przejechać. Ale to już lepiej upewnić się wcześniej. Acha, jeszcze jedno. Wagonik jest dosyć mały. Nasza rodzina zmieściła się bez problemu, ale to chyba tylko dlatego, że część dzieci poszła „pomagać” woźnicy;)

A oto kilka fotek:









Przydatne informacje:

-Ceny biletów to: 10 zł za osobę dorosłą i 6 złotych za dziecko. Żadnych zniżek i ulg. Płacił nawet Kropeczek, który  nie ma dwóch lat. Wyjazd o pełnej godzinie. Rezerwacje możliwe, ale poza weekendami.

-Nr telefonu do obsługi tramwaju: 502 196 934

- ciekawostki o kolejce (serial „Ranczo”;) ):http://mrozy.pl/imgp/Tramwaj_konny_w_Mrozach.pdf

- Muzeum Kolejki Wąskotorowej w Sochaczewie (Zośka była- mówiła, że świetne miejsce): http://mkw.e-sochaczew.pl/media/index.php?MediumID=188

-Muzeum Kolei Konnej w Czeskich Budziejowicach: http://www.muzeumcb.cz/navstivte-nas/pobocky/muzeum-konesprezky/

-różne rodzaje kolejek, m.in. konna  na wyspie Man: http://kolej.darlex.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=317&Itemid=529

- a dla zainteresowanych obserwacjami fenologicznymi:  http://www.beagleproject.org/pl/about/?op_id=699

Matka  Polka  ze swoją bandą:)

Ps. Chętnie połaziłabym po tych lasach, oj połaziłabym… Może się tam jeszcze wybierzemy, a tymczasem koleżanka z Mińska Mazowieckiego zaprosiła mnie do kina do Mrozów. Tanio i bez tłumów:) Ruszamy w sobotę . Może i Wy się wybierzecie? Bilety kosztują tylko 15 złotych:)

Zapraszam do obejrzenia pozostałych blogów biorących udział w projekcie:


Szczególnie polecam pięć wybranych przeze mnie w tym miesiącu:
1.http://www.ksiezycowaszuflada.pl/category/dziecko-na-warsztat/
2.http://ed.bexlab.pl/category/projekty/dziecko-na-warsztat-ii/
3.cdn
4.
5.

Blog jest dostępny również na stronie zielonalekcja.pl TUTAJ