niedziela, 7 czerwca 2015

Szósty dzień z #30DaysWild Sobota

Podwórkowe zabawy ciągle żywe. 

Wiele ostatnio słyszy się o tym, że dawne podwórkowe gry i zabawy odchodzą do lamusa. Że dzieci są przetrzymywane w domach, brak im luzu i swobodnej zabawy, a zamiast tego mają masę zorganizowanych zajęć dodatkowych, a rodzice jak z nimi wychodzą to w roli obstawy ;) Fakt, żyjemy szybciej, intensywniej, na ulicach więcej samochodów,  bardziej widoczne są wszelkie patologie...
Ba, nawet prace doktorskie z dziedziny etnologii piszą ; książki piszą o powrocie do dziecięcej " natury", łażeniu po drzewach, graniu w piłkę i takich tam. Fakt, nie ma lekko, zwłaszcza jak się jest dzieckiem w mieście,  gdzie ci, co zapomnieli, że dziećmi byli grodzą każdą wolną przestrzeń,  zabraniają gry w piłkę wokół domu, wchodzenia na drzewa itd.  Jednak warto takim postawom mówić nie i powalczyć o świat przyjazny dzieciom, gdzie będą mogły grać w klasy przed domem,  odrapywać kolana na rowerach i ćwiczyć zwinność na drzewach. 
Moje dzieci nie są musztrowane seriami porannych biegów po lesie ani też puszczane samopas z kluczem na szyi i chlebem z masłem i cukrem w rękach.  Mają wszystkiego po trochu. Czytają książki, czasopisma,  oglądają tv i grają w gry komputerowe i planszowe, wychodzą na dwór z rodzicami i same.  Jeżdżą na rowerach, wspinają się na drzewa i organizują sobie czas samodzielnie. Wczoraj dla przykładu byliśmy m.in. na pikniku.  Ja próbowałam leżeć, jednak ból pleców zmusił mnie do chodzenia,  więc nazrywałam kwiatków i uplotłam Mirabelce wianuszek.  A dzieciaki? Ganiały się w jakąś nieznaną mi z dzieciństwa odmianę berka, gdzie ileś tam razy się zamrażają - złapany stoi wtedy w rozkroku,  a jak ktoś przejdzie mu pod nogami to automatycznie zostaje odmrożony i biega dalej. Grały trochę w piłkę,  bawiły się w chowanego,  jadły samodzielnie kupione w pobliskim sklepie lody i grały w Baba Jaga patrzy, rysowały znalezioną cegłą po chodniku i ogólnie świetnie się bawiły.  Trwało to kilka godzin a ja z zainteresowaniem je obserwowałam. O ile w domu czasem lecą wióry i nie ma spokoju, o tyle tam, na dworze, dzieci wyjaśniały spory, pocieszały się,  ustalały coś wspólnie i osiągały kompromisy. Nie nudziły się. Nie chciały iść do domu.  Gdy ja wymiękłam, one jeszcze zostały. Fajnie było je widzieć obejmujące się podczas narady gdy Szalona Kucharka zadała kategorię.  Nawet w takich konfiguracjach, jakie w domu się nie zdarzają.  Zwłaszcza Brunisław " nie lubi miłości" ( czytaj: żadnych objęć, przytulasów ani,  broń Boże!, całusów itp),  a tam, w zabawie nie miał żadnych oporów by obejmować się z innymi w celu narady;) 
Muszę je jeszcze podpytać o inne gry i zabawy jakie znają; tą Szaloną Kucharką zaskoczyli mnie zupełnie - nigdy wcześniej się z nią nie spotkałam.  A co ciekawe nawet nie byli w stanie mi powiedzieć skąd to znają - a ja wiem, że to dzięki swobodnym zabawom na podwórku,  z innymi dziećmi.





Podwórkowo pozdrawiamy:)



 

wtorek, 2 czerwca 2015

Pani doktor recepty pisze...

Mirabelka interesuje się pismem, tfu, wróć! Pisaniem. I literami.
Już od kilku miesięcy zauważam u mojej małej dziewczynki zainteresowanie literami. Na początku ignorowałam to bardzo. Zaczęło się chyba zimą, gdy duuużo chorowaliśmy i Mirabelka zwróciła uwagę na lekarza wypisującego receptę (umiała się już wtedy podpisać). W domu zaczęła "wypisywać" recepty, a wyglądało to tak:
Później zaczęła mnie wypytywać co jak się pisze. Na odczepnego pisałam jej różne nazwy i rysowałam co tam chciała. Używałam tylko drukowanych liter. Nazbierała sobie sroczka całe bloczki karteczek z różnymi podpisanymi rysunkami. Przepisywała te nazwy wielokrotnie bawiąc się w jakieś wyimaginowane zawody;)
Oto przykład takich świstków:




Bardzo dużo ostatnio też kolorowała, czym mnie zdziwiła, bo choć to moje czwarte dziecko, to pierwsze, które lubi kolorować- wprawiła się bardzo, nie wychodzi za linię, koloruje starannie. Potem zaczęła prosić o moje kolorowanki- tzn. ona zamawia temat, ja rysuję, ona to koloruje. No a ostatnio namiętnie rysuje samodzielnie, na ogół, choć nie zawsze, potem swoje prace koloruje. 






Niedawno zaczęła rozpoznawać (a przynajmniej mi o tym mówić) litery na znakach drogowych, afiszach itp. Idąc za ciosem podsunęłam jej książeczki Cieszyńskiej z serii Kocham czytać, ale wydały jej się chyba nudne jak flaki z olejem bo zupełnie je zignorowała po jednym zajrzeniu;) Cóż, żadne z moich dzieci nie było uczone czytania, a u wszystkich podobnie to przebiegało, więc kto wie, może wkrótce to Mirabelka zacznie sama z siebie czytać wszystko co po drodze na spacerze dostrzeże? A niedługo może poczyta Kropeczkowi:)? Niech się dzieje co ma być, ja już nie próbuję się wtrącać, bo wtedy wychodzi u nas najlepiej:)
Póki co dostałam od niej... kartkę:)



Dobrze, że nie szła drogą pocztową,  bo adres trochę odbiega od rzeczywistości i szkoda byłoby takiej pięknej niespodzianki w czeluściach niedoręczonej korespondencji;)

poniedziałek, 25 maja 2015

Dziecko na Warsztat II . Maj. Kuchnia europejska.

Dziecko na Warsztat II w maju poznaje kuchnię europejską.


 Od razu, żeby nikomu nie mydlić oczu, wyznam szczerze, że mistrzem kuchni nie byłam nigdy, a z czasem wręcz narastała we mnie niechęć do stania przy garach. Zdarzało mi się lubić kuchnię w zamierzchłych czasach studiów, kiedy to miałam świetnie gotującego kolegę Ingusza, przez niego poznałam innych świetnie gotujących ludzi m.in. z Czeczenii czy Uzbekistanu. Czasem gotowaliśmy razem, choć przyznać muszę, że już wtedy najmilsze mi było... degustowanie;) A gdy założyłam rodzinę to mój stosunek do gotowania zmieniał się wraz ze wzrostem liczby dzieci i jakby zmniejszaniem się maleńkiej zagraconej coraz bardziej kuchni. Czasami starszaki robią coś samodzielnie, albo ja robię coś z młodszymi, ale to rzadkość. Na ogół staram się zrobić coś w magicznym "międzyczasie". Też tak macie? Noszę się z zamiarem zmiany tego aspektu naszego życia, ale nie zakładam, że będzie lekko...
Pamiętacie film "Julie and Julia" z genialną Meryl Streep jako Julią Child? Myślałam o czymś podobnym ( z pominięciem jakichś golonek czy czernin:P ), ale według "Kuchni europejskiej" Hanny Szymanderskiej; niestety nie udało mi się nigdzie pożyczyć tej książki, a trwam w silnym postanowieniu, by ograniczyć zakup bibuły;) Za to dzieciaki pooglądały sobie to co mamy pod ręką, czyli "Skąd się biorą dziury w serze?", "Wielka księga o jedzeniu" czy " Zjedz to sam". Chłopcy uwielbiają zabawy m.in. z barwnikami;) Ponadto dzieciaki przypomniały sobie o kurzącej się Cecylce Knedelek i Lamelii Szczęśliwej, z którymi dawniej zdarzało im się coś kucharzyć. Kropeczek z Mirabelką bawią się też na codzień takimi fajnymi pluszowymi warzywami i owocami, które są u nas od lat. Dzieci dziedziczą je po sobie, pierzemy w pralce, są trwałe i fajne. Szwedzkiej wszystkim znanej firmy;) Dzięki temu Kropeczek wszystkie ładnie rozpoznaje od dawna, a od niedawna również nazywa.
Ostatecznie, z powyższych przyczyn, a także wieeeelu innych ważnych rzeczy, które w tym czasie przyszło nam ogarnąć, nie zgłębiliśmy kuchni europejskiej, ale skupiliśmy się na tym co nasza rodzina lubi najbardziej. Robiliśmy pierogi, ciasto z moim ukochanym rabarbarem, a dzieci z babcią zrobiły nasze rodzinne bułeczki jagodzianki z jagód zebranych przez babcię- naszego Włóczykija, a według receptury prababci Stasi. Ona umie wieeele. Łączy niemal bajkowe czasy chleba z pieców chlebowych i gotowania mydła ze współczesnymi zakupami w supermarketach. I dziś zdradzimy Wam recepturę na :

Jagodzianki babci Stasi
 
Składniki:
- jagody
- cukier do jagód ( ile lubimy)

-10 dag drożdży
- 1 łyżka cukru
- 1 łyżka mąki
- odrobina lekko podgrzanego mleka...
 - 1 kg mąki
- 3 całe jajka + białko do posmarowania gotowych bułeczek
-1 szkl cukru
- mleko ( dolewamy "na oko")
- 2 łyżki oleju
- 3/4 kostki tłuszczu ( babcia używa margaryny)
- sól do smaku
- mak do posypania bułeczek
- (opcjonalnie) rodzynki













  Jagody mieszamy z cukrem. Twaróg mieszamy z cukrem i jajkiem. Przygotowujemy takie nadzienia jakie lubimy. Drożdze rozpuszczamy w mleku z dodatkiem łyżki cukru i łyżki mąki. Odstawiamy i bierzemy się za ciasto. Mąkę przesiewamy. Dodajemy olej i mleko z rozpuszczoną w nim margaryną. Mieszamy. Następnie dodajemy rozkłócone i wymieszane z cukrem jajka. Ponownie mieszamy. Na końcu dodajemy drożdże. Porządnie wyrabiamy ciasto i zostawiamy do wyrośnięcia. Bułeczki formujemy wkładając do środka nadzienie. Gdy lekko wyrosną smarujemy białkiem i posypujemy makiem. Pieczemy w temp. 200 st C aż się zezłocą ( ok. 15- 20 minut). Ilość składników można podwoić, zwłaszcza jeśli ma się dużą i żarłoczną rodzinę;)
Smacznego!

 Zapraszam do obejrzenia warsztatów przeprowadzonych przez moje o niebo lepiej zorganizowane koleżanki:) :

piątek, 15 maja 2015

Warszawskie Targi Książki

Warszawskie Targi Książki 
Spotkanie autorskie z Zofią Stanecką i Marianną Oklejak.
Basia :)
15 maja 2015

Zabrałam dziś Mirabelkę na babski wypad do stolicy. Taki tylko nasz. To wielkie święto.  Babcia została z resztą ferajny, chłopaki mieli w planach piracki wieczór w bibliotece, Kropeczek lepił z babcią pierogi, Zośka myślała o odwiedzeniu koleżanki, a my wybrałyśmy się na targi książki. A konkretnie pojechałyśmy tam wiedzione wielką miłością Mirabelki do Basi. Basi raczej nie trzeba przedstawiać,  ale gdyby znalazł się ktokolwiek kto jej nie kojarzy to powiem tyle, że Basia to bardzo lubiana bohaterka literatury dziecięcej. Ma pięć lat,  przeżywa radości i smutki typowe dla swego wieku. Przy tym ma dwóch braci i całkiem fajnych rodziców.
A spotkanie? Hm, byłam na takim spotkaniu autorskim dla dzieci po raz pierwszy, więc nie mam porównania,  ale z opowieści znajomych wiem, że to wyróżniało się bardzo. Autorki bowiem przygotowały się solidnie.  Jeśli ktoś myśli, że siedziały i opowiadały,  tudzież czytały fragmenty książki to się bardzo myli. Przed dziećmi pojawiła się mała scenografia przedstawiająca las,  po czym pojawiły się świetne w swej prostocie tekturowe postaci Basi i jej taty. Wszystko przygotowane przez Mariannę Oklejak, która jest ilustratorką "Basi". Ona też odgrywała rolę taty. Basia natomiast przemówiła głosem pani Zosi Staneckiej. Moja mała,  nieśmiała Mirabelka, która na początku siedziała skrępowana i nie podnosiła rączek gdy padały pytania, na które mogłaby odpowiedzieć twierdząco; która przytulała się do mnie gdy inne dzieci wchodziły na podest i mówiły do mikrofonu... powoli się otwierała. Widziałam jak ta mała dziewczynka powoli się rozluźnia. Jak uśmiecha się pod nosem, by po chwili zaśmiewać się w głos gdy Basi tata po raz trzeci wracał do domu po zapomniane rzeczy. Jak śmieje się gdy Marianna z poświęceniem pokazuje trudną sztukę wyrzucenia tylnych łap przed przednie demonstrując technikę jaką skaczą zające. Jak szybko określa co z rzeczy pokazanych na planszy przyda się na biwaku a co nie. Jak podchodzi do autorek po autograf, mówi jak się nazywa albo co chciałaby mieć narysowane na pamiątkę. I wreszcie jak żegna się i z satysfakcją opuszcza salę z własnoręcznie pomalowanym podgrzybkiem z rurki. Wspaniale było zobaczyć ją taką radosną,  szczęśliwą i dumną z tego co udało jej się zrobić.  To był wyjątkowy dzień który zakończył się dluuugą lekturą przywiezionych książek :)

 Pow.: Basia pakuje się,  a dzieci mają jej pomóc wybrać tylko to co może się przydać na biwaku
 Pow.: Tata Basi trzy razy wracał do domu po zapomniane rzeczy - choćby po śledzie do namiotu;)
 Pow.: Mirabelka powoli się rozkręciła aż w końcu zaśmiewała się z wpadek Basiowego taty;)
 Pow.: Rozmowa o zwierzętach jakie można spotkać w lesie, albo... na ulicach Ochoty, jeśli wierzyć Mariannie:) oraz o zwierzęcych tropach
 Pow.: Demonstracja techniki zajęczych skoków.  Niełatwe zadanie, a dla mnie mnie, mającej jakiś metr w pasie,  wręcz niewykonalne ;)
                
Pow.: Dzieci pomalowały nóżki grzybów, a potem umieściły na nich wycięte z kolorowego papieru kapelusze.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Dziecko na Warsztat II.Kwiecień. Azja i języki azjatyckie

Kwiecień plecień,  bo przeplata trochę zimy trochę lata. Prawda, jednak tchnienie wiosny czuć w kościach,  dziecięce temperamenty ożyły, w ruch poszły rowery, skakanki i hulajnogi:) Jak większość dzieci, tak i moje trudno teraz zegnać z dworu. Pragną biegać, wspinać się na drzewa i bawić z kolegami. A ja je dobrze rozumiem:) Ponieważ języki azjatyckie moje dzieci mają na obecnym etapie rozwoju głęboko w poważaniu,  to nie naciskałam. Jednak tematu tak całkiem nie odpuściliśmy, bo porozmawialiśmy sobie o... Tatarach i o tym co wnieśli do naszego języka. Wiele wyrazów w naszym języku pochodzi z różnych języków wschodnich, ale do użycia weszły właśnie poprzez Tatarów. Takie słowa to choćby znane powszechnie: bohater, dywan, bazar, sofa, filiżanka, balkon, czaprak, sandał, tytoń, kawa czy rumak, czy choćby indyk, ale i te mniej znane, jak: cybuch, kontusz, hajdamaka, makata, kary czy karmazyn. Językoznawstwo to ciekawa dziedzina, porządkująca wiele w naszej głowie, pomagająca wiele zrozumieć, niestety, jak wszystko trzeba się jej trochę poświęcić. Może  kiedyś któreś z moich dzieci zainteresuje się tym tematem?
Poza tym rozmawialiśmy o Hanami,  czyli japońskim świecie kwitnącej wiśni,  kiedy to Japończycy wylegają tłumnie na trawę,  z koszami pełnymi pyszności piknikują racząc zmysły pięknym widokiem i zapachem kwitnących drzew. To bardzo ulotne i wyjątkowe przeżycie,  które trwa tylko przez kilka dni w roku, na wiosnę, a dla Japończyków jest czymś najważniejszym w tym czasie. Hanami zatacza coraz szersze kręgi,  jest popularne także w Polsce.  Można cieszyć się nie tylko kwiatami wiśni, ale i jabłoni, śliw.  A co ważne to chodzi nie tyle o opiewanie " kwiatków", ile o docenienie chwil ulotnych, wyjątkowych, o zatrzymanie się.  Trochę tak, jak przystajemy jesienią patrząc za odlatującymi kluczami żurawi.  Jednak nigdzie chyba nie ma to takiego znaczenia ( narodowego powiedziałabym) jak w Japonii. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu dowiedziałam się, że w czasie Hanami japońskie telewizje na bieżąco relacjonują ( chyba częściej niż u nas pogodę) kwitnienie wiśni.  Podają zasięg,  terytorium gdzie akurat są pączki, gdzie pełnia rozkwitu, a gdzie płatki sypią się już z drzew. Na słupach i szybach w autobusach plakaty informują gdzie w mieście drzewa kwitną najpiękniej.  Ewenement:) A ponieważ kwitnące drzewa owocowe zawsze wprawiały mnie w radosny nastrój, a przede wszystkim dlatego, że pod naszą klatką właśnie kwitnie wiśnia, to i my mamy swoje hanami:) Nawet pędząc na dwór nie da się nie zwrócić uwagi na naszą wiśnię, więc podziwiamy jej delikatne płatki codziennie. Poza tym lubią na niej siadać kosy, a Kropeczek baaardzo lubi ptaki:) Oto kilka zdjęć, nie tylko "naszej" wiśni, ale i innych drzew owocowych, które mamy w pobliżu:

Poza tym Japonia ma bardzo ciekawą kulturę. Podoba mi się ta dawna Japonia,  z jej prostotą, kodeksem honorowym, jasnością we wszystkim. Kiedyś w bibliotece w warmińskim miasteczku, z którego pochodzę była wspaniała opasła książka hasłowo opisująca różne charakterystyczne dla japońskiej kultury zjawiska i przedmioty. Szkoda, że nie mam już do niej dostępu-  pamiętam jak dziewczynom kiedyś oczy się zaświeciły jak opowiadałam im o geta- specjalnych butach na deszcz- z drewnianymi klockami przymocowanymi do podeszew;) Przypomniałam to Mirabelce, wyciągnęłam kolorowe materiały i dalej przebierać się za Japonkę:) Zamiast geta posłużyły "księżniczkowe" pantofelki; też na obcasie, choć zupełnie innego typu.
Jeśli chodzi o język stricte, to "krzaczki" skojarzyły się dzieciom z labiryntami, ale nie bardzo chciały się w to zagłębiać- Mirabelka ćwiczyła m.in. labirynty w ćwiczeniach ze "swoją" ukochaną Basią, a Brunisław trochę pobawił się w piasku kinetycznym, próbując ulepić to:

花見

To japoński zapis słowa "hanami"- jak się okazało ulepienie tego, zwłaszcza z "płynącego" piasku kinetycznego to nie lada wyzwanie. Dużo lepiej było rysować w kaszy;)
Oto kilka zdjęć z naszych zabaw:




Na kolejne warsztaty trzeba będzie wymyślić coś bardziej "podwórkowego", bo coś mi się widzi, że inaczej to nic z tego nie wyjdzie.
Zobaczcie jak to wygląda u innych biorących udział w zabawie mam i ich dzieci:







niedziela, 8 marca 2015

Dziecko na Warsztat II. Marzec- sztuka Australii

Dziecko na Warsztat II.  Australia.  Przedbiegi

Marzec niesie tchnienie wiosny i przypływ energii. A Dziecko ma Warsztat przenosi nas daleeeko za ocean. Powoli wchodzimy w temat związany ze sztuką Australii. Ale zanim zajmiemy się sztuką tego kraju, poznajemy sam kontynent, jego mieszkańców,  przyrodę,  historię,  sposób radzenia sobie w trudnych warunkach. Ciekawie czyta się dzieciakom wieczorami "Tomka w krainie kangurów" Szklarskiego. To bardzo, ale to bardzo aktualna książka w pewnym sensie... A ja siebie też rozpieszczam. Delektuję się nocami książką poleconą mi przez koleżankę ( dzięki Nino:)) pt. " Ja, Auatralijczyk" Douglasa Lockwooda.  Koleżanka poprosiła wujka mieszkającego w Australii o polecenie lektur o tym kraju, a on powiedział jej, że Australia zawarta jest w tej książce. Istotnie. Książka opisuje ręką białego pisarza  życie autochtona- Aborygena, z jednego z wielu szczepów tubylczych. Pokazuje ich proste z pozoru, ale w sferze tabu, obrzędów, zachowań społecznych, sieci zależności i relacji między plemionami bardzo skomplikowane i trudne życie.  To książka dla nas- dorosłych, ale wiele z niej możemy wykorzystać w rozmowach z dziećmi.

Poza tym robiliśmy z masy solnej zwierzęta.  Wyszedł nam ptak, ślimak ( Mirabelka twierdzi w ciemno, acz kategorycznie, że w Australii ślimaki jakieś być muszą),  dwa kangury ( trochę " siadły "podczas suszenia),  a kolega Brunisława, Mati,  będąc u nas z wizytą zmajstrował pięknego tłustego węża. Co prawda bardziej przypomina jakąś amazońską anakondę, niż australijską żmiję, ale umówmy się - chłopak starał się i odwalił kawał dobrej roboty. Poza tym tam takie zielone wielkie wężydła rzeczywiście żyją. A z jakim poświęceniem mieszał barwniki, by uzyskać zieleń!  Aż się ręce nie chciały domyć;) Popatrzcie sami:





Żeby była jasność: Brunisław do masy nawet palca nie przyłożył- wolał opychać się ciastem;) A co do samolotu, to... Szczypiora pomysł - bo tak najszybciej się dotrze do Australii ;) 
Poza tym, dzięki mojej koleżance ( dziękuję Beatko :)),  która lubi eksplorować ciucholandy,  mamy świetne puzzle. Trudne, ale bardzo fajne. Pokazują najważniejsze, najbardziej charakterystyczne dla Australii miejsca, a przy tym cześć puzzli można wymienić na białe z podpisem miast. Tylko Szczypior musi poćwiczyć mapę. 


Zamiar był by Szczypior zapoznał się z lokalizacją najważniejszych australijskich miast, ale, niestety. Mimo, że mapę ułożoną na stolnicy pieczołowicie ukryliśmy... pod klapą łóżka, to małe diabły tasmańskie dostały się i tam, a ponieważ tak wiele pracy kosztowałoby ponowne ułożenie tych puzzli, to odpuściliśmy sobie;) 
Młodziaki za to mogły sobie poukładać małe puzzelki w naszym puzzlowym atlasie.
Czy już pisałam, że Szczypior to zapalony modelarz? Na kółku modelarskim klei różne cuda, a do domu babcia kupiła dzieciom układanki przestrzenne ukazujące najważniejsze światowe zabytki- m.in. The Harbour Bridge i Operę w Sydney. Chciałam je jakoś oszczędzić- myślałam, że młodziki się nimi "podelektują", ale do reklamówki z ukrytymi pudełkami dopadł Szczypior- minuta osiem i było pozamiatane:/
Chyba muszę jakoś dzielić materiały między nich. I czas też. Mądra po szkodzie teraz wykopałabym Szczypiora na dwór, a układankę wyjęła Brunisławowi i Mirabelce.Trudno. Mam nauczkę na przyszłość. A w szafie ( zdążyłam część ukryć, hehe) mam skrzętnie schowane inne zabytki z tej serii;)
A teraz do sztuki marsz! Mimo całego piękna The Harbour Bridge, przyprawiającej ozawrót głowy ilości pomieszczeń Opery, kwintesencją sztuki australijskiej jak dla mnie są ... kropeczki, tak jak kwintesencją Australii są Aborygeni. Oglądaliśmy z dzieciakami różne obrazy kropeczkowe. Tzw. Dot Painting jest obecnie bardzo komercyjny i spłycony, taki typowo pod turystów, ale  dawniej były to malowane opowieści, w których kształty i kolory opowiadały historię. Pobawiliśmy się w takie dziecięce malarstwo kropeczkowe. Odbijanie paluszków na papierze okazało się całkiem fajną zabawą, choć niezbyt precyzyjną i czasem trzeba było posiłkować się patyczkami kosmetycznymi;) Szczypiorowi zaś spodobały się naskalne rysunki "rentgenowskie".




Zapraszam do zajrzenia na inne blogi biorące udział w Dziecku na Warsztat II :)