poniedziałek, 8 czerwca 2015
Trzeci dzień z #30DaysWild Środa
Płacze pani Słowikowa w gniazdku na akacji...
Robinie akacjowe buchnęły pełnią rozkwitu i zniewalają swym zapachem. Ile razy obok nich przechodzimy, a rośnie ich u nas sporo, zwracam uwagę dzieciaków, aby wąchały. Zresztą często to robię, czy to kwitnie bez lilak, czy czarny, jaśmin , konwalie czy fiołki... Jak czegoś jest sporo to zrywamy,obwąchujemy, oglądamy, rwiemy, zaglądamy do środka itp;) Wąchamy właściwie cały czas, mniej lub bardziej świadomie- dym, koszona trawa, chodnik zmoczony deszczem...
Dziś dzieciaki, a dokładniej rzecz biorąc Brunisław i Mirabelka, bo oni mają zapędy ogrodnicze, zebrali strąki i nasiona akacji- zamierzają posiać gdy przeprowadzimy się na wieś;) Niech próbują. Fajna zabawa. A ja jak gdzieś dorwę sito, a czas i siły dopiszą, to spróbuję z nimi zrobić książkę z papieru czerpanego. Książkę o akacjach z nasionami zatopionymi w papierze. Najlepiej w dwóch egzemplarzach- jedna zostanie na półce, a drugą... Posadzimy w przezroczystym naczyniu, by obserwować proces rozkładu. Zainspirowała mnie do tego książka o drzewach ( o której przeczytałam u Ani z Zabawkatora), wydana na bezkwasowym papierze, właśnie z nasionami drzew w środku. Książka do posadzenia, do pokazania pierwotnego źródła pochodzenia papieru. Taki naturalny cykl. Niestety książka po hiszpańsku, ale mam nadzieję, że zostanie wydana i w Polsce. No i że będzie w niskiej cenie, żeby ludzie nie żałowali dać dzieciom do posadzenia;)
Czwarty dzień z #30DaysWild Czwartek
Ciepło, ale mooocno wieje.
Dziś Boże Ciało. Ja się czułam... hm, niezbyt. Brzuszysko napięte, słońce mocno świeciło ,wietrzycho wiało, że hej. Na długą procesję się nie czułam. Mauż z dużą ilością dzieci na procesję też się nie porwał, więc poszedł tylko ze Szczypiorem. Ja z resztą wybrałam się na piknik. Zośka ubrała się jak "wiosenka" jak mawia babcia Gabi i zziębnięta uciekła do domu, a my początkowo sami na placu zabaw zrobiliśmy sobie piknik. Wzięliśmy kocyk, owoce. Rozłożyliśmy się pod robinią akacjową wspominając płacząca panią Słowikową z wiersza Tuwima. Dzieci biegały boso, Kropeczek nawet niewiele uciekał na swoim jeździku, trochę pograł w piłkę, starszaki pohuśtały się, pojeździły na rowerach i poczytaliśmy książeczkę o Krakowie z pięknymi ilustracjami Iwony Całej. Kropeczek jak zawsze fascynował się kowalami bezskrzydłymi ( że też mu się nie nudzi;)! ), Mirabelka tłumaczyła mu, że dorosłe mają kropki, a młode są całe czerwone. Póżniej zeszło się trochę ludzi. Szczypior z Tatą zaszli po nas po procecji i poszliśmy razem do domu odprowadzani obłędnym zapachem akacji.
Siódmy dzień z #30DaysWild Niedziela
Rodzinny letni spacer do parku. Niedziela
Sponton
pełną parą. Obudziłam się dzisiaj jeszcze przed ptakami- ot, ostatnio
tak mam. W dodatku pomieszały mi się terminy- myślałam, że Zośka chce
jechać dzisiaj na rajd rowerowy, a jak się okazuje to wcale nie dziś:p
Za to reszta rodziny też rano wstała, więc najbardziej zorganizowana
część poszła do kościoła na poranną mszę, no a potem zbojkotowaliśmy
robienie obiadu na rzec pizzy, dzięki czemu wszyscy razem wybraliśmy się
na dłuuugi spacer do parku. Gorąc był okropny, a w parku mnóstwo
starych, olbrzymich drzew, dających wspaniały cień. W parku oczywiście
jest plac zabaw. Szczypior wziął książkę- opasłe tomisko, które miał
czytać na zacienionej ławeczce w parku. Jak łatwo się domyślić nic z
tego nie wyszło, bo już po drodze zaczęli coś tam knuć z Brunisławem.
Szli objęci (!), albo za rękę (!) - w pełnej zgodzie, gadając o jakichś
tam Minecraftach, portalach i temu podobnych. A w parku wyrwali aleją
prosto do wielkiej rury, na którą trzeba się wspiąć przechodząc nad
dziurą, którą zwą przepaścią, przytrzymując się ścianki skałkowej. No a
potem zjeżdża się pędem metalową rurą. To ich ulubiona zabawka i, mimo
że teoretycznie jest dla starszych dzieci, to nawet Mirabelka świetnie
sobie na niej radziła już rok temu, gdy miała 3,5 roku. No, ale ona
radzi sobie jak małpka. Nawet w tym sezonie zdarzyło mi się kilka razy
dziękować nadgorliwym opiekunom innych dzieci, którzy, mając starsze i
sporo większe, lecz nie tak sprawne dzieci, na siłę chcą pomagać mojej
dziewczynce. Staram się być cierpliwa, ale bardzo nie lubię gdy po
pierwszym zwróceniu uwagi i podziękowaniu za chęć pomocy dalej pchają
się z łapami, jakbym spadła z Księżyca albo mówiła po chińsku.
Dzieciaki
wyszalały się, dziewczyny (obie!) z lubością oddały się długiemu
bujaniu "aż do nieba" jak mawia Mirabelka, zresztą byli chyba wszędzie
poza piaskownicą- jakoś dzisiaj nie wydała się atrakcyjna;) Za to
siłownia pod chmurką i górka bardzo zajęły dzieciarnię. Młodsza trójka
chętnie zbiegała po łagodniejszym zboczu górki, a z wysokiego, stromego,
fajnie było wypatrywać machającego do nich z oddali taty. Zaskoczeniem
dnia była huśtawka- pajęczyna. Chłopcy raczej omijają ją szerokim
łukiem, a dziś zejść nie chcieli. Tata mocniej buja niż mama, może
dlatego? Fruwali do nieba- najpierw całą starszą czwórką, potem już
tylko chłopcy. Zejść nie chcieli, a Szczypior prawie tam zasnął;)
Kropeczek jest w wieku, gdy fascynują go "robaczki". Lubi obserwować
wszelkie owady, chrząszcze, żuczki, także larwy, mięczaki- właściwie
wszystko co się w trawie schowa. Niedawno dopiero się "rozgadał"- zaczął
mówić parę miesięcy temu, a mówi już bardzo dużo. Wczoraj na przykład
rozmawiał z... robaczkiem. Nie wiem co to było, bo znam z relacji taty.
Ale coś małego innego niż mrówka (bo te tatuś rozpoznaje;) ) niosło
większy od siebie kamyczek, a Kropeczek do niego: "Lobacek niesie
kamycek . Lobaaaacku, chodź!" No i już nie mówi "kahka" na każdego
ptaka. Zaczyna je nazywać właściwymi nazwami. Rozróżnia między innymi
gawrona, kruka, kawkę, kosy, kaczki krzyzówki, wróble i mazurki. Ach i
sikorki- te widujemy na żywo codziennie w okolicy, ale lubi też oglądać
zdjęcia ptaków i zna jeszcze kilka gatunków. Dziś sfotografowaliśmy
m.in. taką dziwną kaczkę:
No
a potem, już gdy byliśmy na lodach, zewsząd wyłaziły larwy biedronek.
Chodziły nawet po nas. I to nie tak, że akurat w takim miejscu
siedliśmy. Wczoraj na pikniku też po nas łaziły, choć to parę kilometrów
dalej. W parku też były . I u nas na balkonie. Wysyp normalnie- ku
uciesze maluchów;)
Miło
było, ale nie myślcie sobie, że róż dominuje w takiej wielkiej rodzinie
jak nasza. Przyszliśmy umęczeni. Szczypior z Zośką i Mirabelką poszli
do domu, ja z Kropeczkiem do piwnicy po sok, a Brunisław w tatą do
sklepu. No i wystarczyła chwila, by Szczypior z Zośką się poprztykali. Zośka otworzyła drzwi swoim kluczem, Szczypior wślizgnął się do domu
pierwszy i... zamknął drzwi na stary, nieużywany, zacinający się zamek.
Już wiecie co było dalej? Jasne, że się zacięło!. ja w nerwach,
Szczypior przestraszony, ruszyć pokrętła zasuwki nie może ani w jedną
ani w drugą stronę. Niedziela, padamy z gorąca, a tu taka niespodzianka.
Myślałam, że przyjdzie wyważać drzwi. Szczęśliwie Szczypior wykazał się
przytomnością umysłu. Kazałam mu śrubokrętem spróbować podważyć
zasuwkę. Nic tonie dało, więc łobuziak... odkręcił cały zamek, co
okazało się strzałem w dziesiątkę i mogliśmy wejść do domu. W drzwiach
pozostała jeszcze dziura po wyjętym zamku. Tutaj ja przejęłam pałeczkę.
Rozkręciłam zamek, ręcznie przesunęłam zasuwkę, skręciłam, przykręciłam
do drzwi i jest git. Mówcie mi MacGyver;) Kurtyna.
niedziela, 7 czerwca 2015
#30DaysWild - polska edycja - wyzwanie blogowe
Już po raz kolejny Nina z naszerodzinnepodroze.blogspot.co.uk zachęciła mnie do udziału w wariackim projekcie. Baba z piątką dzieci, w szóstej ciąży pomyślicie, a jeszcze się w coś pakuje? Ano pakuje się, bo to coś co nie wymaga żadnego wysiłku ani przygotowań, a jedynie opisać trzeba. Projekt zakłada zrobienie czegoś związanego z naturą, a przecież nie da się być poza nią, więc dla nas- codzienność. Każdy robi jak mu pasuje, jakie ma chęci czy możliwości, więc tym łatwiej. Wyzwanie oryginalnie organizuje The Wildlife Trust. Uczestnicy wyzwania mają cel: każdego dnia czerwca zrobić coś, co przybliży ich do przyrody.Szósty dzień z #30DaysWild Sobota
Podwórkowe zabawy ciągle żywe.
Wiele ostatnio słyszy się o tym, że dawne podwórkowe gry i zabawy odchodzą do lamusa. Że dzieci są przetrzymywane w domach, brak im luzu i swobodnej zabawy, a zamiast tego mają masę zorganizowanych zajęć dodatkowych, a rodzice jak z nimi wychodzą to w roli obstawy ;) Fakt, żyjemy szybciej, intensywniej, na ulicach więcej samochodów, bardziej widoczne są wszelkie patologie...
Ba, nawet prace doktorskie z dziedziny etnologii piszą ; książki piszą o powrocie do dziecięcej " natury", łażeniu po drzewach, graniu w piłkę i takich tam. Fakt, nie ma lekko, zwłaszcza jak się jest dzieckiem w mieście, gdzie ci, co zapomnieli, że dziećmi byli grodzą każdą wolną przestrzeń, zabraniają gry w piłkę wokół domu, wchodzenia na drzewa itd. Jednak warto takim postawom mówić nie i powalczyć o świat przyjazny dzieciom, gdzie będą mogły grać w klasy przed domem, odrapywać kolana na rowerach i ćwiczyć zwinność na drzewach.
Moje dzieci nie są musztrowane seriami porannych biegów po lesie ani też puszczane samopas z kluczem na szyi i chlebem z masłem i cukrem w rękach. Mają wszystkiego po trochu. Czytają książki, czasopisma, oglądają tv i grają w gry komputerowe i planszowe, wychodzą na dwór z rodzicami i same. Jeżdżą na rowerach, wspinają się na drzewa i organizują sobie czas samodzielnie. Wczoraj dla przykładu byliśmy m.in. na pikniku. Ja próbowałam leżeć, jednak ból pleców zmusił mnie do chodzenia, więc nazrywałam kwiatków i uplotłam Mirabelce wianuszek. A dzieciaki? Ganiały się w jakąś nieznaną mi z dzieciństwa odmianę berka, gdzie ileś tam razy się zamrażają - złapany stoi wtedy w rozkroku, a jak ktoś przejdzie mu pod nogami to automatycznie zostaje odmrożony i biega dalej. Grały trochę w piłkę, bawiły się w chowanego, jadły samodzielnie kupione w pobliskim sklepie lody i grały w Baba Jaga patrzy, rysowały znalezioną cegłą po chodniku i ogólnie świetnie się bawiły. Trwało to kilka godzin a ja z zainteresowaniem je obserwowałam. O ile w domu czasem lecą wióry i nie ma spokoju, o tyle tam, na dworze, dzieci wyjaśniały spory, pocieszały się, ustalały coś wspólnie i osiągały kompromisy. Nie nudziły się. Nie chciały iść do domu. Gdy ja wymiękłam, one jeszcze zostały. Fajnie było je widzieć obejmujące się podczas narady gdy Szalona Kucharka zadała kategorię. Nawet w takich konfiguracjach, jakie w domu się nie zdarzają. Zwłaszcza Brunisław " nie lubi miłości" ( czytaj: żadnych objęć, przytulasów ani, broń Boże!, całusów itp), a tam, w zabawie nie miał żadnych oporów by obejmować się z innymi w celu narady;)
Muszę je jeszcze podpytać o inne gry i zabawy jakie znają; tą Szaloną Kucharką zaskoczyli mnie zupełnie - nigdy wcześniej się z nią nie spotkałam. A co ciekawe nawet nie byli w stanie mi powiedzieć skąd to znają - a ja wiem, że to dzięki swobodnym zabawom na podwórku, z innymi dziećmi.
Podwórkowo pozdrawiamy:)
wtorek, 2 czerwca 2015
Pani doktor recepty pisze...
Mirabelka interesuje się pismem, tfu, wróć! Pisaniem. I literami.
Już od kilku miesięcy zauważam u mojej małej dziewczynki zainteresowanie literami. Na początku ignorowałam to bardzo. Zaczęło się chyba zimą, gdy duuużo chorowaliśmy i Mirabelka zwróciła uwagę na lekarza wypisującego receptę (umiała się już wtedy podpisać). W domu zaczęła "wypisywać" recepty, a wyglądało to tak:
Później zaczęła mnie wypytywać co jak się pisze. Na odczepnego pisałam jej różne nazwy i rysowałam co tam chciała. Używałam tylko drukowanych liter. Nazbierała sobie sroczka całe bloczki karteczek z różnymi podpisanymi rysunkami. Przepisywała te nazwy wielokrotnie bawiąc się w jakieś wyimaginowane zawody;)
Oto przykład takich świstków:
Bardzo dużo ostatnio też kolorowała, czym mnie zdziwiła, bo choć to moje czwarte dziecko, to pierwsze, które lubi kolorować- wprawiła się bardzo, nie wychodzi za linię, koloruje starannie. Potem zaczęła prosić o moje kolorowanki- tzn. ona zamawia temat, ja rysuję, ona to koloruje. No a ostatnio namiętnie rysuje samodzielnie, na ogół, choć nie zawsze, potem swoje prace koloruje.
Niedawno zaczęła rozpoznawać (a przynajmniej mi o tym mówić) litery na znakach drogowych, afiszach itp. Idąc za ciosem podsunęłam jej książeczki Cieszyńskiej z serii Kocham czytać, ale wydały jej się chyba nudne jak flaki z olejem bo zupełnie je zignorowała po jednym zajrzeniu;) Cóż, żadne z moich dzieci nie było uczone czytania, a u wszystkich podobnie to przebiegało, więc kto wie, może wkrótce to Mirabelka zacznie sama z siebie czytać wszystko co po drodze na spacerze dostrzeże? A niedługo może poczyta Kropeczkowi:)? Niech się dzieje co ma być, ja już nie próbuję się wtrącać, bo wtedy wychodzi u nas najlepiej:)
Póki co dostałam od niej... kartkę:)
Dobrze, że nie szła drogą pocztową, bo adres trochę odbiega od rzeczywistości i szkoda byłoby takiej pięknej niespodzianki w czeluściach niedoręczonej korespondencji;)
Oto przykład takich świstków:
Bardzo dużo ostatnio też kolorowała, czym mnie zdziwiła, bo choć to moje czwarte dziecko, to pierwsze, które lubi kolorować- wprawiła się bardzo, nie wychodzi za linię, koloruje starannie. Potem zaczęła prosić o moje kolorowanki- tzn. ona zamawia temat, ja rysuję, ona to koloruje. No a ostatnio namiętnie rysuje samodzielnie, na ogół, choć nie zawsze, potem swoje prace koloruje.
Niedawno zaczęła rozpoznawać (a przynajmniej mi o tym mówić) litery na znakach drogowych, afiszach itp. Idąc za ciosem podsunęłam jej książeczki Cieszyńskiej z serii Kocham czytać, ale wydały jej się chyba nudne jak flaki z olejem bo zupełnie je zignorowała po jednym zajrzeniu;) Cóż, żadne z moich dzieci nie było uczone czytania, a u wszystkich podobnie to przebiegało, więc kto wie, może wkrótce to Mirabelka zacznie sama z siebie czytać wszystko co po drodze na spacerze dostrzeże? A niedługo może poczyta Kropeczkowi:)? Niech się dzieje co ma być, ja już nie próbuję się wtrącać, bo wtedy wychodzi u nas najlepiej:)
Póki co dostałam od niej... kartkę:)
Dobrze, że nie szła drogą pocztową, bo adres trochę odbiega od rzeczywistości i szkoda byłoby takiej pięknej niespodzianki w czeluściach niedoręczonej korespondencji;)
poniedziałek, 25 maja 2015
Dziecko na Warsztat II . Maj. Kuchnia europejska.
Od razu, żeby nikomu nie mydlić oczu, wyznam szczerze, że mistrzem kuchni nie byłam nigdy, a z czasem wręcz narastała we mnie niechęć do stania przy garach. Zdarzało mi się lubić kuchnię w zamierzchłych czasach studiów, kiedy to miałam świetnie gotującego kolegę Ingusza, przez niego poznałam innych świetnie gotujących ludzi m.in. z Czeczenii czy Uzbekistanu. Czasem gotowaliśmy razem, choć przyznać muszę, że już wtedy najmilsze mi było... degustowanie;) A gdy założyłam rodzinę to mój stosunek do gotowania zmieniał się wraz ze wzrostem liczby dzieci i jakby zmniejszaniem się maleńkiej zagraconej coraz bardziej kuchni. Czasami starszaki robią coś samodzielnie, albo ja robię coś z młodszymi, ale to rzadkość. Na ogół staram się zrobić coś w magicznym "międzyczasie". Też tak macie? Noszę się z zamiarem zmiany tego aspektu naszego życia, ale nie zakładam, że będzie lekko...
Pamiętacie film "Julie and Julia" z genialną Meryl Streep jako Julią Child? Myślałam o czymś podobnym ( z pominięciem jakichś golonek czy czernin:P ), ale według "Kuchni europejskiej" Hanny Szymanderskiej; niestety nie udało mi się nigdzie pożyczyć tej książki, a trwam w silnym postanowieniu, by ograniczyć zakup bibuły;) Za to dzieciaki pooglądały sobie to co mamy pod ręką, czyli "Skąd się biorą dziury w serze?", "Wielka księga o jedzeniu" czy " Zjedz to sam". Chłopcy uwielbiają zabawy m.in. z barwnikami;) Ponadto dzieciaki przypomniały sobie o kurzącej się Cecylce Knedelek i Lamelii Szczęśliwej, z którymi dawniej zdarzało im się coś kucharzyć. Kropeczek z Mirabelką bawią się też na codzień takimi fajnymi pluszowymi warzywami i owocami, które są u nas od lat. Dzieci dziedziczą je po sobie, pierzemy w pralce, są trwałe i fajne. Szwedzkiej wszystkim znanej firmy;) Dzięki temu Kropeczek wszystkie ładnie rozpoznaje od dawna, a od niedawna również nazywa.
Ostatecznie, z powyższych przyczyn, a także wieeeelu innych ważnych rzeczy, które w tym czasie przyszło nam ogarnąć, nie zgłębiliśmy kuchni europejskiej, ale skupiliśmy się na tym co nasza rodzina lubi najbardziej. Robiliśmy pierogi, ciasto z moim ukochanym rabarbarem, a dzieci z babcią zrobiły nasze rodzinne bułeczki jagodzianki z jagód zebranych przez babcię- naszego Włóczykija, a według receptury prababci Stasi. Ona umie wieeele. Łączy niemal bajkowe czasy chleba z pieców chlebowych i gotowania mydła ze współczesnymi zakupami w supermarketach. I dziś zdradzimy Wam recepturę na :
Jagodzianki babci Stasi

Składniki:
- jagody
- cukier do jagód ( ile lubimy)
-10 dag drożdży
- 1 łyżka cukru
- 1 łyżka mąki
- odrobina lekko podgrzanego mleka...
- jagody
- cukier do jagód ( ile lubimy)
-10 dag drożdży
- 1 łyżka cukru
- 1 łyżka mąki
- odrobina lekko podgrzanego mleka...
- 1 kg mąki
- 3 całe jajka + białko do posmarowania gotowych bułeczek
-1 szkl cukru
- mleko ( dolewamy "na oko")
- 2 łyżki oleju
- 3/4 kostki tłuszczu ( babcia używa margaryny)
- sól do smaku
- mak do posypania bułeczek
- (opcjonalnie) rodzynki
Jagody mieszamy z cukrem. Twaróg mieszamy z cukrem i jajkiem. Przygotowujemy takie nadzienia jakie lubimy. Drożdze rozpuszczamy w mleku z dodatkiem łyżki cukru i łyżki mąki. Odstawiamy i bierzemy się za ciasto. Mąkę przesiewamy. Dodajemy olej i mleko z rozpuszczoną w nim margaryną. Mieszamy. Następnie dodajemy rozkłócone i wymieszane z cukrem jajka. Ponownie mieszamy. Na końcu dodajemy drożdże. Porządnie wyrabiamy ciasto i zostawiamy do wyrośnięcia. Bułeczki formujemy wkładając do środka nadzienie. Gdy lekko wyrosną smarujemy białkiem i posypujemy makiem. Pieczemy w temp. 200 st C aż się zezłocą ( ok. 15- 20 minut). Ilość składników można podwoić, zwłaszcza jeśli ma się dużą i żarłoczną rodzinę;)
Smacznego!
- 3 całe jajka + białko do posmarowania gotowych bułeczek
-1 szkl cukru
- mleko ( dolewamy "na oko")
- 2 łyżki oleju
- 3/4 kostki tłuszczu ( babcia używa margaryny)
- sól do smaku
- mak do posypania bułeczek
- (opcjonalnie) rodzynki
Jagody mieszamy z cukrem. Twaróg mieszamy z cukrem i jajkiem. Przygotowujemy takie nadzienia jakie lubimy. Drożdze rozpuszczamy w mleku z dodatkiem łyżki cukru i łyżki mąki. Odstawiamy i bierzemy się za ciasto. Mąkę przesiewamy. Dodajemy olej i mleko z rozpuszczoną w nim margaryną. Mieszamy. Następnie dodajemy rozkłócone i wymieszane z cukrem jajka. Ponownie mieszamy. Na końcu dodajemy drożdże. Porządnie wyrabiamy ciasto i zostawiamy do wyrośnięcia. Bułeczki formujemy wkładając do środka nadzienie. Gdy lekko wyrosną smarujemy białkiem i posypujemy makiem. Pieczemy w temp. 200 st C aż się zezłocą ( ok. 15- 20 minut). Ilość składników można podwoić, zwłaszcza jeśli ma się dużą i żarłoczną rodzinę;)
Smacznego!
Zapraszam do obejrzenia warsztatów przeprowadzonych przez moje o niebo lepiej zorganizowane koleżanki:) :
piątek, 15 maja 2015
Warszawskie Targi Książki
Warszawskie Targi Książki
Spotkanie autorskie z Zofią Stanecką i Marianną Oklejak.
Basia :)
15 maja 2015
Zabrałam dziś Mirabelkę na babski wypad do stolicy. Taki tylko nasz. To wielkie święto. Babcia została z resztą ferajny, chłopaki mieli w planach piracki wieczór w bibliotece, Kropeczek lepił z babcią pierogi, Zośka myślała o odwiedzeniu koleżanki, a my wybrałyśmy się na targi książki. A konkretnie pojechałyśmy tam wiedzione wielką miłością Mirabelki do Basi. Basi raczej nie trzeba przedstawiać, ale gdyby znalazł się ktokolwiek kto jej nie kojarzy to powiem tyle, że Basia to bardzo lubiana bohaterka literatury dziecięcej. Ma pięć lat, przeżywa radości i smutki typowe dla swego wieku. Przy tym ma dwóch braci i całkiem fajnych rodziców.
A spotkanie? Hm, byłam na takim spotkaniu autorskim dla dzieci po raz pierwszy, więc nie mam porównania, ale z opowieści znajomych wiem, że to wyróżniało się bardzo. Autorki bowiem przygotowały się solidnie. Jeśli ktoś myśli, że siedziały i opowiadały, tudzież czytały fragmenty książki to się bardzo myli. Przed dziećmi pojawiła się mała scenografia przedstawiająca las, po czym pojawiły się świetne w swej prostocie tekturowe postaci Basi i jej taty. Wszystko przygotowane przez Mariannę Oklejak, która jest ilustratorką "Basi". Ona też odgrywała rolę taty. Basia natomiast przemówiła głosem pani Zosi Staneckiej. Moja mała, nieśmiała Mirabelka, która na początku siedziała skrępowana i nie podnosiła rączek gdy padały pytania, na które mogłaby odpowiedzieć twierdząco; która przytulała się do mnie gdy inne dzieci wchodziły na podest i mówiły do mikrofonu... powoli się otwierała. Widziałam jak ta mała dziewczynka powoli się rozluźnia. Jak uśmiecha się pod nosem, by po chwili zaśmiewać się w głos gdy Basi tata po raz trzeci wracał do domu po zapomniane rzeczy. Jak śmieje się gdy Marianna z poświęceniem pokazuje trudną sztukę wyrzucenia tylnych łap przed przednie demonstrując technikę jaką skaczą zające. Jak szybko określa co z rzeczy pokazanych na planszy przyda się na biwaku a co nie. Jak podchodzi do autorek po autograf, mówi jak się nazywa albo co chciałaby mieć narysowane na pamiątkę. I wreszcie jak żegna się i z satysfakcją opuszcza salę z własnoręcznie pomalowanym podgrzybkiem z rurki. Wspaniale było zobaczyć ją taką radosną, szczęśliwą i dumną z tego co udało jej się zrobić. To był wyjątkowy dzień który zakończył się dluuugą lekturą przywiezionych książek :)
Pow.: Mirabelka powoli się rozkręciła aż w końcu zaśmiewała się z wpadek Basiowego taty;)
Pow.: Rozmowa o zwierzętach jakie można spotkać w lesie, albo... na ulicach Ochoty, jeśli wierzyć Mariannie:) oraz o zwierzęcych tropach
Pow.: Demonstracja techniki zajęczych skoków. Niełatwe zadanie, a dla mnie mnie, mającej jakiś metr w pasie, wręcz niewykonalne ;)

A spotkanie? Hm, byłam na takim spotkaniu autorskim dla dzieci po raz pierwszy, więc nie mam porównania, ale z opowieści znajomych wiem, że to wyróżniało się bardzo. Autorki bowiem przygotowały się solidnie. Jeśli ktoś myśli, że siedziały i opowiadały, tudzież czytały fragmenty książki to się bardzo myli. Przed dziećmi pojawiła się mała scenografia przedstawiająca las, po czym pojawiły się świetne w swej prostocie tekturowe postaci Basi i jej taty. Wszystko przygotowane przez Mariannę Oklejak, która jest ilustratorką "Basi". Ona też odgrywała rolę taty. Basia natomiast przemówiła głosem pani Zosi Staneckiej. Moja mała, nieśmiała Mirabelka, która na początku siedziała skrępowana i nie podnosiła rączek gdy padały pytania, na które mogłaby odpowiedzieć twierdząco; która przytulała się do mnie gdy inne dzieci wchodziły na podest i mówiły do mikrofonu... powoli się otwierała. Widziałam jak ta mała dziewczynka powoli się rozluźnia. Jak uśmiecha się pod nosem, by po chwili zaśmiewać się w głos gdy Basi tata po raz trzeci wracał do domu po zapomniane rzeczy. Jak śmieje się gdy Marianna z poświęceniem pokazuje trudną sztukę wyrzucenia tylnych łap przed przednie demonstrując technikę jaką skaczą zające. Jak szybko określa co z rzeczy pokazanych na planszy przyda się na biwaku a co nie. Jak podchodzi do autorek po autograf, mówi jak się nazywa albo co chciałaby mieć narysowane na pamiątkę. I wreszcie jak żegna się i z satysfakcją opuszcza salę z własnoręcznie pomalowanym podgrzybkiem z rurki. Wspaniale było zobaczyć ją taką radosną, szczęśliwą i dumną z tego co udało jej się zrobić. To był wyjątkowy dzień który zakończył się dluuugą lekturą przywiezionych książek :)
Pow.: Basia pakuje się, a dzieci mają jej pomóc wybrać tylko to co może się przydać na biwaku
Pow.: Tata Basi trzy razy wracał do domu po zapomniane rzeczy - choćby po śledzie do namiotu;)Pow.: Mirabelka powoli się rozkręciła aż w końcu zaśmiewała się z wpadek Basiowego taty;)
Pow.: Rozmowa o zwierzętach jakie można spotkać w lesie, albo... na ulicach Ochoty, jeśli wierzyć Mariannie:) oraz o zwierzęcych tropach
Pow.: Demonstracja techniki zajęczych skoków. Niełatwe zadanie, a dla mnie mnie, mającej jakiś metr w pasie, wręcz niewykonalne ;)

Pow.: Dzieci pomalowały nóżki grzybów, a potem umieściły na nich wycięte z kolorowego papieru kapelusze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































