czwartek, 10 marca 2016

Kapusta biała

Wysiew kapusty



Dzieciaki znów się pochorowały. Kropek najgorzej.  Teraz śpi. A tymczasem Mirabelka zdążyła już posiać kapustę, teraz gania ze Szczypiorem po dworzu, a Brunisław robi... ciasto;) 
Co do kapusty, to jest to kapusta do wczesnego siewu w inspektach. Już 10 marca! Powinniśmy to byli zrobić prawie miesiąc temu, ale co tam! Spróbujemy spóźnionego wysiewu. W końcu eksperymentujemy , uczymy się ziemi, ogrodu, roślin ( ups, jaki mamy Księżyc? Zapomniałam zwrócić uwagę;)- widzicie, prawdę mówiłam, że się uczę ;))!  
Kapusta w całości została samodzielnie wysiana przez Mirabelkę. Najpierw przygotowała ziemię,  później posiała nasionka, a na koniec podlała. Żadnych wspólników tym razem.





A trzy dni później...



wtorek, 8 marca 2016

Zielono mi!


                           

Gosia Kalemba- Drożdż to znana wielu osobom jako zwariowana na punkcie chwastów pani naukowiec, autorka powiększających oczy książek o jadalnym zielsku ( oczy się powiększają ze zdziwienia;) A książki są nie dość, że fascynujące to jeszcze przepięknie wydane! No i dla niedowiarków teoria sprawdzona w praktyce i przebadana wzdłuż i wszerz przez panią doktor),  bloggerka w pincake.blog.pl, administrator strony fb Trochę Inna Cukiernia,  mama alergików,  pracownik naukowy, członkini różnych grup roślinnych na fb, fajna babka i kto wie co tam jeszcze;) To ona parę lat temu wymyśliła akcję " Zielono mi!".  Zostałam do niej zaproszona i spróbuję się zabawić. A może dołączycie?  Zaczynamy 17 marca.  Szczegóły u Gosi: 

poniedziałek, 7 marca 2016

Okularnik! Okularnica!

Jestem okularnicą!


                             

 Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, była sobie sekcja karate. Trenował w niej niewysoki pan w średnim wieku. Trzeba się było dobrze przyjrzeć, by pod warstwą ubrania dostrzec silną sylwetkę. Pan był niepozorny, spokojny i grzeczny. Okularnik, pracujący jako... ochroniarz;) Różne sytuacje konfliktowe, szarpaniny załatwiał spokojniei bez nerwów. Gdyby wówczas istniała definicja języka żyrafy, to język tego "doranyprzyłóż" pana właśnie "żyrafim" by nazwano. Jest w tej historii pewien haczyk. Okulary. Pan, owszem, był "doranyprzyłóż", ale tylko dopóty, dopóki ktoś śmiał tknąć jego okulary. Gdy ktoś je trącił, a nie daj Bóg wykrzywił lub zrzucił, jego język żyrafy rozpływał się w niebycie, a pana ogarniała dzika furia. I wiecie co? Ja go rozumiem. Myślę, że każdy okularnik go zrozumie. Bo okulary to część nas, bez nich jak bez ręki. Jednak przywiązanie do nich rodzi się często w bólach. Zwłaszcza gdy jest się dzieckiem i dopiero zaczyna się nosić okulary... Chciałabym dziś wspomnieć pewną książeczkę. Jakiś tydzień temu dostałam z wydawnictwa Dwie Siostry paczuszkę z dwiema książkami. Jedna była tak niesłychanie pięknie zilustrowana i wydana, że ta druga została niedbale rzucona na półkę, by leżeć w zapomnieniu całe trzy dni. I nawet ciekawskie dzieci rzuciwszy okiem na okładkę "kopciuszka" wyciągały ręce po piękność. Jaki to wielki błąd, okazało się któregoś wieczora, gdy ktoś (Szczypior?) zakosił piękność i nie chciał się przyznać, a to był czas wieczornego czytania. Kopciuch leżał pod ręką- tuż na półce, pora najwyższa, zniecierpliwiona publiczność wierciła się już w łóżkach, no, jak to się mówi, mus to mus. Wyciągnęłam rękę po "Okularki" Ewy Madeyskiej i z pewnym uprzedzeniem otworzyłam książkę. A w środku... mała Frania.


 


Dziwna jakaś ta Frania. W dziwnym wieku- starsza od Kropka, młodsza od Mirabelki... Co to w ogóle za wiek? Z wielodzietnej rodziny. Z zabieganą matką i wiecznie pracującym "ulaptopionym" ojcem. Brrr. I do tego okularnica! Z każdą stroną opowieść... wciąga coraz bardziej, sprawia, że czujemy jakbyśmy wskoczyli do książki. Duża czcionka i niektóre pogrubione wyrazy zachęcają dzieci do samodzielnego czytania albo prób odczytania fragmentów- nawet nieczytającą Mirabelkę. Mnóstwo tu kolorowych ilustracji narysowanych pewną kreską, lecz w stylu naiwnym- imitującym dziecięce rysunki. Wywołują one uśmiech na buzi czytelnika i grzeją swym ciepłem. A sama historia? Pod pretekstem zgubionych szkieł taty pokazuje nam jak ważne w życiu człowieka mogą być okulary i ile emocji mogą wywoływać! Frania, choć ma piękne okulary, w różowych, wesołych oprawkach, wstydzi się w nich pokazać. Dlaczego? Przecież świetnie w nich widzi, nie musi już mrużyć oczu i w dodatku ładnie wygląda! Ano dlatego, że spotkała się z brakiem akceptacji! Że wyśmiewano się z niej! Tylko dlatego, że pojawiła się w okularach! Frania nie rozumie, że okulary to część niej samej. Próbuje się bez nich obywać, co nie jest łatwe gdy się ma wadę wzroku. W przypadku Frani jednak wszystko dobrze się kończy.



Dziewczynka dowiaduje się, że dzięki okularom można poczuć się wyjątkowo;  że wpływają one na nasz wizerunek i samopoczucie, że niektórych ludzi zwyczajnie nie sposób wyobrazić sobie bez nich. I, że niektórzy ludzie bez okularów życia sobie nie wyobrażają. Gdy z jakiegoś powodu są pozbawieni tego cudownego wynalazku, to czują się nieswojo, są niespokojni, poprawiają powietrze na nosie, a gdy zapomną gdzie położyli swoje "patrzałki" biegają w popłochu po domu, szukając histerycznie ( czasem niemal po omacku) swoich "oczu". Dla mnie sceny jak z "Okularków" Madeyskiej to nie jest fikcja literacka. Zdarzają się od czasu do czasu i w naszym domu;)


 Wracając do książki "Okularki" to muszę przyznać, że nie ma w niej nachalnego moralizatorstwa. Jest za to mądrze pokazany problem i sugestia jak sobie z nim poradzić. A już to, jak mała, kilkuletnia dziewczynka rozprawia się z dokuczającym jej Wiktorem to mistrzostwo świata! Gdybym ja w odpowiednim czasie (gdy okulary miałam nosić tylko do rysowania, czytania itp) znajdowała takie celne riposty jak Frania, dziś pewnie nie byłabym okularnicą. Pełnie ciepłą, humoru i pozytywnej atmosfery "Okularki" Ewy Madeyskiej są pierwszą książką w serii "Małe Katastrofy", więc możemy się spodziewać nowych pomysłów na rozwiązanie problemów, przegonienie stresów naszych maluchów. Książkę zilustrowała Kasia Matyjaszek. Im więcej przyglądam się tym ilustracjom, tym bardziej ich ciepło i prostota chwytają za serce. Zajrzyjcie do książeczki koniecznie. To jedna z tych, które czyta się po wielekroć i nie ma się dość. Mirabelka nawet zabrała ją do przedszkola, a tam dzieci "wsiąkły":) I jeszcze jedno ( wiem, wiem, strasznie się rozpisałam, ale już kończę, naprawdę;) ). Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię czytać dzieciom na głos. Od Jarosława Boberka to lata świetlne mnie dzielą, ale staram się nadać każdej postaci odrębny styl. Lubię modulować głos, odpowiednio intonować, jak trzeba to krzyknę, pisnę, a nawet zachrumkam;) Nie, w tej książce nie ma chrumkania, ale niesamowicie łatwo i przyjemnie się ją czyta na głos :) Polecam raz jeszcze.



 Fot. My też mamy różowe okulary;) Przy okazji różowych okularów porozmawialiśmy o... związkach frazeologicznych;) O tym co to tak naprawdę znaczy patrzeć na świat przez różowe okulary, albo że źle lub dobrze komuś z oczu patrzy itp. A na koniec odśpiewaliśmy hicior Natalii Kukulskiej sprzed trzydziestu (!) lat
"Kup różowe okulary,
Załóż buty nie do pary,
Przez różową szybę patrz na świat..."


Tytuł: "Okularki"
Autor: Ewa Madeyska
Ilustrator: Kasia Matyjaszek
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Seria: Małe Katastrofy
Rok wydania: 2015
Oprawa: twarda
Kategoria wiekowa: 3+
ISBN: 978-83-63696-07-8

Za książkę dziękuję wydawnictwu Dwie Siostry 

sobota, 5 marca 2016

Rośliny dnia krótkiego/ długiego

O co chodzi w tym krótkim dniu?

Wiecie co łączy tytoń, który odkryto w Ameryce ponad sto lat temu z rzodkiewką, którą posiał dziś Szczypior ( ależ to brzmi- Szczypior posiał rzodkiewkę, no koń by się uśmiał!)? 
To będzie dłuższa opowieść, ale ciekawa, więc nie uciekajcie ;) Dawno temu w Ameryce osadnicy podpatrzyli jak Indianie hodują tytoń i sami się wzięli za uprawę.  I nieźle im szło.  Do czasu, gdy w 1906 roku zwrócili uwagę na nową odmianę, która pojawiła się nie wiedzieć skąd.  Tytoń charakteryzował się tym,  że rósł i rósł i rósł i przestać nie mógł aż go mrozy zmogły.  Fajnie? Nie do końca.  Otóż farmerzy drapali się w głowy dumając- zakwitnie czy nie?  I za cholerę dojść nie mogli od czego to kapryśne kwitnienie zależy.  A od kwitnienia znowu zależało czy będą mieli nasiona na następny siew czy nie. A działo się to w stanie Maryland, skąd wzięła się nazwa owego dorastającego nawet do 4,5 metra tytoniu - Maryland Mammoth. W końcu na pomoc farmerom przyszli naukowcy. Dwanaście lat po odnotowaniu występowania tego gatunku przez rolników, dwaj naukowcy z Departamentu Rolnictwa- Wightman W. Garner i Harry A. Allard, rozpoczęli obserwacje. Posiali nasiona w doniczce i ustawili je w polu, ale część z tych donic popołudniami zanosili do ciemnego pomieszczenia.  Te rośliny, które miały więcej światła rosły jak głupie, a te, którym przykręcano " kranik" ze światłem przestawały tak rosnąć,  ale za to zakwitały. Okazało się, że tytoń i jemu podobne rośliny to tzw. rośliny dnia krótkiego.  Są też rośliny, które mają odwrotnie - aby zakwitnąć potrzebują długiego dnia. Taka zależność od ilości światła nazywana jest fotoperiodyzmem. No a jak to się ma do naszej rzodkiewki?  Otóż ona musi być wysiana teraz, albo jesienią, gdy światła jest mało, bo inaczej wypuści pędy nasienne i sparcieją jej korzenie, a tego byśmy nie chcieli :)
A teraz wróćmy do naszego ogródka.  Mamy takie małe poletka uprawne, coś jakby podwyższone rabaty, siłą motyki wyrwane kwaśnej ziemi pokrytej dywanem z mchu. Po zimie i na nich dało się zauważyć gdzieniegdzie małą kępkę mniszka czy mchu. Dziś Szczypior popracował. Sam zgrabił ziemię usuwając plamki mchu i trawy, a potem ją skopał. Następnie dosypaliśmy siedemdziesięciolitrowy worek ziemi pod warzywa, zagrabiliśmy i Szczypior posiał rzodkiewkę.  Ja byłam w czasie siewu początkowo w domu, ale on po jednym rządku wrócił sfrustrowany, że...  krzywo mu wyszło.  Najcięższą robotę zrobił, a nasionka miałyby go pokonać? Wyszłam  z nim jeszcze raz. Pomogłam zrobić rzędy, a Mirabelka pomogła posiać nasionka. Rzodkiewka była eko- niczym nie zaprawiana. Zobaczymy czy coś jej nie zje przed nami? Prace na grządce tak dobrze dzieciakom szły, że " machnęły " jeszcze jedno poletko, na którym posadziły żółtą cebulę. Mirabelka też próbowała swoich sił w kopaniu;) Nawet nieźle jej szło, tylko sił na krótko starczyło;) Przy okazji kopania wykopały się Szczypiorowi gąsienica i dwie dżdżownice.











Jeśli jakiś dzielny człowiek doczytał aż do końca to zdradzę, że tę ciekawą informację o Maryland Mammoth i o fotoperiodyzmie mam z fascynującej książki,  którą dostałam podczas wymiany książkowej.  To " Zmysłowe życie roślin " Chamovitza 

15.04.2016 Aktualizacja 

Po ponad miesiącu kiełkują już: żółtą cebula i rzodkiewka.  Czerwonej cebuli ani widu :/

czwartek, 3 marca 2016

Sadzimy cebulę

Sadzimy czerwoną cebulkę

Dziś było ciepłe i słoneczne popołudnie.  Bru przed południem miał ciężki dzień - kłócił się z kolegami, przepychał, bił... Mirabelka miała marny humor, bo...  nie było słodyczy itd, itp A Fistaszek słodko i mocno zasnął w wózku.  Wykorzystaliśmy to. Ziemia znów zapewniła nam terapię;) Wycięliśmy suche badyle,  które zostały na zimę.  Brunisław używał pod moim nadzorem dużego sekatora.  Dużo energii z siebie spuścił ;) Potem posadziliśmy poletko cebulki.  Skopaliśmy wspólnie ziemię,  przy okazji wykopując dżdżownicę- ku wielkiej radości Mirabelki,  która się zastanawiała czy dżdżownica ma dwie buzie? 


Potem z domu wytoczył się Szczypior ze...  sztucerem i zaczęło się polowanie, a potem jeszcze wspinaczka nadrzewna i walka kijami.  Mirabelka w tym czasie posadziła dwie malwy a Kropek wychlapał pół wielkiej kałuży:) 

Hodujemy warzywa

<3 malinowe :)

Hildzia odradzała,  ale ja mam wieeelką słabość do pomidorów malinowych.  I nie chcę żadnych innych. Mam spory zapas nasion i gdy pewnego dnia nastrój w domu stał się bardzo bojowy,  a Kropek i Brunisław znaleźli nasiona rzodkiewki i koperku, nasypałam im ziemi do pudełek i posiali sobie sami ustalając co który bierze. Zaś wieczorkiem, tak dla odreagowania stresu, dałam Zośce całe dwie miniszklarenki, w których wysiany został właśnie maliniak, mix papryki i kilka nasion czarnych pomidorów.  Trochę wcześnie, ale cóż...  Uważam, że ogrodnictwo to najlepszy terapeuta na świecie :) Czy mamy doła, czy kipimy wściekłością- ziemia i rośliny zawsze przyniosą ulgę. A gdy coś, co sami robimy zaczyna przynosić widoczny efekt to już w ogóle mega satysfakcja :) Po tygodniu podlewania kiełki pomidorów dosłownie rosną w oczach. Papryka potrzebuje trochę więcej czasu, ale też już jest tuż tuż. 




sobota, 27 lutego 2016

Tradycje.

Tradycje 

Bóg się rodzi! I właśnie dlatego- dlatego, że mamy Adwent, że wkrótce Boże Narodzenie,  to opowiem Wam o naszych tradycjach rodzinnych. Są one takie trochę niepełne,  zerwane. Nasi przodkowie żyli na Wileńszczyźnie, na Wołyniu. Wichry historii sprawiły, że,  jeśli je przeżyli,  to porzucali dobytek ratując siebie, dzieci.  Nie ma żadnej ziemi, domów,  ba, zdjęć nawet nie ma. Jedyne zdjęcie mojej prababci z Wołynia zaginęło w Stanach po śmierci mojego wuja. A i PRL doskonale wszystko zaorał.  Niewiele, naprawdę niewiele zostało... 
W naszej rodzinie pielęgnujemy tradycje podobne do tych jakie panują w domach innych Polaków. Uwielbiamy pierogi- jemy w dwóch postaciach- gotowane i pieczone,  bo u męża jadło się jedne, a u mnie drugie.  Uszka w naszym domu zawsze, ale to zawsze były z grzybami leśnymi ( a u moich kuzynów na Roztoczu robią z pieczarkami),  ryby, gdy dziadek żył, bywały przez niego własnoręcznie łowione.  Sałatka jarzynowa to typowy must have każdego polskiego domu. Ale też jadamy w dwóch wersjach- z cebulą i bez. Śledzie.  Nie cierpię.  Fuj. Ale... W ubiegłym roku jadłam.  W cieście.  Najlepsze na świecie. Autorstwa mojej teściowej - urodzonej mistrzyni kuchni ( chwaliłam się już, że mam baaardzo fajną teściową :)?)   Dawniej jadalnym własnoręcznie przyrządzane i wędzone przez sąsiada wędliny. Fakt, było ryzyko, bo np. bywały nîedosolone lub przesolone, ale domowe. Dziś częściej wędzonki kupujemy.  I już nie tylko na święta, przez co wiele straciły... Poza tym corocznie dorabiamy swoje ozdoby świąteczne i pieczemy pierniczki staropolskie. Właściwie to żadnych herezji nie popełniamy, a nasz dom z choinką, opłatkiem, z wieczornym czytaniem dzieciom opowieści biblijnych w adwencie jest taki jak miliony innych domów. I w tym tkwi siła tradycji:)







Zachęcam do odwiedzenia innych blogów biorących udział w zabawie :


Wok�� Dzieci S�owo Mamy Ed Montessori Karolowa Mama Kre Team Kreatywnym Okiem Matkopolkowo Bez nudy 360 przyg�d Bawimy my si� trzy Biesy dwa Du�kowy �wiat Dzika jab�o� Elena po polsku Co robi Robcio Jej ca�y �wiat Ca�y �wiat Karli Tymoszko Igranie z Tosi� Kawa z cukrem Laurowy �wiat Kreatywnie w domu LIttle bit life Gugusiowo Ciekawe dzieci �wiat Tomskiego Ohana On Ona i dzieciaki Mama w biegu Zakr�cony Belfer �winki 3 Uszywki Zuzinkowej mamy Mama na pe�en etat Mama Tr�jki Dzwoneczkowy raj mamy Ogarniam wszech�wiat Kreatywna mama Mama Aga Mamu�ka24 Pomieszane z popl�tanym Nasze rodzinne podr��e Nasza szko�a domowa Panna Swawolna Odkrywcy wiedzy Z motylem na d�oni Nasz przygoda diy Zabawy z Archimedesem Schwytane chwile Pomys�owe smyki My home and heart Gagatki 3 Dziecko na warsztat

piątek, 26 lutego 2016

Bingo! Angielski

Bingo i nauka angielskiego w jednym? Tak!




Lata świetlne temu,  gdy Zośka jeszcze była mała, w jakimś konkursie wygrałyśmy grę.  Nie spodziewałam się wiele po grze, której grafika... hm, jakby to powiedzieć, cóż, grafika nie powala na kolana. Słuchajcie, Zośka ma już prawie dwanaście lat, a ta gra okazała się jedną z najbardziej lubianych,  jeśli nie najulubieńszą z tych, które mamy! Wszystkie dzieci grywały w nią, bądź grywają. Podczas przeprowadzki zgubiły się dwie karty. Zrobić jakoś nie było kiedy,  albo nie pamiętałam i graliśmy bez nich, ale to zubażało nasze rozgrywki. Gra jest już zniszczona, próbowałam kupić taką samą, ale nie udało mi się, aż do... ubiegłego tygodnia. W akcie desperacji jeszcze raz przeszukałam sklepy internetowe i tadaaam!  Jeden, dosłownie jeden jedyny, ostatni egzemplarz udało mi się upolować :) A muszę powiedzieć, że już 2,5- letni Kropek grywał w to bingo. Dzięki niemu dzieci poznały sporo angielskich słówek. Schemat gry jest bardzo prosty do skopiowania. Jeśli tylko ma się trochę czasu można zrobić wersję nie tylko z innymi wyrazami, ale i z owadami, ptakami, pojazdami czy co tam komu się zamarzy.  
A oto co znajduje się w pudełku:




- karty obrazkowe; z jednej strony jest obrazek, a z drugiej nazwa
- Tekturowe plansze - kolaż sześciu pojedyńczych kart; z jednej strony obrazki, z drugiej nazwy
- żetony
Gra polega na wybraniu sobie przez dzieci plansz z sześcioma obrazkami. Wymawiamy nazwę pokazanych obrazów ( w grze była też kartką z fonetycznymi zapisami wymowy, ale jak ktoś ktoś nie zna języka, to najpewniej nie będzie potrafił odczytać zapisu fonetycznego.  W internecie dostępne są słowniki z wymową. Wystarczy kliknąć na słowo i słyszymy poprawną wymowę. A jak już chcemy uczyć to byle dobrze). Następnie osoba prowadząca grę pokazuje karty.  Ja najpierw pokazuję stronę z napisem jednocześnie wymawiając nazwę, po czym od razu, płynnym ruchem obracam kartę obrazkiem w stronę dzieci.  Gdy mają taki sam obrazek na swojej planszy to kładą na nim żeton ( przy tym moje dzieci mówią "yes" albo tak śmiesznie kręcą główkami i przeciągle,  z pewnym smutkiem mówią " noooooo"- te młodsze oczywiście ;)).  Ten kto zakryje wszystkie obrazki woła " Bingo!". Staram się przy tym nie podkreślać faktu, że ktoś już skończył, mówię wtedy po prostu: -" Świetnie,  a teraz X dokończy swoją partię". Moje dzieci bardzo rywalizują o wszystko, co nie wychodzi im na zdrowie. W tej grze udaje się tego uniknąć :)



Na zdjęciu poniżej jest bonus do gry- dodawany do tej starej wysłużonej wersji. To dodatkowa gra karciana- przeciwieństwa.  Można też użyć jako Piotrusia :


A oto nasze gry- ta stara, zgrana już bardzo i nowa jeszcze nie rozegrana - czeka na dzisiejszy wieczór.  Wszak dziś " Babski wieczór":) Mam na niego jeszcze coś.  Jak znajdę chwilę,  to opiszę w osobnym wpisie. 




Wpis powstał w powiązaniu z projektem Grajmy!