środa, 29 października 2014

8 grudnia 2009
Szpak
Tak. Chyba ze szpakiem uwięzionym w klatce siebie samą kojarzę. Jego też da się w niej trzymać, hodować, oswoić, ba, nawet wyuczyć naśladowania dźwięków, słów! Ale i tak nie bardzo tam, do tej klatki pasuje, jest taki jakiś szary. Niedopasowany. Nijaki taki…
Ot i masz babo placek! A czy ja sobie taka klatkę wymarzyłam? Kto zdrowy pchałby się do takiej burej nijakości jak ta tutaj? Cóż, nie od dziś wiadomo, że żeby żyć trzeba zarabiać. Wielka mi mądrość! Niby oczywiste, ale nie wszędzie się da. Dlaczego tam, gdzie ładnie, to na ogół nie ma pracy, a tam gdzie jest praca, to zwykle nie jest ładnie..? Ja chcę z powrotem na moją Warmię kochaną! Niech sobie A. (mój mąż) wygaduje, że to niemczyzna, że  tu jesteśmy w prawdziwej Polsce, niech się ze mnie podśmiewa jaki to ja jestem leśny ludek! Ha! Ja to pikuś, moja mama albo dziadek- o, to dopiero „leśne ludki”! Niechby A. zobaczył jak mama poznaje po odgięciu liścia na  ściółce, że tam nieśmiało przebija się młody grzybek! Albo niechby znalazł się na miejscu dziadka Jóźka, który (dawno bo dawno, ale było) mało onucek z butów nie pogubił jak zmykał na drzewo przed potężną lochą!
Kurczę, jak pomyślę o dziadku, to czuję zapach wielkiej, z grubej i zesztywniałej skóry szytej torby na ramię, w której przywoził z lasu zapachy prawdziwków, czerwonych łebków, maślaków, koźlaków, kurek, kań i wielu innych smakowitości. Torby pachnąco poplamionej gdzieniegdzie, z której można czytać jak z tropów zwierzyny na dziewiczym śniegu. Albo z której jak na mapie można podróżować z jednej miejscowości do drugiej- tu Malinowo Soczyste. O, a dalej Jeżynowo Kolczaste. A tam, nieco wyżej Bagienniki Żurawinowe. Tuż obok Jagodnik Czerwcowy itp. Itd. I do tego ten zapach- bardzo męski i ciepły zarazem. Cudowna mieszanina zapachu tytoniu z wonią lasu. Taka niepowtarzalna. Nie do pomylenia z czym innym. Czasem ciągnie się za drwalem. Rzadziej za leśnikiem. Ale to rzadki okaz w mieście, a już tu na „wygnaniu” to ze świecą szukaj.
Ech, wspomnień czar…
I już się trzęsę, i już się trzęsę i przestać nie mogę!  Dzieciaki patrzą na mnie jak na wariatkę, a ja się duszę ze śmiechu na babcine wspomnienie o tym jak to dziadek kleszcza złapał. Nie pierwszy i nie ostatni,  ale ten był wyjątkowo ulokowany…  A było to tak: babcia bardzo zaniepokojona i na równi skonfundowany dziadek na skutek małomiasteczkowej niedyskrecji stali się obiektem żartów i opowieści na długo. Dziadkowi przytrafił się kleszcz. Hm, nawet w myślach nie potrafię tego jakoś tak zgrabnie ująć…  Otóż on (ten kleszcz) ubzdurał sobie, że dobierze się do dziadkowego przyrodzenia. A że dopiął swego, babcia nie odpuściła i zaciągnęła dziadka po fachową pomoc na pogotowie. Można sobie wyobrazić  ile to śmiechu było i na jak długo ludzi zajęło. Ponoć nawet w kolejkach opowiadano sobie o tym „jak to Józik kleszcza złapał”. Chyba raczej kleszcz złapał Józika, he he. Ja byłam wtedy jeszcze mała i zupełnie mnie to nie śmieszyło. Co więcej, nawet mnie to nie obeszło. Kleszcz jak każdy inny. To teraz wszędzie szał boreliozowy.  A leśnicy to nawet mają obowiązkowe i regularne badania na boreliozę.
-„Mamooo! Mamooo! Mamy biedronkę na kwiatach!” – Oto moja Zośka Wszędobylska. Moja córka.  Lepiej to sprawdzę. Jeśli rzeczywiście mamy biedronkę to fajnie. Może szkodniki powyżera?
PS. A jak kiedyś dorobię się jakiegoś kawałka ziemi to sobie postawię szklarnię. Albo chociaż folię. A tam wpuszczę ochronę- żadne tam opryski, tylko naturalnych super ochroniarzy, czyli żabę i parę biedronek.  Są tak żarłoczne, że szkodniki powyżerają w pień.
No i rzeczywiście jest. Biedronka. Tylko, że ja myślałam, że Zośka wypatrzyła jakąś nową. O tej to ja wiedziałam, tylko nie mówiłam dzieciom w nadziei, że jej jakimś cudem nie dostrzegą. No i długo nie zwracały uwagi. Aż do wczoraj. Ta nasza  piękna siedmiokropka (uznawana za najliczniejszy gatunek, niestety coraz rzadsza za sprawą, jak słyszałam, biedronki azjatyckiej).) Żyła sobie po cichutku kryjąc się pod liśćmi tłustosza. Zachciało jej się pospacerować, wyszła na wierzch i już nie jest taka incognito. Dobrze, że Szczypior (młodszy brat Zośki) zupełnie zignorował wiadomość o nowej domowniczce, bo biedna musiałaby pozować niezmordowanie pod jego lupą. Nasz Szczypior chyba nie usłyszał krzyku Zośki, bo akurat, siedząc na progu łazienki, opowiadał z zapałem nieco ponad rocznemu Brunisławowi o rybikach cukrowych, na co ten  rezolutnie odpowiadał :”a!”, „aa!”, „aaa!”. Na razie wachlarz znanych Brunisławowi  słów ogranicza się do: „mama”, „tata” i wspomnianego „a” w przebogatej gamie barw, intonacji, iloczasu (tak, tak, iloczasu! Co innego znaczy zwykłe „a”, a co innego „aaa”. A podobno iloczas zanikł w naszym języku gdzieś w XVI wieku, he he ). A wracając jeszcze do tej biedronki to zastanawiam się czemu tak uparcie tkwi na tłustoszu?  W sumie to po lecie na liściach było pełno trupków meszek, a teraz wyglądają one na  czyste. Może nasz biedronka jada padlinę? Bo niby czemu wybrała sobie akurat owadożerną roślinkę?
Jak sobie tak myślałam o biedronkach, to przypomniałam sobie zdziwione miny mojej brygady gdy zobaczyli larwy biedronek. To, że one najpierw są żółte, a dopiero z wiekiem nabierają barwy, że poprzez ciepły pomarańcz kolor ich pancerzyka dochodzi aż do intensywnej czerwieni wydało im się zupełnie zrozumiałe. Za to te drapieżnie wyglądające, krzykliwie ubarwione larwy jakoś im do milutkich biedronek nie pasowały. W końcu kilkudniowa obserwacja krzaczka pokrzywy poparta z mojej strony zdjęciami w literaturze naukowej przekonały je, że to różne stadia rozwoju tego samego chrząszcza.
Zostawmy już biedronki w spokoju. Trzeba pomyśleć o obiedzie. Proza dnia. Może pyszne bitki wołowe? Wołowina co prawda ani swojska ani nawet z Warmii;), ale też świeżutka i piękna. A warmińskim akcentem niech będzie zdrowy i smaczny kompot z mrożonych leśnych malin, jagód i agrestu. Ten ostatni to oczywiście z działki. Też warmińskiej ;) Ja jeszcze dodaję na koniec suszone liście poziomek, malin i jeżyn-  to taka bomba garbników i różnych innych przydatnych składników . A po przestudzeniu, jak mam i zwłaszcza jak ktoś choruje, słodzę miodem. A jak nie to cukrem. Też dobre.  Tylko trzeba przecedzać. I jeszcze patyki malinowe (gałązki znaczy się)są świetne na przeziębienie. Ja dzieciakom daję w tym roku takie wynalazki nie czekając na chorobę, m.in. sok z pigwy do herbatki i chorują mniej niż w ubiegłych latach.
A propos dzieciaków, to muszę pamiętać, żeby zabrać plastiki i stłuczkę gdy będę szła po nie do przedszkola. Sporo się nazbierało. Niezbyt wygodnie się niesie kilka toreb z posegregowanymi odpadami. Zwłaszcza jak się ma na rękach ponad dziesięciokilowe dziecko i mieszka się wysoko w bloku bez windy. Jeszcze trzeba zahaczyć o piwnicę i wyciągnąć z niej wózek. Cóż, Matka Polka… Ale za to jak dzieciaki się cieszą gdy mogą wrzucać śmieci do oddzielnych kontenerów! Zawsze wtedy prześcigają się kto więcej wrzuci i zawsze pozostaje niedosyt, że … śmieci za mało ;) A. powtarza, że niepotrzebnie się przemęczam, że dodaję sobie pracy i takie tam, że ta cała segregacja to pic na wodę. I że kiedyś obserwował z kolegami z pracy jak podjechała śmieciara i jak leci zawartość tych wszystkich kontenerów powrzucała do jednej paszczy. A, wstyd powiedzieć, to było jeszcze w starej pracy, jak mieszkaliśmy w Olsztynie, a więc na „mojej” Warmii!!! Ale tu na mojej betonowej pustyni widziałam coś podobnego. Tylko że śmieci wrzucali na taką jakby głęboką wywrotkę. Kontener ze stłuczką otworzyli nad przednią częścią wywrotki, a kontener z plastikiem jakby trochę nad tylnią, więc tak sobie tłumaczę (chcę w to wierzyć) że mieli tam jakąś przegródkę i że to nasze segregowanie naprawdę nie idzie na marne. Hm, nie znam żadnego śmieciarza, bo bym podpytała. Interesujące…

Dziecko na Warsztat II

Witajcie,
Dzięki Ninie z http://naszerodzinnepodroze.blogspot.com/ dowiedziałam się o interesującej akcji, zakładającej eksplorowanie z dziećmi różnych tematów w formie warsztatów. Jeden miesiąc= jeden warsztat. Każdy poza tematem przewodnim ma zupełną dowolność i to jest najciekawsze, bo chyba z osiemdziesiąt blogujących mam bierze udział w tym projekcie, więc można poznać wiele punktów widzenia na to samo:) A tematy są następujące:
  • 29 września – warsztat dotyczący najbliższego otoczenia – Waszego środowiska lokalnego (i tu – lokalność rozumiana jest dowolnie! – może być region, może być miasto, może być kraina historyczna albo na przykład bardzo ciekawa ulica, na której mieszkacie). Temat przewodni: legenda/opowieść/historyjka/bajka
  • 27 października - warsztat dotyczący Polski – wszak zanim wyjedzie się poza granice, należy dobrze poznać swój kraj. Temat przewodni: znana/wybitna osoba
  • 24 listopada – Dziecko na Warsztat w Afryce. Temat przewodni: rękodzieło/sztuka ludowa. Oczywiście temat przewodni powinien dotyczyć Afryki.
  • 22 grudnia – Podróż do Ameryki Południowej. A że okres okołoświąteczny to tematem przewodnim będą święta/tradycje/zwyczaje związane z Ameryką Południową.
  • 26 stycznia – Pora na Amerykę Północną. Temat przewodni: muzyka/piosenka
  • 23 lutego – Będzie zimno, bo Dziecko na Warsztat rusza na podbój Antarktydy. Temat przewodni: świat przyrody (i fauna i flora :)).
  • 30 marca – W marcu będziemy w Australii. Temat przewodni to sztuka
  • 27 kwietnia – Odwiedzimy świat orientu czyli Azję. Tematem przewodnim będzie język
  • 25 maja – Wracamy do Europy. Temat przewodni: kulinaria
  • 22 czerwca – jeśli lubicie podróże – to ten warsztat zdecydowanie dla Was :) – możecie wybrać swój ulubiony kraj i wziąć go na warsztat :). Temat przewodni: zabytki
Dokładny opis można znaleźć na blogu Projekt Londyn 2014

poniedziałek, 27 października 2014

Październik. Nasz kraj i wybitny rodak.


Dziecko na Warsztat II. Październik.
 Polska i nasz wyjątkowy rodak.

Czym jest Polska? Czy to ten mały fragment, który oglądamy na mapach? Współrzędne geograficzne? Góry? Morze? Piękne Roztocze, Podlasie, Mazowsze? A może utracona Wileńszczyzna? Albo nabyta Warmia? A może… nic? Hm, jeśli chodzi o terytorium, o podział polityczny, to owszem, Polski może nie być. Był już taki czas, że nie  było jej na mapie Europy, a mimo to nadal istniała!

-„Jak to możliwe???”- spytały dzieciaki z otwartymi buziami.

A no możliwe! Polska to coś dużo więcej niż ziemia, bociany, żubry, wódka, kapuśniak, czy też pierogi. Polska to przede wszystkim ludzie. Dopóki żyje ostatni Polak, dopóki brzmi polski język, istnieje kultura, Polska istnieje:)! A wziąwszy pod uwagę, że niemal w każdym zakątku świata istnieje jakaś „mała Polska”, to bardzo pocieszające, że nie tak łatwo nas unicestwić:) 
My- czasem wszyscy, czasem cześć z nas, w ramach naszego warsztatu wieczorami grywaliśmy w gry a za dnia rozmawialiśmy 


Powyżej film o tym co sądzi Piłsudski na temat nagrywania głosu ludzkiego- dzieciaki zaśmiewały się, a film pokazuje człowieka ciepłego i z poczuciem humoru:) żródło poniżej, w linkach

 o tym, że Polskę tworzymy my- Polacy. Tych wybitnych, którzy przez lata kształtowali nasz kraj na różnych płaszczyznach było mnóstwo. To naukowcy, lekarze, społecznicy, dyplomaci, politycy, wojskowi, królowie i wielu, wielu innych. Bezimiennych, niewielu ludziom znanych bohaterów było również niemało, ale my z szerokiej palety wyjątkowych postaci wybraliśmy jedną. Wybór był trudny, zdawał się czasem niemożliwy, jednak nieunikniony;) I nie dało się zignorować nadchodzącego święta, 11 listopada i stulecia Legionów Polskich… 
Pow. Jedna z gier o Polsce, w które grywaliśmy z dzieciakami
Pow. Gra PRZEPUSTKA- najnowsze dziecko wydawnictwa Alter o legionistach
 
Marszałek. Temat rzeka, wiadomo, ale na potrzeby moich dzieci starałam się go nie rozwlec. Na temat Marszałka napisano już wieeele. Spójrzcie tylko na prawie całą naszą podręczną biblioteczkę:



Nie mylicie się, jeśli wątpicie w to czy wszystko to przeczytaliśmy. Niestety nie daliśmy rady. Ale co nieco dowiedzieliśmy się. Nie będę tu publikować swojej rozprawki na temat Piłsudskiego,  ale zdradzę o czym rozmawialiśmy.  Otóż zaczęliśmy ogólnie, od rysu historycznego,  od tego jak nasz kraj zmieniał się pod każdym względem. Na bieżąco robiliśmy notatki z pozyskanych wiadomości. Dzieci zrobiły rysunki ( te jednak nie bardzo nadają się do publikacji;)),  wszystkie bez wyjątku z zainteresowaniem prześledziły lekcje o Piłsudskim przygotowane przez Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. 
Pow. Materiały wydrukowane ze strony mieszkancyspod11.pl
Pow. Memo z bohaterami filmiku o mieszkańcach spod 11 fajne jest choćby przed śniadaniem;)


Pow. Znaj Znak w wersji uproszczonej dla Mirabelki

Pow. Mapy znalezione na stronie mieszkancyspod11.pl idealnie nam się wpasowały do rozmów o kształcie naszego kraju na przestrzeni wieków
Od góry od lewej: II RP, zabory, I RP i współczesna Polska
Grały w patriotyczne memo, nazywaliśmy uczucia, rozmawialiśmy o zawodach ( także o tym czy bycie żołnierzem to taki zwyczajny zawód czy coś więcej), zaś starsza- piśmienna, trójka rozwiązała krzyżówkę- a wszystko to na podstawie materiałów przygotowanych przez wspomniane muzeum. Mieliśmy je odwiedzić,  ale maraton chorobowy nas dopadł i paraliż mocno pokrzyżował nasze plany. Co się odwlecze, to nie uciecze, mawiają, wiec mamy nadzieję na wizytę w Sulejówku wiosną.  Zresztą oficjalne otwarcie muzeum nastąpić ma dopiero w 2017 roku, a założenia są ambitne,  zaś forma muzeum zapowiada się bardzo atrakcyjnie. Sprawdźcie sami na stronie muzeum. Poniżej podajemy przydatne linki.

Nie wszystkie nasze plany udało nam się zrealizować. A właściwie to prawie żadnych, ale muszę się pochwalić faktem, że coś jednak nam się udało ;) Może niewiele, ale zawsze coś. 
Naprzeciw domu naszej znajomej z Mińska Mazowieckiego jest jednostka żandarmerii. Dawniej w tym miejscu były stajnie wojskowe 7 Pułku Ułanów Lubelskich.  To jeden z pięciu pułków odznaczonych wśród wszystkich czterdziestu pułków II RP krzyżem Virtuti Militari za wojnę 1918- 1920r. Piłsudski na tyle cenił ten pułk,  że oddał mu ufnie pod opiekę swą ulubioną klacz bojową Kasztankę. Gdy w Warszawie działo się coś,  co wymagało obecności Kasztanki przy Marszałku, np. jakaś defilada, albo zwyczajnie Wódz lub jego córki stęskniły się za nią, klacz była transportowana do stolicy koleją. Pewnego razu jednak ktoś w Warszawie chyba zapomniał ją przywiązać w wagonie, w dodatku klacz jechała samotnie, bez opieki stajennego. Gdy w Mińsku otworzono wagon Kasztanka była w strasznym stanie. Poobijana nie mogła się podnieść. Najpewniej z uszkodzonym karkiem została wyniesiona na rękach żołnierzy i oficerów i przetransportowana do koszar. Mimo prób leczenia, także przez wezwanego ze stolicy weterynarza, Kasztanka padła. Piłsudski bardzo przeżył śmierć ukochanego konia. Po tym wydarzeniu, skórę wyprawiono i wypchaną klacz podarowano Wodzowi, natomiast jej wnętrzności zakopano właśnie na terenie obecnej jednostki żandarmerii. Uzyskaliśmy przepustkę i mimo deszczu, a pod eskortą bardzo uprzejmego pana kapitana Tomasza Dobrzyńskiego odwiedziliśmy grób Kasztanki. 
 Pow. Przepustka do CSŻW w Mińsku Mazowieckim- ku wielkiej uciesze najmłodszych otwierała magnetyczną bramkę, choć... Kropek przeszedł pod ...;)

Pow. Duplikat kamienia zaginionego w czasie PRL


Kamień pamiątkowy nie jest oryginalny. Duplikat zastąpił w wolnej Polsce kamień,  któremu PRL kazał zniknąć z powierzchni ziemi. Oryginał prawdopodobnie zakopano gdzieś pod płotem na terenie jednostki. Żyjących świadków już nie ma, ale według słów kapitana pasjonaci z muzeum 7.PUL mają jakieś tropy i prowadzą rozmowy z jednostką na temat przeszukania terenu pod płotem.  Zobaczymy co czas pokaże,  a na zakończenie zamieszczamy zdjęcie ciekawego olbrzymiego muralu przedstawiającego Marszałka Józefa Piłsudskiego,  który to mural znajduje się właśnie w Mińsku Mazowieckim,  przy ulicy...  No, jak myślicie? Przy ulicy Piłsudskiego oczywiście :)! Oto on:



Na warsztat zaprosiliśmy Was w ramach projektu Sabiny Kasoń Dziecko na Warsztat II

A teraz zapraszamy Was do eksplorowania innych blogów biorących udział w Dziecku na Warsztat:

  
Przydatne informacje:
1. Adres filmiku autora TWGrzegorz z wypowiedzią Piłsudskiego na temat nagrywania głosu

sobota, 4 października 2014

DnW wrzesień. Tramwaj konny Mrozy- Rudka

Dziecko na Warsztat II. Wrzesień.


Czego to my nie mamy? Jedyny w Polsce! Prawdopodobnie jeden z dwóch działających w Europie! Tramwaj konny w Mrozach!

Długo czekałam na coś, co pchnie mnie do pisania. Kiedyś na portalu zielonalekcja.pl opisywałam część dziecięcych przygód, odkryć, fascynacji.  Czas biegł, dzieci przybywało, a ja miałam coraz mniej ochoty, chęci czy czasami sił, by cokolwiek robić. Nawet to moje pisanie stało się jakieś takie, hm, nijakie?

„Dziecko na warsztat” to moje niedawne odkrycie ( dzięki Ninie- autorce bloga www.naszerodzinnepodroze.blogspot.com) i mam nadzieję, że uczestnictwo w tym projekcie da nam dużo radości. Dzieci mam pięcioro, w różnym wieku. To wg wieku malejąco: Zośka, Szczypior, Brunisław, Mirabelka i Kropeczek. Nie planuję, które z nich wezmą udział. Zobaczymy co kogo zainteresuje. Nic na siłę. Będę proponować. Będę czekać na propozycje. Pozwolę pomysłom ewoluować.

Temat pierwszego-  wrześniowego warsztatu ma krążyć wokół najbliższej okolicy. Mieszkamy na wojskowym osiedlu. Pod nosem mamy poligon, a właściwie zdziczały teren, na którym stoją jeszcze ziejące pustką budynki- wydmuszki, ściana, zapadnięte okopy i transzeje. Coś co dawniej służyło żołnierzom do ćwiczeń, a dziś służy młodzieży jako miejsce robienia ognisk, działkowiczom jako przyjemna droga na działki, wszelkim naturom łowiecko- zbierackim jako zagłębie jagód czy grzybów, a nam? Nam pozwala poskakać po oponach ( które stanowią coś jakby krawężniki wśród chaszczy), powspinać się na wysoką ścianę ( dawniej była jeszcze atrapa czołgu, ale chyba złomiarze się nią zajęli), poszaleć z kijami, drągami i patykami ( jakież to cudowne i darmowe zabawki:)! ), a niektórym daje ochłodę w upalne letnie dni ( jest tam staw, a w nim fajne żaby, blisko brzegu kamienie, po których tak wspaniale się skacze. I cóż z tego, że czasem omsknie się noga i człowiek zmoczy portki;)? ), no i coś co mamusia i najmłodszy brzdąc lubią najbardziej- duuużo ptaków :)

Pomysł był taki by zrobić mapę poligonu ( swoją drogą to przypomina mi trochę Prerię. Wiecie jaką? Nie „prerię” tylko „Prerię”- pole wiecznych walk Białej i Czerwonej Róży. Moje dzieciaki kiedyś żyły przygodami Blomkvista. Kto zna, wie o czym mowa). Młodsze dzieci bardzo fajnie spędzają tam czas, ale jak matka zobaczyła te kręte, pogubione w dzikich krzaczorach drogi i dróżki to odpuściła pomysł;) Myślę, że Joasi- autorce blogu ed.bexlab.pl, która bawi się ze swoimi córkami w geocaching- świetną zabawę w poszukiwanie skarbów, spodobałoby się to miejsce jako lokalizacja dla skrytek ze skarbami. Dla kartografów- amatorów to jednak zbyt duże wyzwanie, więc postanowiliśmy dużo skromniej powalczyć na niwie kartografii. Zrobimy mapę! Taką mini mapkę, mapiątko właściwie- jak dojść na ulubione lody:)) Włoskie, kręcone jak to mówią dzieciaki. I z polewą:) Przewrotna  nam wyszła ta nasza mapa, bo choć pod względem treści wyjątkowe z niej mapiątko to pod względem rozmiaru- istne mapiszcze;)




A wyglądało to tak. Wielki arkusz papieru, który dostaliśmy od sąsiadki i który aż się prosił o zlitowanie Mirabelka spryskała wodą i nałożyła farbę. Żeby było bardziej jesiennie wybrałyśmy ochrę. Musiałam trochę zasugerować, że Pani Jesień woli złoto od… różu;) Łatwo poszło. Akwarela została rozmyta nierówną warstwą za pomocą gąbki, a po wyschnięciu, wspólnie już, pozaklejałyśmy taśmą malarską ( taką papierową- bardzo fajna rzecz, bo nie niszczy papieru przy odrywaniu) nasze przyszłe ulice. No a potem dzięki Szczypiorowi, który na pieczątkę poświęcił swą ulubioną czarną gumkę, Mirabelka przy mojej pomocy (by deszcz padał w jedną stronę;) ) zalała kroplami deszczu część mapy, a na całości gdzieniegdzie stemplami z ziemniaka pozrzucała z drzew jesienne liście. Żeby nie było nudno część liści jest prawdziwa- zalaminowałyśmy liście różnych drzew. Mirabelka układała a ja prasowałam. Przy zbieraniu i przy laminowaniu rozmawiałyśmy sobie o różnych gatunkach drzew, o tym jaka jest ich różnorodność. Cóż, dendrologiem  to ona nie jest. Póki co;) Najlepiej wychodzi jej rozróżnianie liści lipy, bo… przypominają serduszka. Wycięte zalaminowane liście przyczepiamy do mapy za pomocą kleju kropeczkowego, dzięki czemu możemy je dowolnie przeklejać. To taki klej w kropeczkach, na taśmie. Nie niszczy papieru. Używa się takiego do przyklejania niektórych próbek do ulotek reklamowych. Zalaminowane liście są fajne, bo mają dużo zastosowań. My bawimy się nimi w „zgadnij skąd spadłem”, używamy ich też jako liczmanów. Tylko mają pewien minus. Nie są w stanie przetrwać spotkania z Kropeczkiem. Przynajmniej te suszone, w jego  łapkach kruszą się pod folią , te laminowane na świeżo nie kruszą się, ale nie wiem jak się przechowają z całkiem sporą ilością wody w środku. Ale, ale… wróćmy do mapy. W wycinianie liści wkręciliśmy Szczypiora, a nazwy ulic zostawiłyśmy Zośce i Brunisławowi. Mirabelka  i tak nie umie pisać, a i on niech dorzuci swoje trzy grosze:) Zresztą ta mapa  ciągle  ewoluuje. Już są wyciągnięte matki skarby do scrapbookingu. Na pomalowanie czekają owady, rowery, budynki itp. W sumie to dobrze, że ktoś to wykorzysta, bo nie wiadomo czy ja dożyję „wolnej” chwili;) Do zabawy z mapą używamy też kart z polskimi ptakami. Ćwiczymy przy tym topografię okolicy i nazwy rodzimych gatunków ptaków, rozmawiamy o tym, które gatunki i gdzie widzieliśmy, co jedzą itp. Przy tej części zabawy najbardziej ekscytuje się Kropeczek. Pomagać musi zawsze… „Czy tego chcesz czy nie Kropeczek pojawi się…”Zabrzmiało złowieszczo;)? Czasem, może? To „dzięki” Kropeczkowi na mapie pada  rozmazany deszcz;) Jednak ptaki Kropeczek miłuje szczerze. Zanim nauczył się mówić „mama” nazywał właśnie ptaki. Jego pierwszym słowem było „kahka” i kawkami do tej pory nazywa wszystkie ptaki:) Obejrzyjcie kilka zdjęć dokumentujących nasze poczynania:



Zdj. pow. Mirabelka robi jesienną mapę okolicy




Zdj. pow. Następnie przecierka




Zdj. pow. Przygotowania do naszego ręcznego laminowania



A poniżej efekt końcowy:




No i jeszcze  poligon:





A teraz do sedna warsztatu. Legendy ani bajki dziś nie opowiemy, ale za to przedstawimy historię bardzo oryginalnego tramwaju konnego. Jest to jedyny taki tramwaj w całej Polsce, ba! ponoć  w Europie ledwie dwa są!

Tramwaje konne były powszechne około połowy XIX wieku, kiedy to zastąpiły je pojazdy parowe a później elektryczne. Zaprzęgano je w jednego lub w dwa konie i początkowo pojazdy podobnego typu jeździły po bruku, ale by koniom było lżej, a co za tym idzie, by przyspieszyć przewóz, zaczęto kłaść tory. Po ich równych powierzchniach konie szybciej ciągnęły ciężkie wagony. W dużych miastach , gdzie odległości były znaczne, ze względu na wytrzymałość zwierząt trasy dzielono na odcinki obsługiwane przez wiele różnych koni. Pierwszy tramwaj konny w Polsce powstał w Warszawie w 1886 roku, a ostatnim najpewniej był ten jeżdżący do 1967 roku, a którego odnowioną trasą pojechaliśmy i my.




Tak, tak. Wybraliśmy się na wycieczkę do Mrozów. Już na stacji było ciekawie, bo przed nami przeleciała nisko sójka, a potem przez tory przebiegła wiewiórka. Do tego dowiedzieliśmy się od przygodnie poznanego pracownika kolei skąd płynie głos zapowiadający pociągi (że z głośnika każdy wie, ale gdzie jest ta pani? Otóż siedzi sobie wygodnie a jej głos płynie z „bombardiera”. To taka firma, która zapewnia kolei technologię . Zajmują się też sygnalizacją świetlną itp.) i czym się różni sygnał świetlny stały dla pociągu od migającego. Otóż stały świeci wtedy gdy tor jest „czysty” i można śmiało śmigać, a miga wówczas, gdy tor jest częściowo przejezdny, tzn. że wcześniej przejechał tym torem pociąg  i trzeba dostosować prędkość, by w niego nie wjechać, albo jest jakaś zwrotnica i trzeba zwolnić itp. Specjalnie wybraliśmy  stację na wygwizdowie, z dala od dworca, a tam raj! Biletomat z bardzo intuicyjnym interfejsem:) Brunisław sobie z nim świetnie radził. A jaką frajdą był  wybór, zakup i wydrukowanie biletów! I wiecie co ? Nawet jak nie chcecie nigdzie jechać możecie dzieci nauczyć obsługi biletomatu, wybrać trasę, rodzaj biletu i już:) Można sobie na pamiątkę wydrukować bilet ulgowy darmowy ( dla dzieci do lat 4)



Biletomat w miejscowości Anielina

Gdy wysiedliśmy w Mrozach przed naszymi oczami rozłożył się park, staw oraz boisko. Już ze stacji widzieliśmy linię lasu- blisko było. Podeszliśmy do miejsca, w którym pasła się olbrzymia klacz. Niedaleko stał wagonik i siedział woźnica. Poznaliśmy się trochę. Ochy i achy  nad pięknem Róży i jej siłą były, a jakże! Przejechaliśmy się parę kilometrów po lesie ( to teren rezerwatu „Rudka Sanatoryjna”, który wyróżnia się najdalej na północ rosnącą w Polsce zwartą jedliną), posłuchaliśmy śpiewu ptaków i skrzypienia tramwaju, powdychaliśmy ciepły koński zapach Róży. Dowiedzieliśmy się, że pochodzi z pobliskiej stadniny Kruki, że nie jest jedynym koniem obsługującym tę 2-kilometrową trasę, a na koniec podziękowaliśmy jej marchewką i jabłkami. No i widzieliśmy mury sanatorium dla gruźlików, powstałego na początku XX wieku z inicjatywy Teodora Dunina-bakteriologa. Początkowo torami dowożono materiały budowlane  do budowy sanatorium, a po jego otwarciu w 1908 tramwajem zaczęli przyjeżdżać pacjenci. Gdy umarł woźnica obsługujący trasę, po pewnym czasie wagonik przekazano do Muzeum Kolejnictwa w Sochaczewie, a tory rozebrano. W 2011 władze Mrozów podjęły decyzję o odbudowaniu tramwaju. Uzyskano zgodę ministra środowiska na przejazdy przez teren rezerwatu „Rudka Sanatoryjna”. Tory odbudowano, wykonano replikę wagonika i teraz można znów cieszyć się tramwajem konnym. Kursuje od maja do września w godzinach 15-18 w dni robocze, a w weekendy 12-18. Jeśli pogoda sprzyja to i w październiku można się jeszcze przejechać. Ale to już lepiej upewnić się wcześniej. Acha, jeszcze jedno. Wagonik jest dosyć mały. Nasza rodzina zmieściła się bez problemu, ale to chyba tylko dlatego, że część dzieci poszła „pomagać” woźnicy;)

A oto kilka fotek:









Przydatne informacje:

-Ceny biletów to: 10 zł za osobę dorosłą i 6 złotych za dziecko. Żadnych zniżek i ulg. Płacił nawet Kropeczek, który  nie ma dwóch lat. Wyjazd o pełnej godzinie. Rezerwacje możliwe, ale poza weekendami.

-Nr telefonu do obsługi tramwaju: 502 196 934

- ciekawostki o kolejce (serial „Ranczo”;) ):http://mrozy.pl/imgp/Tramwaj_konny_w_Mrozach.pdf

- Muzeum Kolejki Wąskotorowej w Sochaczewie (Zośka była- mówiła, że świetne miejsce): http://mkw.e-sochaczew.pl/media/index.php?MediumID=188

-Muzeum Kolei Konnej w Czeskich Budziejowicach: http://www.muzeumcb.cz/navstivte-nas/pobocky/muzeum-konesprezky/

-różne rodzaje kolejek, m.in. konna  na wyspie Man: http://kolej.darlex.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=317&Itemid=529

- a dla zainteresowanych obserwacjami fenologicznymi:  http://www.beagleproject.org/pl/about/?op_id=699

Matka  Polka  ze swoją bandą:)

Ps. Chętnie połaziłabym po tych lasach, oj połaziłabym… Może się tam jeszcze wybierzemy, a tymczasem koleżanka z Mińska Mazowieckiego zaprosiła mnie do kina do Mrozów. Tanio i bez tłumów:) Ruszamy w sobotę . Może i Wy się wybierzecie? Bilety kosztują tylko 15 złotych:)

Zapraszam do obejrzenia pozostałych blogów biorących udział w projekcie:


Szczególnie polecam pięć wybranych przeze mnie w tym miesiącu:
1.http://www.ksiezycowaszuflada.pl/category/dziecko-na-warsztat/
2.http://ed.bexlab.pl/category/projekty/dziecko-na-warsztat-ii/
3.cdn
4.
5.

Blog jest dostępny również na stronie zielonalekcja.pl TUTAJ