sobota, 8 sierpnia 2015

Feromony

Nieudany eksperyment

Kilka dni temu wybraliśmy się na spacer po lesie. Było gorąco i słonecznie; rozbrzęczany owadami i rozedrgany upałem las dawał upragniony cień,  a rozgrzane sosny cudownie pachniały. 





Kropek z Mirabelką co i rusz przykucali przy żukach gnojowych - żywych i martwych, Brunisław dzierżył kij i mlaskając pożerał przydrożne maliny ( bosko pachnące i smakujące!), Szczypior z Zośką śmigali rowerami,  a Pospieszałek spał sobie w najlepsze.  Udało nam się nie złapać gumy- ani w wózku ani w rowerach, choć mijaliśmy ze dwa śmietniska, a na drodze było pełno potłuczonego szkła ( nigdy chyba nie zrozumiem ludzi wywożących śmieci do lasu...).  Minęliśmy wiele mrowisk,  niektóre naprawdę duże,  a ruch wokół nich tak duży, że nie odważyłam się podejść bliżej niż pięć metrów i zmykaliśmy tupiąc szaleńczo.  Podziwiam myrmekologów i wszystkich filmowców robiących dokumentalne filmy przyrodnicze - jak oni sobie radzą??? Z mrówkami wiąże się temat tego postu- nieudany eksperyment. Postanowiliśmy sprawdzić czy położona na mrowisku chusteczka przejdzie zapachem feromonów.  Pamiętałam taki eksperyment chyba z dzieciństwa.  Pamiętałam, że chusteczka pachniała, że zapach był rześki,  ale nie potrafiłam przywołać go w pamięci. Dawniej ludzie używali takich nasączonych kwasem mrówkowym chusteczek do inhalacji,  przy nieżytach górnych dróg oddechowych ; trzeba było tylko bardzo uważać, by nie przesadzić i kwasem nie poparzyć sobie nosa czy gardła...  Położyłam chusteczkę na mniejszym z mrowisk i poszliśmy w las. Po spacerze szybko zabrałam chusteczkę i otrzepałam z mrówek i igliwia ( mrówki zaczęły już ją " zabudowywać" od góry wkomponowując ją w mrowisko).  




I nic! Zero! Absolutnie nawet najmniejszego zapaszku!  Czy dlatego, że nie docisnęłam chusteczki do mrowiska? Czy dlatego,  że nie wiosną? Tak czy siak będziemy ponawiać próby.  Jak coś zaobserwujemy lub czegoś się dowiemy to zaktualizujemy post. A co do doznań węchowych,  to choć kwas mrówkowy nie był nam dany tego dnia, to za to las cudownie pachniał igliwiem, a niedługo po tym spacerze maluchy przyjrzały się z bliska żywicy sosnowej.  Pachniała cudownie i miała idealną gęstość - nie była całkiem świeża- trochę już podeschła, ale nadal się ciągnęła. Miała ładny bursztynowy kolor i lekko lepiła się do palców.  Wycieraliśmy je o korę, trawę i, choć zrobiliśmy to starannie, żywiczna woń utrzymywała się na skórze jeszcze dluuugo.  Szczypior miał plan zarobić na niej, ale porzucił go jak tylko dowiedział się, że do produkcji kleju trzeba by żywicy duuużo więcej i że już nie używa się naturalnych żywic w produkcji przemysłowej;)



Post powstał z inspiracji projektem Mały Przyrodnik


wtorek, 4 sierpnia 2015

Mysz

Mysia dola

Już jakiś czas temu, na krótko przed niespodzianymi i dosyć wczesnymi narodzinami małego Pospieszalskiego, w pewien dżdżysty poranek Ojciec Polak wychodząc do pracy natknął się na mysie truchełko przy furtce.  Nienawykły do takich widoków, zafrasował się,  dźgnął lekko czubkiem parasola i stwierdziwszy, że oznak życia z pewnością brak w gryzoniu, w pośpiechu oddalił się dzwoniąc do Matki Polki,  by dowiedziała się o odkryciu jeszcze przed ciekawskimi dziećmi.  Matka wyszła,  obejrzała, podumała,  a potem zatarła ślady, fotograficznie zabezpieczając dowody. Rana była z jednej strony szyjki,  podejrzanym w sprawie została Kicia- która nie zna granic posiadłości i bezwstydnie łazi do kogo chce naigrywając się zza płotu naszego podwórka ze swojego współlokatora - owczarka, z którym raz się czubi, raz się lubi. 
A sama myszka? Hm, Matka Polka specjalnie się nad tym nie głowiła; działała w pośpiechu,  bo w kuchni Kropek już oddawał się przyjemności zgłębiania tajemnic lodówki i w każdej chwili mógł przyjść. Dość powiedzieć, że popełnione zostały haniebne zaniedbania,  materiał dowodowy jest tak ubogi, że trudno określić tożsamość martwego gryzonia. Być może to mysz polna? 
Przeanalizujmy jednak dostępne fakty, w czym pomoże wiedza źródłowa. Matka Polka to wielki laik w temacie myszy. Ojciec Polak jeszcze większy.  Ot, mysz, jakich wiele. Bohaterka filmów ( uwielbiana przez rodzinę komedia pt. "Mysz"), książek ( a choćby " Mysi Domek"), wierszy, poematów, legend,  popkultury itp. itd. ( Krasickiego "Myszy", "Myszeida ", legenda o Królu Popiele,  czy choćby Myszka Mickey, albo gra " Magia i Myszy"oraz wiele, wiele innych ).  Zwykła, mała,  nierzucająca się w oczy, anonimowa. A tu odkrycie! To prawdopodobnie nie jest mysz domowa! Albo i jest! Oko laika zauważa rudawe futerko i na tej podstawie coś każe szperać głębiej ( o! Jest podejrzany! Właśnie jękliwie miauczy niecnota pod oknem; szlaja się znowu nicpoń po nocy...).  Po zebraniu informacji o myszach tak rysują się fakty: gatunków jest na tyle dużo, by wprawić laika w konsternację. Bo niby różnią się długością czy białością łapek, albo wcięciami na ząbkach, ale jak do jasnej Anielki to ustalić na podstawie czegoś takiego???



Dość powiedzieć, że w Polsce dobrze się ma kilka gatunków myszy, choćby domowa, polna, leśna czy badylarka, które różnią się głównie trybem życia, bo z wyglądu są do siebie raczej podobne, a różnice polegające na innej wielkości łapek czy uszu są dla takiego amatora jak Matka Polka bez znaczenia; jeśli nie ma człek przed sobą po myszy z każdego gatunku dla porównania, a nie przyjrzał się dobrze truchełku i polega na jednym nędznym zdjęciu, no to czego tu oczekiwać? Dzieci też specami nie są,  ot, że to mysz jest to rozpoznały... Ale jaka? Sprawa czeka w Archiwum Spraw Niezbadanych- może znajdzie się ktoś kto ustali gatunek i podzieli się swą wiedzą w komentarzach? 
Pozdrawiamy serdecznie,
Matkopolkowo:)



sobota, 25 lipca 2015

Tarantul Jan i pajęczy zawał serca

Tarantul Jan i pajęczy zawał serca


Uwaga! Uwaga! Właśnie popełnię coming out... Jestem ignorantką, która do dziś bezmyślnie, bezrefleksyjnie nazywała kosarze pająkami, podczas gdy nimi nie są! No i niby widać różnice gołym okiem, ale co z tego? Owszem, kosarze są pajęczakami, tak jak pająki, ale stanowią całkowicie odrębny, równorzędny pająkom, rząd pajęczaków. Nie mają wielu par oczu, tylko jedną, ciało w zasadzie dwuczłonowe, ale ukryte pod okrąglutkim jednoczłonowym pancerzykiem chitynowym, nie mają kądziołków przędnych, no i nie mają gruczołów jadowych! A co w takim razie sprawiło, że moje dzieci przybiegły z Brunisławem wołającym: " Mamo! Mamo! Patrz jakiego mam fajnego pająka! Nazywa się Tarantul Jan i jestem jego tatusiem!"? Dlaczego wszystkie mówiły o pająkach i dlaczego ja powiedziałam: " Synku wypuść to biedne zwierzę zanim dostanie pajęczego zawału serca"? ( Zośka w tym miejscu z pobłażliwością zaśmiała się na myśl o pajęczym sercu, co poniosło nas dalej, ale o tym za chwilę). Ano może dlatego tak łatwo przychodzi nam nazywanie ich pająkami, że kosarze mają nogogłaszczki i szczękoczułki i cztery pary nóg? Może to właśnie sprawia, że ludzie biorą je za pająki? Co ciekawe jest ich około sześć tysięcy gatunków,  z czego w Polsce jakieś trzydzieści,  ale bez wnikliwych badań są nie do odróżnienia! Interesująco się rozmnażają,  bo samce mają prawdziwe prącie! Samiczka składa jajeczka w szczelinach,  zakamarkach,  w ziemi i  zanim kosarz osiągnie postać imago, przechodzi linienia i w miarę wzrostu wydłużają mu się nogi. Żyje około roku, jest bardzo powszechny i zupełnie niegroźny. Żywi się wszystkim,  nawet padliną, ale w jego menu znajdują się też mszyce,  co na dobre wyjdzie roślinom działkowym,  a nawet sokami roślinnymi! No i jest nazywany zegarmistrzem ( u nas na podwórku gdy byłam dzieckiem nazywało się go raczej zegarkiem obserwując ruszającą się długą oderwaną nogę umieszczoną na nadgarstku, by "tykała"... :/ ). Pewnie bywa tak zwany ze względu na długie jak wskazówki nogi, które potrafi w razie zagrożenia odrzucać ( tak jak jaszczurka ogon itp- takie zjawisko nazywa się autonomią). Interesujący jest również ich narząd zmysłu pomagający znaleźć coś do zjedzenia. Tym narządem są... odnóża- druga para, dłuższa od pozostałych. Tej pary nie może odrzucić, bo wtedy miałby poważne problemy. To może teraz o tym "naszym" kosarzu. Nie miał nic wspólnego z korsarzami;) A tak na poważniej to był to jakiś młody osobnik, Szczypior nazwał go Tarantul Janem, Brunisław adoptował i uparcie nosił w rękach.  Potem " schował " go pod plastikowym wiaderkiem i albo kosarz nie zniósł tego mieszkania, albo noszenia na rękach ( i przytrzymywania za odnóża...), bo ku smutkowi Brunisława zasnął wiecznym snem. Brunisławowi, mam wrażenie, nawet było trochę przykro i mam nadzieję, że wyniósł porządną lekcję z tego zdarzenia; mam nadzieję, że już nie będzie się bawił zwierzętami. 
A wracając do Zośki nabijającej się z matki mówiącej o pajęczym sercu, to wyszukałam w internecie schemat budowy wewnętrznej pajęczaków i ku wielkiemu zdziwieniu okazało się, że serce jest! Ba! I mózg jest! I żołądek jest! A tak w ogóle to zachęcam do samodzielnej eksploracji ścian, traw, piwnic. Kosarze są tak łagodnymi zwierzętami, tak niegroźnymi, że warto z nimi zaznajomić nawet maluchy. Ja swoim dzieciom przygotowałam rysunek przedstawiający pająka i jego najważniejsze organy- dla młodszych z podpisami, dla piśmiennych- bez. Niech sami podpiszą. A jak zechcą to jeszcze pociągniemy temat o robienie pajęczaków. Choć czy to się uda? Dziś przed snem Brunisław zapytał niezobowiązująco: "-Mamooo? A czy chciałabyś zejść do wnętrza wulkanu?" No i zaczęła się jazda z wulkanami aż padł owinięty na podłodze w kołdrę, gapiąc się w sufit i mamrocząc coś o wulkanach. Obiecałam, że jutro dam mu poszperać w internecie za czymś w tym temacie.

Bliskie spotkania z kosarzami wpisują się w projekt Mały Przyrodnik, do którego poznania, polubienia, a być może i dołączenia niestrudzenie zachęcam. 

poniedziałek, 20 lipca 2015

Życie, życie, życie jest piękne!

Życie jest piękne,  mimo wszystkich trudnych i złych chwil...

Wczorajszej nocy była burza. Nie jakaś byle burza, ale potężna burza z bliskimi błyskawicami i huczącymi grzmotami ; ze ścianą deszczu za oknem i groźnym szumem starych, ogromnych drzew... Uspokoiło się,  a wraz z aurą uspokoiły się dzieci i spokojnie zasnęły.  Za to jeszcze przed ptasią pobudką przyszło jeszcze mocniejsze przeżycie.  Odeszły mi wody! Ciąża donoszona, ale termin był na za dwa tygodnie, a biorąc pod uwagę długość poprzednich, to powinny być w sumie jeszcze trzy! Ale nic to. Pierwszy raz w życiu jechałam jak księżniczka na ziarnku grochu karetką. Wtedy jeszcze martwiłam się- jak to ja. Szczęśliwie krótko po dziesiątej,  w ekspresowym tempie urodził się kolejny egzemplarz Ojca Polaka. Doprawdy, że też wszystkie dzieci są tak bardzo do niego podobne! Niewiarygodne! Same się mylą na zdjęciach ;)



Tak oto jestem na urlopie, a Ojciec Polak zacieśnia więzy z pozostałym w domu potomstwem. 
Dziś na leśnym placu zabaw Kropeczek miał nie lada przygodę! Ojciec Polak też - opowiadał mi to z takim podekscytowaniem w głosie...!  Na placu spotkali bardzo ciekawską, figlarną i oswojoną wiewiorkę. Siedziała nisko na drzewie i obserwowali się nawzajem - wiewiórka miała błysk zainteresowania w oku, a mój przychówek miał...  rozdziawione buzie. Szczypior zaczął ją wabić na... szyszkę;) A wiewióra podeszła do niego, obwąchała mu nogę, po czym... wbiegła na stojącego obok Kropka:) Wspięła się na niego i z jego ramienia czmychnęła w drzewa. Wszystko trwało chwilkę ledwie, ale podobno Kropeczek był nieźle rozbawiony :) 
Ten dzień zaczął się naprawdę dobrze:)
Ja wydałam na świat nowego człowieka,  a dzieciaki dosłownie poczuły wiewiórkę na własnej skórze.  
Myślę,  że post wpisuje się w ideę Małego Przyrodnika , do którego to projektu w każdej chwili zapraszam:)


środa, 15 lipca 2015

Lipa

Wszystko zaczęło się od
lipy

Przeprowadzka miała się ku końcowi.  Byłam w drodze do elektrowni załatwić jakieś ostatnie sprawy, gdy zauważyłam, że chodnik pod lipą jest ciemny w miejscu gdzie nie mogło być wtedy cienia. W dodatku gdy podeszłam bliżej zobaczyłam, że chodnik błyszczy. A gdy przeszłam tamtędy...  buty mi się przykleiły;) Liście też się kleiły i błyszczały. Opowiedziałam dzieciakom o roślinach miododajnych i o lepkich skokach jakie niektóre drzewa teraz wydzielają, np. lipa czy klon ( daleko dzieciakom do posiadania prawa jazdy, nie wspominając już o samochodzie ;), ale mam nadzieje, że zapamiętają, iż pozostawienie samochodu pod takim drzewem, zwłaszcza przez całą noc, skutkuje duuużym problemem z doczyszczeniem auta) . A potem, już po przeprowadzce, w naszej nowej " matkopolkowej" wsi nazrywaliśmy liści różnych drzew ( tylko takie ładne, nisko rosnące - matka choć najwyższa to nadal z metra cięta;), no i w niewielkim rozmiarze). Co dziwne, mimo, że niektóre drzewa aż ociekają lepkością, to... wcale nie pachną! Gdzie te aromatyczne lipy, ja się pytam? Ani w poprzednim miejscu zamieszkania ani tutaj na żadną pachnącą nie trafiliśmy, no, ale nie wszystkie gatunki lip w tym samym czasie stają się miododajne i pachnące, więc miejmy nadzieję, że nie wszystko stracone. Za to porównaliśmy faktury liści różnych gatunków drzew , grubość.  Odciskaliśmy spodnią stroną, bo tam są wypukłe żyłki)
 Rano wyciągnęłam... 10 kilo gliny i po powrocie z "liściobrania" zrobliliśmy "zdjęcia" jak je nazwała Mirabelka, czyli małe okrągłe obrazki na ścianę z odbitymi liśćmi niektórych drzew. Między innymi z lipą. Brunisław zrobił tylko jeden, ale do tego ulepił przepiękne... ciastko:) A Szczypior podszedł ambitnie. Chciał koniecznie zrobić kubek. Pokazałam mu metodę wałeczkową, ale zabrakło mu wprawy i cierpliwości. O ile na niektórych glina działa terapeutycznie, wyciszająco, o tyle Szczypior sfrustrował się i w furii zgniótł wszystko. Później pokazałam mu jak prymitywy robiły naczynia, ale słusznie, nota bene, stwierdził, że to wygląda jak miska, a nie jak kubek, po czym rzucił wszystko i zeżarł tabliczkę czekolady... A my z Mirabelką zrobiłyśmy jeszcze kulki na korale. Ach, zapomniałabym, Brunisław robił pierścionki ( wyćwiczył się w masie o nazwie Paulinda). Ciekawe czy to wszystko ładnie się wysuszy i nie popęka? Póki co dorzucam zdjęcia dzisiejszej pracy. Jak uda się wszystko wysuszyć, nie zniszczyć i być może ozdobić przed moim porodem, to zaktualizujemy post:











Ps. Wpis powstał w ramach projektu Mały Przyrodnik, a z inspiracji jego pomysłodawczyni i spiritus movens Kreatywnym Okiem- Ilony Popławskiej. Każdy i w każdej chwili może dołączyć.




niedziela, 12 lipca 2015

Szczypior oszalał...?

Szczypior znów daje sobą rządzić...

A komu? Raczej czemu- książkom!  Myślałam,  że po akcji czytania z latarką pod kołdrą, podczas brania prysznica z książką postawioną obok czy zabieraniem lektury na rodzinny spacer, mój syn w końcu zapanował nad książkami.  Uwierzyłam głupia, bo nawet książki o Minecrafcie nim nie władały - o ja naiwna! Przecie to czytała co się przez nie dosłownie przelatuje migusiem! A tu masz babo placek! W telewizji puścili Lemony Snicketa. Już kiedyś oglądaliśmy.  Podobał się,  a tym razem gdzieś tam dzieciaki były,  do tego pakowania było mnóstwo, bo przeprowadzka,  no i jakoś przegapiliśmy.  Szczypior jęczał rozczarowany i zły to mu ściągnęłam na telefon.  Przeczytał, tfu, wróć!,  połknął w try miga chcąc więcej.  Jeszcze dwa tomy przeczytał w ten sposób.  Wczoraj wypożyczyłam mu kolejne,  papierowe, z biblioteki.  A dziś byliśmy na oficjalnym otwarciu jej nowej siedziby i on już te dwa tomy miał przeczytane, oddał i przytargaliśmy pięć kolejnych! Czytał chyba nawet siedząc na szopie ;) Na placu zabaw chwilę się pobawił zanim sięgnął po książkę,  a przed wieczorem " wciągnął" kolejny tom, zapowiadając,  że jutro idzie oddać... Jak cudownie być dzieckiem, mieć mało obowiązków a dużo czasu i coś co kochamy pod ręką!  Chwilo trwaj:)!

czwartek, 9 lipca 2015

Matkopolkowo

Dom

Stało się coś czego nie podejrzewałam w najśmielszych snach. Porzuciliśmy, zdawałoby się,  wygodne mieszkanie w wygodnym mieście blisko stolicy.  8 lipca 2015. Ta data to dzień naszego ostatecznego pożegnania z dusznym i rozgrzanym słońcem blokiem. Teraz mieszkamy otoczeni zielenią lasów,  rezerwatów,  bujną dzikością zapuszczonego ogrodu i przyjemnym orzeźwieniem jakie niesie przyroda.  Choć to nadal Mazowsze, to jakże różne od mojego stereotypowego wyobrażenia płaskiego i suchego terenu. Nie, żeby tu od razu była kraina jezior;)... Rzeka jednak jest.  Teren urozmaicony- polodowcowy,  miejscowość mała,  otoczona naturą - przypomina to warmiński krajobraz, w którym wyrośliśmy.  Życie zdaje się płynąć jakby wolniej. Zobaczymy co czas pokaże,  jak będzie się tu żyło jesienią,  zimą czy wiosną, ale póki co bardzo mi się podoba i nie mam żadnego sentymentu do poprzedniego domu. Dzieci zadowolone,  łażą po drzewach, przesiadują na dachu szopy i plują pestkami pysznych, zerwanych z olbrzymiego drzewa czereśni...  Drą się nadal, chaos ciągle obecny, nadal pełno nierozpakowanych worków z ubraniami i kilkadziesiąt kartonów z książkami.  Ale będziemy z Mał działać. Systematycznie i powoli urządzimy się. I głęboko wierzę w to, że będziemy w tym domu szczęśliwi.  Ma wspaniałą atmosferę. No i ta dzika zieleń... :) 




wtorek, 30 czerwca 2015

Trzydziesty dzień z #30DaysWild Wtorek

Pigwa 

Lubicie pigwę? Ja uwielbiam. W różnych postaciach. Najbardziej lubiana i często wykorzystywana w naszej rodzinie jest pigwa pod postacią pysznego soku. Jesienią i zimą wypijamy jej hektolitry ( dzięki Mamo! Stokrotne dzięki!).  Nie ma to jak przyjść zziębniętym do ciepłego, miło pachnącego domu; za oknem szaro, a tu wesoło świeci światło a na ogniu już wrze woda na herbatę z pigwą:) U nas najchętniej pija się taki klarowny sok, ale wytłoczków się nie wyrzuca, ooo, co to to nie! Nic się nie marnuje! Wytłoczki są świetnym dodatkiem do wszelkich drożdżowych wypieków, natomiast co niektórzy w naszym domu lubią chłodnym wieczorami wzmocnić się kieliszeczkiem pigwówki ;) Nie wyobrażam sobie świata bez pigwy,  a zimą nie wydam złotówki na te woskowane,  przez pół świata do nas ciągnięte cytryny! 
Zobaczcie, już na krzakach pojawiły się owoce:)



Ps. Dziś ostatni dzień zabawy w ramach projektu #30DaysWild , ale nie koniec kontaktu z przyrodą ;) Tak jak pisałam w pierwszym poście - natura otacza nas zewsząd i obcowanie z nią nie jest dla nas niczym nadzwyczajnym , nawet gdy siedzimy w domu z chorobą. Ba, prawdziwym wyzwaniem byłby tydzień ledwie, Ale w odcięciu od natury. Poleglibyśmy z kretesem :)
PPS. Przede mną jeszcze pakowanie kartonów.  Kropek dopiero padł,  a Brunisław jeszcze pyta:" -Mamo, a po co nam krew? "; "- A czy komórki mają twarze?"; " - A jak oddychają komórki?" itp.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Dwudziesty dziewiąty dzień z #30DaysWild Poniedziałek

Kartony, mżawka,  estywacja, torpor i takie tam

Mży od rana, ciśnienie niskie.  Matka zapada w stan hibernacji, a ojciec pewnie jutro nie wstanie, bo dziś zrobił z kartonami pełnymi książek...  no, jak myślicie,  ile pieterek bez windy? Podszedł ambitnie i nosił spakowane rano kartony aż skończył.  W sumie 120 pięter!!! 
Zośka nocuje dziś u koleżanki na wsi, dzieciaki mają dzień filmowy, a ja... hm wsiąkłam w ślimaki.  A od ślimaków poszłoooo... Zaczęło się od niewinnego pytania Mirabelki czy ślimaki " rodzą się" z muszlą czy dopiero po wylęgu im wyrasta? No a potem pytania się posypały i zaczęłyśmy drążyć.  Ja też przy tym dowiedziałam się czegoś nowego - że otwór oddechowy jest tuż przy muszli,  że chemicznie odbierają świat stopą ( czy też brzuchem?- jak zwał tak zwał), że są głuche i słabo widzą.  Dowiedziałam się też,  że gdy w upały chowają się w muszlach i zamykają zaschniętą błonką by zachować wilgoć to to jest estywacja- taki sen letni. Dowiedziałam się też co to jest torpor- to znów krótszy sen, jakby hibernacja- pisklęta jerzyków ponoć zapadają w torpor gdy rodzice lecą na żer,  no, ale to ewenement wśród ptaków.  Wiem, że dorosłe jerzyki spędzają życie w locie. Przysiadają tylko na czas gniazdowania, a poza tym cały czas latają. I właśnie w locie zapadają na króciutkie drzemki; lot się obniża,  jerzyki nagle się budzą,  wzlatują wyżej i sytuacja się powtarza.  Jak rozumiem takie zachowanie to właśnie przykład torporu?



Fot. Powyżej wstężyki gajowe 

niedziela, 28 czerwca 2015

Dwudziesty ósmy dzień z #30DaysWild Niedziela

Święto

Dziś święto.  Nie tylko, że niedziela, ale mieliśmy też domowe,  rodzinne święto.  Nadal pakujemy się.  Kolejna sterta kartonów rośnie w oczekiwaniu na wywiezionie, ale trochę, powiedziałabym,  po partyzancku poświętowaliśmy;) Było ciasto, lody, dziadkowie. Zośka z Tatą poszli do kina na Park Jurajski 4 ( Szczypior nie chciał,  reszta za mała). 
A w trakcie gdy ja pakowałam książki do pudeł,  dzieciaki zrobiły piknik z mnóstwem pluszowych smakołyków z Ikea, słuchając sobie "Kusego Janka", którego dostaliśmy od Kai Prusinowskiej;) Rozsiedli się w pokoju obok i tylko słychać było perlisty śmiech Kropeczka gdy Szczypior zachłannie pochłaniał piknikowe przysmaki, a Mirabelka cuciła omdlałego z przejedzenia starszego brata;)
Punktem kulminacyjnym dzisiejszego dnia był wypad na... plenerowy występ zespołu Wilki,  który odbył się w Mińsku Mazowieckim w ramach jakiegoś festiwalu rockowego. Mnie to chyba najbardziej podobały się...  kolorowo oświetlone drzewa;)





sobota, 27 czerwca 2015

Dwudziesty siódmy dzień z #30DaysWild Sobota

Porzeczkobranie


Znowu byliśmy na " naszej" wsi. Zebraliśmy czerwoną porzeczkę dla Tareni ( teściowa), pomontowaliśmy żyrandole, dziewczyny poszwendały się po ogrodzie, powciągały jego zapachy. Ubawiłam się gdy Mirabelka podekscytowana przybiegła z informacją,  że na drzewie jest miód.  Biedne dziecko nie rozpoznało zaschniętej żywicy. Po dzisiejszym dniu już wie co to jest oraz do czego ją można wykorzystać.;) Z całego ogrodu dziewczynom chyba najbardziej podobała się pistacjowa róża.  Opowiedziałam im o tym jak kiedyś, jako mała dziewczynka, byłam z mamą u pewnej starszej  pani - miłośniczki róż.  Hodowała je w szklarni i czasem sprzedawała. Każdą różę nazywała. Mnie wtedy też bardzo spodobała się pistacjowa. Pani powiedziała,  że ma ona imię.  Pisadela.  Tak mi się spodobało,  że tym imieniem nazwałam jedną z moich dużych lalek;) Pamiętam,  że tamta wyprawa zrobiła na mnie duże wrażenie i do dziś pozostawiła w pamięci niezatarte wspomnienie...
Po tej historii z Pisadelą wybrałyśmy się z Mirabelką na krótki spacer do lasu. Pojedyncze jagody już dojrzewają, a w lesie pachnie igliwiem. Mirabelka spróbowała jednej jagody, a w ogrodzie jadła truskawki i porzeczki.  Porzeczki! Czerwone! Kwaskowe!  Szok! Pozytywny:)))!














piątek, 26 czerwca 2015

Dwudziesty szósty dzień z #30DaysWild Piątek

Wakacje

I już.  Oficjalnie wszyscy już mają wakacje. Pogoda też dopisała.  Ja z Kropeczkiem nadal w domu, na antybiotyku, ale dzieciaki szalały na festynie w pobliskim przedszkolu.  Co roku na zakończenie roku odbywa się wielką zabawa z przeróżnymi atrakcjami, z których ja najbardziej lubię domowe ciasto piaskowe z przedszkolnego wypieku;) A dzieciaki mogą malować buzie,  skakać na trampoline, dmuchanych zjeżdżalniach, czy lepić garnki z gliny. Wszystko za darmo, więc przybywają wszyscy z okolicy. Dzieciaki wyszalały się,  a po festynie zastały w domu super niespodziankę - z Warmii przyjechali dziadkowie.  Wieczorem pojechali jeszcze na wieś do naszego domku. Wrócili naprawdę umęczeni. Mirabelka aż rozmazał się namalowany na policzku bałwana ( ostatnio im cieplej tym częściej rysuje bałwany;) Jeszcze lato na dobre się nie rozkręciło a ona już tęskni za zimą:)???) 

czwartek, 25 czerwca 2015

Dwudziesty piąty dzień z #30DaysWild Czwartek

A niech to choroba...

To okropne. Myślałam,  że gdy przyjdzie wiosna choróbska odpuszczą.  Rzeczywiście jest ich jednak mniej, ale ciągle coś gdzieś się czai... Teraz Kropeczek dostał zapalenia oskrzeli.  Kaszle, ma katar i zero gorączki. Nie wychodzimy z domu.  Kropek się kuruje.  Trochę nudno jak matka zajęta, ociężała a on tak kocha " dlól "... Dziś chociaż chmury ładne były to trochę popatrzyliśmy sobie... 
Za to po południu szalejąc z siostrą ( najstarszą!!!) Kropeczek...  rozbił sobie głowę!  Na szczęście obyło się bez szycia.  Uff


środa, 24 czerwca 2015

Dwudziesty czwarty dzień z #30DaysWild Środa

Barszcz

Dziś rano trochę postraszyłam dzieciaki. Nie barszczem na obiad, choć buraki w zęby kolą ;), a Barszczem Sosnowskiego. Wiele o nim słyszałam, ale był dla mnie tylko legendą. A wczoraj jadąc do naszego domu całą rodziną widzieliśmy go na własne oczy. I nie było wątpliwości, że to TO. Rozległe baldachy,  wyższy ode mnie ( choć o to nie trudno...), rósł bujnie po obu stronach torów na pojedynczym,  niestrzeżonym przejeździe gdzieś między dwiema wioskami.  Dowiedziałam się od znajomej, że dawniej tamtędy jeździły pociągi z ZSRR. Jeszcze chyba używano tej rośliny jako karmy dla bydła.  Rozsiała się i tak rośnie po dziś dzień. Ponoć co pewien czas wycinają. My musieliśmy trafić na apogeum wzrostu...
Wyguglowałam dziś dzieciakom zdjęcia poparzonych barszczem kończyn i kazałam uciekać gdzie pieprz rośnie jak kiedyś coś takiego zobaczą. Dobrych zdjęć nie mamy, bo widzieliśmy z samochodu, przejeżdżając wolno przez te niestrzeżone tory ( jak to możliwe,  że nadal istnieją niestrzeżone przejazdy?!), ale łatwo znaleźć w sieci. Tylko tam nie widać jak wielkich rozmiarów może to świństwo urosnąć.  W każdym razie strzeżmy się tego; w upalne dni ponoć nawet nie należy podchodzić w pobliże,  o dotykaniu nawet nie mówiąc...


wtorek, 23 czerwca 2015

Dwudziesty trzeci dzień z #30DaysWild Wtorek

Klucze

Dziś najważniejsze były klucze. Nie, nie, nie chodzi o klucze żurawi. Nie pora na nie;) Dziś, w Dzień Ojca, odebraliśmy klucze do naszego domu. Łatwo będzie zapamiętać tę datę. Skaczemy na główkę do głębokiej wody. Nigdy wcześniej nie mieszkaliśmy w domu.  Dziś nasz nowy dom przywitał nas schronieniem przed deszczem. A gdy się przejaśniło duży ogród zaprosił Mirabelkę swym bogactwem truskawek, porzeczek, potężnych drzew- grusz, jabłoni,  orzecha, późnej czereśni i ponad stuletnich śliw.  Jednak to co Mirabelka lubi najbardziej to kolorowe kwiaty :) Zrobiła sobie dziś bukiecik z małych,  głęboko różowych goździków,  delikatnie błękitnych niezapominajek i białej, intensywnie pachnącej piwonii.  Róże łaskawie zostawiła by upiększały ogród ;) A na włosach znalazła oryginalną ozdobę- maleńkiego,  ale bardzo dzielnego ślimaka,  który w przeciwieństwie do większych braci nie chował się przy byle drgnieniu cienia. 
Ach,  niesamowitą frajdę miała z użycia kaloszy; hihi,  tak niewiele do szczęścia trzeba dziecku. 





Dwudziesty drugi dzień z #30DaysWild Poniedziałek

Pióra,  piórka i pióreczka...

Mirabelka jest jak sroczka - zgarnia wszystkie drobiazgi, czasem mające właściciela... Niczego nieświadomego właściciela... Łatwo dosyć jednak odzyskać " zgubiony " drobiazg- wystarczy poszperać u Mirabelka pod łóżkiem,  tudzież pod poduszką. Jednymi z jej ulubionych suwenirów, które ściąga ze spacerów, ale też czasem zdarza się, ktoś z nas jej przyniesie ładniejszą sztukę, są ptasie pióra.  Mamy nawet książkę o piórami, ale nie pokażę, bo już ją zakleiłam w którymś z kartonów;) Wracając do piór to Mirabelka je uwielbia. Niestety nigdy nam się nie zdarzyło znaleźć niczego ciekawszego od piór krukowatych.  Raz chyba sójki się trafiło,  ale tak zniszczone,  że nie było co brać.  Może w lasach wokół naszego domu znajdziemy coś ciekawszego?  Może tak różne od przeciętnych piór,  pióra sowie? A może więcej? Gdyby ktoś z czytelników miał jakieś ciekawe piórka na zbyciu to Mirabelka chętnie przygarnie :)