czwartek, 30 kwietnia 2015

Dziecko na Warsztat II.Kwiecień. Azja i języki azjatyckie

Kwiecień plecień,  bo przeplata trochę zimy trochę lata. Prawda, jednak tchnienie wiosny czuć w kościach,  dziecięce temperamenty ożyły, w ruch poszły rowery, skakanki i hulajnogi:) Jak większość dzieci, tak i moje trudno teraz zegnać z dworu. Pragną biegać, wspinać się na drzewa i bawić z kolegami. A ja je dobrze rozumiem:) Ponieważ języki azjatyckie moje dzieci mają na obecnym etapie rozwoju głęboko w poważaniu,  to nie naciskałam. Jednak tematu tak całkiem nie odpuściliśmy, bo porozmawialiśmy sobie o... Tatarach i o tym co wnieśli do naszego języka. Wiele wyrazów w naszym języku pochodzi z różnych języków wschodnich, ale do użycia weszły właśnie poprzez Tatarów. Takie słowa to choćby znane powszechnie: bohater, dywan, bazar, sofa, filiżanka, balkon, czaprak, sandał, tytoń, kawa czy rumak, czy choćby indyk, ale i te mniej znane, jak: cybuch, kontusz, hajdamaka, makata, kary czy karmazyn. Językoznawstwo to ciekawa dziedzina, porządkująca wiele w naszej głowie, pomagająca wiele zrozumieć, niestety, jak wszystko trzeba się jej trochę poświęcić. Może  kiedyś któreś z moich dzieci zainteresuje się tym tematem?
Poza tym rozmawialiśmy o Hanami,  czyli japońskim świecie kwitnącej wiśni,  kiedy to Japończycy wylegają tłumnie na trawę,  z koszami pełnymi pyszności piknikują racząc zmysły pięknym widokiem i zapachem kwitnących drzew. To bardzo ulotne i wyjątkowe przeżycie,  które trwa tylko przez kilka dni w roku, na wiosnę, a dla Japończyków jest czymś najważniejszym w tym czasie. Hanami zatacza coraz szersze kręgi,  jest popularne także w Polsce.  Można cieszyć się nie tylko kwiatami wiśni, ale i jabłoni, śliw.  A co ważne to chodzi nie tyle o opiewanie " kwiatków", ile o docenienie chwil ulotnych, wyjątkowych, o zatrzymanie się.  Trochę tak, jak przystajemy jesienią patrząc za odlatującymi kluczami żurawi.  Jednak nigdzie chyba nie ma to takiego znaczenia ( narodowego powiedziałabym) jak w Japonii. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu dowiedziałam się, że w czasie Hanami japońskie telewizje na bieżąco relacjonują ( chyba częściej niż u nas pogodę) kwitnienie wiśni.  Podają zasięg,  terytorium gdzie akurat są pączki, gdzie pełnia rozkwitu, a gdzie płatki sypią się już z drzew. Na słupach i szybach w autobusach plakaty informują gdzie w mieście drzewa kwitną najpiękniej.  Ewenement:) A ponieważ kwitnące drzewa owocowe zawsze wprawiały mnie w radosny nastrój, a przede wszystkim dlatego, że pod naszą klatką właśnie kwitnie wiśnia, to i my mamy swoje hanami:) Nawet pędząc na dwór nie da się nie zwrócić uwagi na naszą wiśnię, więc podziwiamy jej delikatne płatki codziennie. Poza tym lubią na niej siadać kosy, a Kropeczek baaardzo lubi ptaki:) Oto kilka zdjęć, nie tylko "naszej" wiśni, ale i innych drzew owocowych, które mamy w pobliżu:

Poza tym Japonia ma bardzo ciekawą kulturę. Podoba mi się ta dawna Japonia,  z jej prostotą, kodeksem honorowym, jasnością we wszystkim. Kiedyś w bibliotece w warmińskim miasteczku, z którego pochodzę była wspaniała opasła książka hasłowo opisująca różne charakterystyczne dla japońskiej kultury zjawiska i przedmioty. Szkoda, że nie mam już do niej dostępu-  pamiętam jak dziewczynom kiedyś oczy się zaświeciły jak opowiadałam im o geta- specjalnych butach na deszcz- z drewnianymi klockami przymocowanymi do podeszew;) Przypomniałam to Mirabelce, wyciągnęłam kolorowe materiały i dalej przebierać się za Japonkę:) Zamiast geta posłużyły "księżniczkowe" pantofelki; też na obcasie, choć zupełnie innego typu.
Jeśli chodzi o język stricte, to "krzaczki" skojarzyły się dzieciom z labiryntami, ale nie bardzo chciały się w to zagłębiać- Mirabelka ćwiczyła m.in. labirynty w ćwiczeniach ze "swoją" ukochaną Basią, a Brunisław trochę pobawił się w piasku kinetycznym, próbując ulepić to:

花見

To japoński zapis słowa "hanami"- jak się okazało ulepienie tego, zwłaszcza z "płynącego" piasku kinetycznego to nie lada wyzwanie. Dużo lepiej było rysować w kaszy;)
Oto kilka zdjęć z naszych zabaw:




Na kolejne warsztaty trzeba będzie wymyślić coś bardziej "podwórkowego", bo coś mi się widzi, że inaczej to nic z tego nie wyjdzie.
Zobaczcie jak to wygląda u innych biorących udział w zabawie mam i ich dzieci:







niedziela, 8 marca 2015

Dziecko na Warsztat II. Marzec- sztuka Australii

Dziecko na Warsztat II.  Australia.  Przedbiegi

Marzec niesie tchnienie wiosny i przypływ energii. A Dziecko ma Warsztat przenosi nas daleeeko za ocean. Powoli wchodzimy w temat związany ze sztuką Australii. Ale zanim zajmiemy się sztuką tego kraju, poznajemy sam kontynent, jego mieszkańców,  przyrodę,  historię,  sposób radzenia sobie w trudnych warunkach. Ciekawie czyta się dzieciakom wieczorami "Tomka w krainie kangurów" Szklarskiego. To bardzo, ale to bardzo aktualna książka w pewnym sensie... A ja siebie też rozpieszczam. Delektuję się nocami książką poleconą mi przez koleżankę ( dzięki Nino:)) pt. " Ja, Auatralijczyk" Douglasa Lockwooda.  Koleżanka poprosiła wujka mieszkającego w Australii o polecenie lektur o tym kraju, a on powiedział jej, że Australia zawarta jest w tej książce. Istotnie. Książka opisuje ręką białego pisarza  życie autochtona- Aborygena, z jednego z wielu szczepów tubylczych. Pokazuje ich proste z pozoru, ale w sferze tabu, obrzędów, zachowań społecznych, sieci zależności i relacji między plemionami bardzo skomplikowane i trudne życie.  To książka dla nas- dorosłych, ale wiele z niej możemy wykorzystać w rozmowach z dziećmi.

Poza tym robiliśmy z masy solnej zwierzęta.  Wyszedł nam ptak, ślimak ( Mirabelka twierdzi w ciemno, acz kategorycznie, że w Australii ślimaki jakieś być muszą),  dwa kangury ( trochę " siadły "podczas suszenia),  a kolega Brunisława, Mati,  będąc u nas z wizytą zmajstrował pięknego tłustego węża. Co prawda bardziej przypomina jakąś amazońską anakondę, niż australijską żmiję, ale umówmy się - chłopak starał się i odwalił kawał dobrej roboty. Poza tym tam takie zielone wielkie wężydła rzeczywiście żyją. A z jakim poświęceniem mieszał barwniki, by uzyskać zieleń!  Aż się ręce nie chciały domyć;) Popatrzcie sami:





Żeby była jasność: Brunisław do masy nawet palca nie przyłożył- wolał opychać się ciastem;) A co do samolotu, to... Szczypiora pomysł - bo tak najszybciej się dotrze do Australii ;) 
Poza tym, dzięki mojej koleżance ( dziękuję Beatko :)),  która lubi eksplorować ciucholandy,  mamy świetne puzzle. Trudne, ale bardzo fajne. Pokazują najważniejsze, najbardziej charakterystyczne dla Australii miejsca, a przy tym cześć puzzli można wymienić na białe z podpisem miast. Tylko Szczypior musi poćwiczyć mapę. 


Zamiar był by Szczypior zapoznał się z lokalizacją najważniejszych australijskich miast, ale, niestety. Mimo, że mapę ułożoną na stolnicy pieczołowicie ukryliśmy... pod klapą łóżka, to małe diabły tasmańskie dostały się i tam, a ponieważ tak wiele pracy kosztowałoby ponowne ułożenie tych puzzli, to odpuściliśmy sobie;) 
Młodziaki za to mogły sobie poukładać małe puzzelki w naszym puzzlowym atlasie.
Czy już pisałam, że Szczypior to zapalony modelarz? Na kółku modelarskim klei różne cuda, a do domu babcia kupiła dzieciom układanki przestrzenne ukazujące najważniejsze światowe zabytki- m.in. The Harbour Bridge i Operę w Sydney. Chciałam je jakoś oszczędzić- myślałam, że młodziki się nimi "podelektują", ale do reklamówki z ukrytymi pudełkami dopadł Szczypior- minuta osiem i było pozamiatane:/
Chyba muszę jakoś dzielić materiały między nich. I czas też. Mądra po szkodzie teraz wykopałabym Szczypiora na dwór, a układankę wyjęła Brunisławowi i Mirabelce.Trudno. Mam nauczkę na przyszłość. A w szafie ( zdążyłam część ukryć, hehe) mam skrzętnie schowane inne zabytki z tej serii;)
A teraz do sztuki marsz! Mimo całego piękna The Harbour Bridge, przyprawiającej ozawrót głowy ilości pomieszczeń Opery, kwintesencją sztuki australijskiej jak dla mnie są ... kropeczki, tak jak kwintesencją Australii są Aborygeni. Oglądaliśmy z dzieciakami różne obrazy kropeczkowe. Tzw. Dot Painting jest obecnie bardzo komercyjny i spłycony, taki typowo pod turystów, ale  dawniej były to malowane opowieści, w których kształty i kolory opowiadały historię. Pobawiliśmy się w takie dziecięce malarstwo kropeczkowe. Odbijanie paluszków na papierze okazało się całkiem fajną zabawą, choć niezbyt precyzyjną i czasem trzeba było posiłkować się patyczkami kosmetycznymi;) Szczypiorowi zaś spodobały się naskalne rysunki "rentgenowskie".




Zapraszam do zajrzenia na inne blogi biorące udział w Dziecku na Warsztat II :)




środa, 25 lutego 2015

Dziecko na Warsztat II. Antarktyda.

Kolejny wpis w ramach projektu Dziecko na Warsztat II. Tym razem poznajemy Antarktydę - jej florę i faunę, ale nie tylko to ;)

 Brrr...  Powiało chłodem.  I to wcale nie zza okna, bo tam iście wiosenne roztopy ;) Ten warsztat ma dotyczyć flory i fauny Antarktydy. Ale nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie podeszli do tematu po swojemu- w końcu ile dzieci mogą zgłębiać tak ubogi i surowy świat przyrody?To jednak nie o  buchające życiem lasy tropikalne chodzi;)?
Nasze rozmowy zaczęliśmy od... nocy polarnej. Wcale nie miałam ruszać tego tematu. Mamy już zaległych kilka warsztatów. Od listopada mamy w domu ciągły szpital. Walczyliśmy z zapaleniami gardeł, oskrzeli, płuc i krtani, z anginą, rotawirusem i masą innych wirusówek. Dwa razy otarliśmy się o szpital. Po stwierdzonych przez lekarza jednodniowych ozdrowieniach dzieci budziły się w nocy z nowymi atakami wysokiej gorączki. A do tego wszystkiego ja wpadłam w poważne tarapaty i mam nadal dużo leżeć,  oszczędzać się...  Mhm... Taaak... Staram się...
Ale do rzeczy. Walcząc z ciągłym kaszlem bierzemy się do opisywania. Nie pamiętam już jak- jakoś " przy okazji", jak to zwykle bywa, Brunisław zaczął wypytywać o noc polarną i zorzę. A jak zaczęliśmy sobie rozmawiać to trudno było przestać ;) Zaczęliśmy m.in. od tego, że na obu półkulach istnieją bieguny- miejsca najbardziej oddalone od Słońca i tym samym najchłodniejsze,  z wiecznym lodem.  Nie ograniczyliśmy się do Antarktydy. Zaczęliśmy od podstaw: na górze,  czyli na północy jest Arktyka.  Ma trochę łagodniejszy klimat ( choć nadal dla twardzieli), jest duża,  obejmuje kilka krajów, ma bogatszą florę i faunę. Występuje tam nawet coś jakby lato. Trwa ledwie kilka tygodni, ale to wystarczy by wyrosły czekające na to przez niemal cały rok ;cherlawe roślinki. Chociaż czasem nie zdążą przekwitnąć i wydać nasion- wówczas dzieje się to następnego lata, po przezimowaniu. Im dalej od bieguna tym cieplej, pojawiają się niskie roślinki charakterystyczne dla tundry, a nawet lasy borealne;  można spotkać wierzby, brzozy, olchy- "mokrolubne" gatunki drzew. Bliżej bieguna lód topnieje na krótko po czym ocean zamarza ponownie. Ziemia na wybrzeżu odmarza zaledwie do głębokości kilkudziesięciu centymetrów.  W pobliżu bieguna nie rosną żadne drzewa ani krzewy. Ale jakoś da się żyć. Ludzie żyją. Są potocznie nazywani eskimosami, ale sami dzielą się na wiele plemion i mówią różnymi językami Na dole, czyli na południu istnieje Antarktyda. Dokładnie na przeciwnym biegunie. Taka anty Arktyka. Ant(y)arktyka,  inaczej Ant(y)arktyda.  Nooo, o ile Arktyka to dom dla twardzieli,  o tyle Antarktyda to miejsce dla... nie, nie powiedziałam, że dla wariatów;), ale ludzie to tam raczej nie mieszkają. Choć są tacy nieliczni co zamieszkują tam z własnej woli na pewien czas - to naukowcy zamieszkujący kilkadziesiąt stacji badawczych (Polska też ma swoją stację- od 1977 roku, czyli o dwa lata starszą od Taty;) ) Dzieci były zaintrygowane tym, że na Antarktydzie nie istnieje żadne państwo.  Nie ma żadnego prezydenta i że jest w zasadzie taka " wspólna ". I choć znajdują się pod jej powierzchnią bogactwa naturalne, to nie są (póki co...) eksploatowane. Wycięliśmy z grubego papieru koło i łopatologicznie odznaczyliśmy dwa bieguny. Przy północnym zaznaczyliśmy symbolicznie wyspy, po czym omówiliśmy sobie rośliny i zwierzęta jakie występują na obu biegunach. I tak prawdę powiedziawszy, po fakcie przypomnieliśmy sobie, że mamy atlas Mizielińskich. Cudo! Przydał się bardzo. Poza tymi mapami chciałam bardzo wykorzystać karty ze zwierzętami. A ponieważ jesteśmy uziemieni w domu, drukarka nie działa,  a do punktu ksero też nie ma komu i jak się udać to... wyciągnęłam swoje pokryte grubą warstwą kurzu kredki i narysowałam co było potrzebne;) Chociaż wolałabym zdjęcia zwierząt, trzeba było zadowolić się kilkoma rysunkami.  Jeśli siły i czas pozwolą to tych rysunków pojawi się więcej.
Fot. Zaczęło się od Arktyki i jej najsłynniejszych zwierząt:



A Kropeczek w tym czasie robił wiele rzeczy, między innymi odszukał na półce z książkami pozycję,  którą trafił w dziesiątkę.  Była to książeczka o arktycznych zwierzątkach,  którą Zośka dostała od cioci gdy jeszcze była malutka ( dzięki Sikorko:)!). Książeczka ma duże obrazki, w dodatku ruchome. A w pakiecie Kropeczek miał mamę komentującą każde zwierze odpowiednim dźwiękiem ;) Dobrze, że tego nie słyszycie... Oto parę stronic książki :



Gdy część kart była gotowa zaczęłyśmy zabawę z nimi. Pokazywałam karty, a Mirabelka nazywała gatunek i mówiła gdzie żyje- na Arktyce czy na Antarktydzie. Dopowiadałyśmy też to jakiej grupy zwierząt dany osobnik się zalicza, czym się żywi itp. Nawet Kropeczek włączył się do zabawy, mądrym tonem mrucząc na potwierdzenie słów Mirabelki i kiwając głową. Ożywiał się gdy widział jakiegoś ptaka. Wołał wtedy głośno "KAHKA"! Bo jak już chyba wspominałam dla niego wszystkie ptaki to kawki;) Taki sobie synonim ptaka wymyślił;) Inną zabawą była próba podzielenia przez Mirabelkę zwierząt na te żyjące na Arktyce i te Antarktyczne- oto jak jej poszło:


A potem zweryfikowała to z obrazkami ( jeszcze nie umie czytać) na mapach z atlasu Mizielińskich. Oto efekt:



Niewiele tych kart mamy, ale sporo jest w sferze szkiców, m.in. ryby z rodziny białokrwistych, w których krwi nie występuje hemoglobina, a które są nawet bledsze ode mnie i Mirabelki razem wziętych;) To gatunki endemiczne, czyli charakterystyczne konkretnie dla Antarktydy i niespotykane gdzie indziej.
Dzieciakom (poza Zośką, która stwierdziła, że widziała fajniejsze, bo interaktywne:P )bardzo spodobał się pożyczony od sąsiadów podświetlany globus. Na nim omawialiśmy sobie położenie i charakterystykę obu lodowych krain, przy czym dzieciaki kojarzyły np. niedźwiedzie polarne czy foki z filmu, który ostatnio stał się ich ulubionym filmem- jest to film o Arktyce pt. "Planeta ludzi. Arktyka życie pośród lodu". Mirabelka bawi się, że jest Ele- dwudziestoletnią właścicielką stada renów, które corocznie przeprawia dwa kilometry przez, wodę, a Brunisław jest... no, na bank nie zgadniecie;)- Anarukiem ( czytaliśmy sobie wieczorami). Robią pod nadzorem Szczypiora igloo z materaca i koca, harpunem polują na foki (jedna strona "harpuna")albo na niedźwiedzie ( druga strona- żeby się zwierzęta "nie pogniewały" jak to jest w książce o Anaruku). Próbowali też przeszczepić wymyślanie złośliwych wierszyków w razie kłótni, ale niestety nadal łątwiej im stosować rękoczyny, nad czym mocno ubolewam:(
Fot.: Globus podświetlany najfajniej ogląda się po zmroku;)




 Zorzę poznawaliśmy na sucho- oglądając w internecie i rozmawiając o tym jak powstaje i gdzie jest widoczna. Link do interesującej strony, jak i wszystkie inne, które wydały nam się interesujące podaję na dole strony. Dzieciaki próbowały malować zorzę kolorowym lodem, ale zdecydowanie bardziej je bawiło samo farbowanie lodu barwnikami spożywczymi;) Zresztą, z tym lodem to miały sporo zabawy, bo  i mieszały barwy ( mieliśmy trzy kolory- czerwony, niebieski i żółty), potem  tym lodem malowały na kartkach, ćwiczyły motorykę wyławiając kostki- niby rybki, z pudełka i wrzucając małą łyżeczką do miseczki, a także obserwowały topienie. 









Zrobiliśmy też eksperymenty z białym lodem- dzieci wydobywały zamrożoną w kubku wody figurkę orki- za pomocą śrubokrętu- niby dłuta i młotka. Potem patrzyły jak woda ze stanu stałego ( lód) przechodzi w płynny (woda), a potem gazowy ( Mirabelka podgrzewała wodę w blasze na kuchence). Porownaliśmy też prędkość topnienia w zależności od temperatury- w ciepłej herbacie kostki topiły się znacznie szybciej. Poza tym przeprowadziliśmy doświadczenie- spróbowaliśmy wyprodukować domowy szron. Potrzeba do tego tylko szklanki, pokruszonego lodu i soli. Szklankę wypełnia się lodem, posypuje solą  ( ile chcemy), która przyspiesza topnienie i w efekcie szybkiego podwyższania się temperatury w środku, ale obniżenia temperatury powietrza i wychłodzenia szklanki powinien się na jej ściankach pojawić szron. Zobaczcie czy nam się udało ( zdradzę, że to zdecydowanie nie to czego oczekiwaliśmy, a pomysł na eksperyment wzięliśmy z książki pt. " Aktywny Przyrodnik. Obserwuję i poznaję pogodę", wyd. Multico) :








Poza tym koleżanka słysząc, że zajmujemy się Antarktydą gdy za oknem przedwiośnie, podrzuciła nam link do Kreatywnika. Na tym blogu znaleźliśmy pomysł na sztuczny śnieg z pianki do golenia i sody. Trochę obawiałam się śnieżnego armageddonu w domu, ale całkiem czysto poszło:) Zabawa była fajna i zajęła najmłodszą czwórkę na długo. Mirabelka zrobiła bałwana, ale największą przyjemność jej i Brunisławowi sprawiało robienie... ciasta. Dzielili je potem na części ( rozmawialiśmy o połowie, ćwiartkach i ósemkach), a Szczypior próbował zrobić igloo z kostek. O ile pierwszy krąg wyszedł bez problemu, o tyle na wyższych kondygnacjach masa poległa mimo desperackiej próby "klejenia" warstw pianką. Za to wcześniej zrobił piękne igloo z masy play dough. Nie dość, że się świetnie daje modelować, to jeszcze tak słodko pachnie! Nawet Mirabelka produkowała kostki "lodu";) 
Z jednego opakowania tej masy ( a kupiliśmy na sztuki-  tylko białą) wyszło takie igloo:

A tutaj zabawy ze sztucznym śniegiem, do zrobienia którego zainspirował nas Kreatywnik:






 Co do nocy i dnia polarnego to dowiedzieliśmy się , że zaczynają się w marcu a kończą we wrześniu. Gdy w marcu na Arktyce zaczyna się dzień polarny, to na Antarktydzie noc. Tłumaczyłam to dzieciom na globusie z pomocą latarki, nie wiem na ile zrozumiały. Zwłaszcza te młodsze... Szczypiorowi pokazałam przystępny opis w internecie. No i oglądaliśmy Antarktydę przez kamery zainstalowane w pobliżu stacji badawczych. Teraz jest tam jasno, ale sprawdzimy za miesiąc. Powinna być noc polarna (à propos nocy polarnej, ale wracając do północnego bieguna-  miałam kiedyś kolegę- pozdrawiam Panie Ząbek;) , który wybierał się do Finlandii i spodziewał się nocy polarnej. Zaopatrzył się w latarkę czołówkę, ale opowiadał mi, że ludzie mają tam w domach lampy uv, którymi naświetlają się, aby przez tyle miesięcy nie popaść w depresję. Nie mam pewności czy rzeczywiście tak jest, więc nie opowiadałam dzieciakom). Wieczory upływały nam na czytaniu Anaruka ( Brunisław i Mirabelka słuchali, a Szczypior już dawno przeczytał to wiele razy. Podobało mu się, a Zośce wręcz odwrotnie. Może gdyby Sherlock odwiedził Antarktydę to czytałaby z wypiekami na twarzy;)? Czytaliśmy to wiele dni, niewielkimi fragmentami ( trudno Brunisławowi na dłużej się skupić, mimo, że historia bardzo go zainteresowała). Poza tym czytaliśmy świetną książkę Szczypiora ( jest cała seria) "Nie chciałbyś być palarnikiem"Jen Green. Książka opisuje wyprawy Ernesta Shackletona. Oglądaliśmy tez w internecie ( street view) chatę Shackletona, jej wnętrze, sprzęty, otoczenie- wspaniała sprawa. Polecamy! Gdy dzieciaki szły spać, a ja jakimś cudem jeszcze nie padałam obmyśliłam dla nich... planszówkę:) Prosta. To gra igloo, podzielona na cztery części, które pokazują Arktykę i Antarktydę, a także dzień polarny, a w tym samym czasie na drugiej półkuli noc polarną. Gra ma 24 pola. Rzuca się kostką i przesuwa o tyle pól ile pokaże kostka. Można trafić na pole z burzą śnieżną i musieć przeczekać parę kolejek. Jest też jedno tragiczne pole. Kra odrywa się od lodu i gnana silnym wiatrem odpływa w głąb oceanu, a siedzący na niej myśliwy niebezpiecznie szybko oodala się od brzegu. Nie ma zapasów wody ani jedzenia, ale liczy na ratunek. Trzeba wrócić na start i zacząć grę od nowa. A poza tym wiele pól kryje pytania w dwóch stopniach trudności, bo mam dzieci w różnym wieku;) Pytania dotyczą Arktyki i Antarktydy. Za prawidłową odpowiedź otrzymuje się żeton, a za nieprawidłową ma się przestój. Zrobiłam to z pięknych papierów ( takie "zimowe"!), które kupiłam w ramach Polish Kit Project. Kobiety dostają pocztą takie zestawy ( każda taki sam) i scrapują z nich różne rzeczy. Każdej wychodzi co innego, no ale grę to chyba ja jedna zrobiłam, haha.

Fot.: Tak wygląda nasza nowa, ręcznej roboty, gra:








A na dokładkę mapa ludów Arktyki (och, jak polubiliśmy Arktykę dzięki... Antarktydzie;)!):



 Przydatne adresy:

Więcej nie pamiętam. Zapraszam do moich blogowych koleżanek- zobaczcie co one i ich dzieci wymyśliły na temat Antarktydy: