Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A życie się toczy.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A życie się toczy.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2015

Sójka

Sójka 

Żyjąc w bloku nie zauważa się tak bardzo ruletki jaką jest życie i śmierć w świecie zwierząt.  Tam zastęp sprzataczy - czy to wynajętych przez miasto czy przez wspólnoty mieszkaniowe szybko sprząta wszelkie zanieczyszczenia. A tu,  w moim ogrodzie jest zgoła inaczej. I nie zawsze od razu zauważę jakieś martwe zwierzątko... A kotka sąsiadów jest bardzo łowna...  Nie tak dawno musiałam posprzątać resztki polnej myszki, a dziś,  ku mojemu wielkiemu smutkowi, znalazłam sójkę. Podejrzewam, że to ta, która wychowała się gdzieś w pobliżu i skakała po naszym ogrodzie podlatując niezgrabnie z drzewa na drzewo.  Była bardzo śmiała, nie uciekała od razu. I może to ją zgubiło? A może to całkiem inna sójka? Znalazłam dziś chwilę na zgrabienie liści.  Dobrze, że trafiłam na nią przed dziećmi ; niewiele z niej zostało...


wtorek, 4 sierpnia 2015

Mysz

Mysia dola

Już jakiś czas temu, na krótko przed niespodzianymi i dosyć wczesnymi narodzinami małego Pospieszalskiego, w pewien dżdżysty poranek Ojciec Polak wychodząc do pracy natknął się na mysie truchełko przy furtce.  Nienawykły do takich widoków, zafrasował się,  dźgnął lekko czubkiem parasola i stwierdziwszy, że oznak życia z pewnością brak w gryzoniu, w pośpiechu oddalił się dzwoniąc do Matki Polki,  by dowiedziała się o odkryciu jeszcze przed ciekawskimi dziećmi.  Matka wyszła,  obejrzała, podumała,  a potem zatarła ślady, fotograficznie zabezpieczając dowody. Rana była z jednej strony szyjki,  podejrzanym w sprawie została Kicia- która nie zna granic posiadłości i bezwstydnie łazi do kogo chce naigrywając się zza płotu naszego podwórka ze swojego współlokatora - owczarka, z którym raz się czubi, raz się lubi. 
A sama myszka? Hm, Matka Polka specjalnie się nad tym nie głowiła; działała w pośpiechu,  bo w kuchni Kropek już oddawał się przyjemności zgłębiania tajemnic lodówki i w każdej chwili mógł przyjść. Dość powiedzieć, że popełnione zostały haniebne zaniedbania,  materiał dowodowy jest tak ubogi, że trudno określić tożsamość martwego gryzonia. Być może to mysz polna? 
Przeanalizujmy jednak dostępne fakty, w czym pomoże wiedza źródłowa. Matka Polka to wielki laik w temacie myszy. Ojciec Polak jeszcze większy.  Ot, mysz, jakich wiele. Bohaterka filmów ( uwielbiana przez rodzinę komedia pt. "Mysz"), książek ( a choćby " Mysi Domek"), wierszy, poematów, legend,  popkultury itp. itd. ( Krasickiego "Myszy", "Myszeida ", legenda o Królu Popiele,  czy choćby Myszka Mickey, albo gra " Magia i Myszy"oraz wiele, wiele innych ).  Zwykła, mała,  nierzucająca się w oczy, anonimowa. A tu odkrycie! To prawdopodobnie nie jest mysz domowa! Albo i jest! Oko laika zauważa rudawe futerko i na tej podstawie coś każe szperać głębiej ( o! Jest podejrzany! Właśnie jękliwie miauczy niecnota pod oknem; szlaja się znowu nicpoń po nocy...).  Po zebraniu informacji o myszach tak rysują się fakty: gatunków jest na tyle dużo, by wprawić laika w konsternację. Bo niby różnią się długością czy białością łapek, albo wcięciami na ząbkach, ale jak do jasnej Anielki to ustalić na podstawie czegoś takiego???



Dość powiedzieć, że w Polsce dobrze się ma kilka gatunków myszy, choćby domowa, polna, leśna czy badylarka, które różnią się głównie trybem życia, bo z wyglądu są do siebie raczej podobne, a różnice polegające na innej wielkości łapek czy uszu są dla takiego amatora jak Matka Polka bez znaczenia; jeśli nie ma człek przed sobą po myszy z każdego gatunku dla porównania, a nie przyjrzał się dobrze truchełku i polega na jednym nędznym zdjęciu, no to czego tu oczekiwać? Dzieci też specami nie są,  ot, że to mysz jest to rozpoznały... Ale jaka? Sprawa czeka w Archiwum Spraw Niezbadanych- może znajdzie się ktoś kto ustali gatunek i podzieli się swą wiedzą w komentarzach? 
Pozdrawiamy serdecznie,
Matkopolkowo:)



sobota, 25 lipca 2015

Tarantul Jan i pajęczy zawał serca

Tarantul Jan i pajęczy zawał serca


Uwaga! Uwaga! Właśnie popełnię coming out... Jestem ignorantką, która do dziś bezmyślnie, bezrefleksyjnie nazywała kosarze pająkami, podczas gdy nimi nie są! No i niby widać różnice gołym okiem, ale co z tego? Owszem, kosarze są pajęczakami, tak jak pająki, ale stanowią całkowicie odrębny, równorzędny pająkom, rząd pajęczaków. Nie mają wielu par oczu, tylko jedną, ciało w zasadzie dwuczłonowe, ale ukryte pod okrąglutkim jednoczłonowym pancerzykiem chitynowym, nie mają kądziołków przędnych, no i nie mają gruczołów jadowych! A co w takim razie sprawiło, że moje dzieci przybiegły z Brunisławem wołającym: " Mamo! Mamo! Patrz jakiego mam fajnego pająka! Nazywa się Tarantul Jan i jestem jego tatusiem!"? Dlaczego wszystkie mówiły o pająkach i dlaczego ja powiedziałam: " Synku wypuść to biedne zwierzę zanim dostanie pajęczego zawału serca"? ( Zośka w tym miejscu z pobłażliwością zaśmiała się na myśl o pajęczym sercu, co poniosło nas dalej, ale o tym za chwilę). Ano może dlatego tak łatwo przychodzi nam nazywanie ich pająkami, że kosarze mają nogogłaszczki i szczękoczułki i cztery pary nóg? Może to właśnie sprawia, że ludzie biorą je za pająki? Co ciekawe jest ich około sześć tysięcy gatunków,  z czego w Polsce jakieś trzydzieści,  ale bez wnikliwych badań są nie do odróżnienia! Interesująco się rozmnażają,  bo samce mają prawdziwe prącie! Samiczka składa jajeczka w szczelinach,  zakamarkach,  w ziemi i  zanim kosarz osiągnie postać imago, przechodzi linienia i w miarę wzrostu wydłużają mu się nogi. Żyje około roku, jest bardzo powszechny i zupełnie niegroźny. Żywi się wszystkim,  nawet padliną, ale w jego menu znajdują się też mszyce,  co na dobre wyjdzie roślinom działkowym,  a nawet sokami roślinnymi! No i jest nazywany zegarmistrzem ( u nas na podwórku gdy byłam dzieckiem nazywało się go raczej zegarkiem obserwując ruszającą się długą oderwaną nogę umieszczoną na nadgarstku, by "tykała"... :/ ). Pewnie bywa tak zwany ze względu na długie jak wskazówki nogi, które potrafi w razie zagrożenia odrzucać ( tak jak jaszczurka ogon itp- takie zjawisko nazywa się autonomią). Interesujący jest również ich narząd zmysłu pomagający znaleźć coś do zjedzenia. Tym narządem są... odnóża- druga para, dłuższa od pozostałych. Tej pary nie może odrzucić, bo wtedy miałby poważne problemy. To może teraz o tym "naszym" kosarzu. Nie miał nic wspólnego z korsarzami;) A tak na poważniej to był to jakiś młody osobnik, Szczypior nazwał go Tarantul Janem, Brunisław adoptował i uparcie nosił w rękach.  Potem " schował " go pod plastikowym wiaderkiem i albo kosarz nie zniósł tego mieszkania, albo noszenia na rękach ( i przytrzymywania za odnóża...), bo ku smutkowi Brunisława zasnął wiecznym snem. Brunisławowi, mam wrażenie, nawet było trochę przykro i mam nadzieję, że wyniósł porządną lekcję z tego zdarzenia; mam nadzieję, że już nie będzie się bawił zwierzętami. 
A wracając do Zośki nabijającej się z matki mówiącej o pajęczym sercu, to wyszukałam w internecie schemat budowy wewnętrznej pajęczaków i ku wielkiemu zdziwieniu okazało się, że serce jest! Ba! I mózg jest! I żołądek jest! A tak w ogóle to zachęcam do samodzielnej eksploracji ścian, traw, piwnic. Kosarze są tak łagodnymi zwierzętami, tak niegroźnymi, że warto z nimi zaznajomić nawet maluchy. Ja swoim dzieciom przygotowałam rysunek przedstawiający pająka i jego najważniejsze organy- dla młodszych z podpisami, dla piśmiennych- bez. Niech sami podpiszą. A jak zechcą to jeszcze pociągniemy temat o robienie pajęczaków. Choć czy to się uda? Dziś przed snem Brunisław zapytał niezobowiązująco: "-Mamooo? A czy chciałabyś zejść do wnętrza wulkanu?" No i zaczęła się jazda z wulkanami aż padł owinięty na podłodze w kołdrę, gapiąc się w sufit i mamrocząc coś o wulkanach. Obiecałam, że jutro dam mu poszperać w internecie za czymś w tym temacie.

Bliskie spotkania z kosarzami wpisują się w projekt Mały Przyrodnik, do którego poznania, polubienia, a być może i dołączenia niestrudzenie zachęcam. 

piątek, 19 czerwca 2015

Osiemnasty dzień z #30DaysWild Czwartek

Wiewiórka

Przemija wszystko. My także. Różni rodzice różnie podchodzą do tego tematu w kontekście wychowania swoich dzieci. Ze swojego dzieciństwa pamiętam, że gdy ktoś umarł, zwłoki wystawiano w domu. Modlono się za duszę zmarłego.Przychodziła cała rodzina, sąsiedzi, znajomi, a pogrzeb był czymś wyjątkowym, ostatnim pożegnaniem, którego zmarłemu nikt nie odmawiał. Teraz to się mocno zmienia. Na pogrzeb chodzi coraz mniej znajomych; tłumaczą się pracą, zajęciami, które przecież też mieli na głowie nasi rodzice, dziadkowie... Zwłokami zajmuje się coraz częściej specjalistyczna firma, a wystawia się je w specjalnym miejscu, które zwie się domem przedpogrzebowym... Dzieci są "coraz mniej cierpliwe", więc do kościoła czy na pogrzeb się je rzadziej zabiera. A czy dziecięca natura naprawdę aż tak zmieniła się w ciągu ostatnich lat? Nie wydaje mi się . Po prostu nie są nawykłe do tego. Wszystko co dzieje się wokół nas jest nam tym bliższe, tym bardziej naturalne, akceptowalne, im częściej się z tym stykamy. 
Dzieci nie mają zachamowań w zadawaniu pytań o śmierć. Rozkładanie się ciała też jest dla nich czymś naturalnym, przynajmniej dopóki są małe, a na swe pytania dostają odpowiedzi. Dopytują co się dzieje z ciałem po śmierci. Często proszą by im o tym opowiadać ponownie i ponownie, często w najmniej spodziewanym momencie- w drodze ze sklepu w piękny słoneczny dzień, na spacerze w lesie itp .Zadają filozoficzne pytania o sens istnienia, o duszę, o Boga. Często ich pytania są zaskakujące, ale i bardzo dojrzałe. Moje dzieci mają prawo zadawania pytań. I dostają odpowiedzi na miarę swoich ( i moich też) możliwości, wiedzy, dojrzałości. Nie zawsze jest łatwo ogarnąć je gdy są wszystkie razem, czasem najlepsze warunki ma się tylko w tych rzadkich chwilach bycia z którymś "na wyłączność"...
Skąd dziś taki refleksyjny post? Mimo że jest pogodnie, słonecznie; radośnie w piaskownicy, wesoło na placu zabaw... Jednak tak to już jest, że tematy do rozmów i przemyśleń pojawiają się same, a jeden pociąga drugi. To nie jest poszatkowana wiedza szkolna, którą "przerabia się" na lekcji "od do". Tutaj wszystko jest płynne,przeplata się. Wszystko o czym dziś mówiliśmy na temat przemijania wywołała wiewiórka. Jeszcze niedawno widywaliśmy ją skaczącą wesoło w stałym miejscu- maleńkim zagajniku, a od dziś już nie będzie tam skakać... 
Podsłuchałam wieczorem rozmowę dzieci, gdy wysnuwały swoje mniej lub bardziej fantastyczne hipotezy na temat przyczyn, dla których wiewiórka mogła zdechnąć. Pojawiały się przypuszczenia, że (cytuję): może przejechał ją ktoś rowerem; potrącił samochód; załatwił kot;połknęła coś metalowego; zatruła się zatrutą wodą albo najadła się trutki na szczury; skacząc z drzewa na drzewo zderzyła się z jakimś ptakiem i zabiła się spadając z dużej wysokości. Tyle zapamiętałam.



Wieczór przyniósł całkowitą odmianę nastroju, bo wybraliśmy się pieszo z Brunisławem na dłuższy spacer . Byliśmy na krótkiej wizycie, by zapisać Brunisława na terapię SI . Tylko on i ja. Bardzo ciekawie nam się rozmawiało.  Głównie o... elektryce;) Ale też kupiliśmy sobie kilka ciastek, zaszliśmy do parku, posiedzieliśmy nad stawem gadając i karmiąc kaczki, a nawet poganialiśmy się w berka i zmokliśmy lekkim, ciepłym deszczykiem. Przynieśliśmy Mirabelce pachnący kwiatek z jakiegoś nieznanego nam krzaczka i piórko, które ona uparcie znosi do domu. Bycie z Brunisławem sam na sam to wyjątkowo miłe chwile. I tak różne od rozwrzeszczanej codzienności;)